Kurdowie nie są do wynajęcia. Dlaczego zadajemy złe pytania w związku z inwazją na Iran?

Deník Alarm
Kurdowie nie są do wynajęcia. Dlaczego zadajemy złe pytania w związku z inwazją na Iran?

W kontekście ataku na Iran media ponownie zwracają uwagę na Kurdów – głównie jako potencjalnych sojuszników USA. Jakie są w rzeczywistości cele polityczne Kurdów w Iranie? I jak to się wiąże z wydarzeniami w Syrii i Turcji?

„Tysiące kurdyjskich bojowników rozpoczęły operację lądową w Iranie,“ poinformował w zeszłym tygodniu izraelski kanał telewizyjny i24 news, a wiadomość szybko rozprzestrzeniła się także w kolejnych mediach. Niektóre z nich twierdziły nawet, że już doszło do przekroczenia granicy iracko-irańskiej. Podczas gdy kurdyjscy komentatorzy i analityczki zaczęli niezweryfikowaną informację kwestionować bezpośrednimi świadectwami i źródłami z regionu, świat mediów zalany został popularnym tematem „Kim są Kurdowie”.

Podstawową kwestią, niż pytanie o zaangażowanie Kurdów w „kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie”, jest sposób, w jaki są one w debatach przedstawiane, ramowane, redukowane i wyrywane z kontekstu.

Oprócz „historycznych okienek” i profili heterogenicznej grupy, najczęściej portretowanej i redukowanej do hasła „największy naród bez państwa”, nagłówki analiz i komentarzy zawierały także propozycje i pouczenia o tym, co Kurdowie powinni robić lub dlaczego nie powinni się angażować w „niebezpieczną grę”. Niewiele z nich próbowało rzeczywiście przyjąć perspektywę Kurdów, cytować kurdyjskie głosy lub przynajmniej rozróżnić, o których kurdyjskich aktorach w danym przypadku mowa. 

Nagle zainteresowanie mediów Kurdami kopiowało dyskurs Stanów Zjednoczonych, a dokładniej Donalda Trumpa. Ten najpierw oświadczył, że „kurdyjska inwazja z Iraku do Iranu byłaby wspaniała, jeśli Kurdowie tego chcą,” by zaraz potem niemal groteskowo odwrócił: „Nie chcę, aby Kurdowie angażowali się w wojnę, która i tak jest już dość skomplikowana. Byli gotowi i chcieli to zrobić, ale powiedziałem im, żeby się do tego nie pchali.” 

Takie oświadczenia rodzą pytanie, kto i dlaczego mówi w imieniu Kurdów, oraz kto ma ambicje decydowania za nich. Podobne ramowanie pomija ponadto realne konsekwencje bezpieczeństwa wynikające z medialnych spekulacji. Autonomiczny region kurdyjski w Iraku (KRI) od początku konfliktu stał się celem irańskich ataków. Pomimo wielokrotnych odmów irańskiej reprezentacji politycznej zaangażowania w wojnę, te ataki nadal narastały

Drogi do niepodległości

Właśnie skrót „największy naród bez państwa” tworzy błędne założenie, że głównym celem Kurdów jest konieczne powstanie własnego państwa – a jednocześnie zakłada, że za legalnych aktorów geopolitycznych będą uważani dopiero wtedy, gdy „zdobędą” naród państwowy. Irańscy Kurdowie, których szacuje się na od 9 do 15 milionów, są dziś politycznie reprezentowani przez kilka organizacji o bardzo różnych ambicjach. Wiele z nich działa jako partyzanckie struktury na uchodźstwie, operujące z irackiego Kurdystanu, do którego musiały się wycofać już podczas rządów szacha Mohammada Rezy Pahlawiego (1941–1979). 




Monarchistyczny reżim wspierany przez Zachód był wobec mniejszości etnicznych niezwykle represyjny i systematycznie ograniczał ich prawa polityczne i kulturalne. To właśnie szach stał za zniszczeniem pierwszej samodzielnej republiki w historii kurdyjskich dążeń do niepodległości, Republiki Mahabad. Powstała ona w 1946 roku na północnym zachodzie kraju, na granicy z Azerbejdżanem, za wsparcia – i w zasadzie faktycznej zależności – Związku Radzieckiego. Po wycofaniu się Sowietów po niecałym roku, mała formacja zanikła, lecz do dziś stanowi ważny symbol kurdyjskich aspiracji niepodległościowych. 

Podobnie krótko zdołał opierać się eksperyment samorządowy Kurdów bezpośrednio po islamskiej rewolucji. Deklaracja Mahabadu z 1979 roku była częścią szerszej walki robotniczej i domagała się federacyjnego ustrukturyzowania Iranu. O jej stłumienie tym razem zadbał reżim ajatollaha Ruhollaha Chomejni, kładąc podwaliny pod długotrwały wrogi stosunek między islamską republiką a irańskimi Kurdami.

Kurdyjczycy w Iranie są drugą co do wielkości grupą etniczną po Azerach i w odróżnieniu od większości szyickiej są głównie sunnitami. Od dawna napotykają ograniczenia językowych i kulturalnych praw, a jednocześnie należą do najbardziej zorganizowanej opozycji, co odzwierciedla się także w nieproporcjonalnie wysokiej liczbie kurdyjskich więźniów politycznych. Mimo to to właśnie kurdyjskie prowincje, z których po śmierci Mahsy Dżiny Amini w 2022 roku rozprzestrzeniły się protesty „Kobieta, życie, wolność” na cały kraj.

Większość organizacji kurdyjskich działających z irackiego Kurdystanu nie dąży do utworzenia odrębnego państwa narodowego. Ich celem jest raczej decentralizacja lub jedna z form autonomii. Jedna z opcji jest podobna do modelu irackiego Kurdystanu (KRI), federalnego regionu z własnym rządem (KRG), parlamentem i armią, zakotwiczona w konstytucji Iraku. Druga inspirowana jest projektem demokratycznego konfederalizmu na wzór autonomicznego obszaru znanego jako DAANES (Autonomiczny Obszar Demokratyczny na Północnym Wschodzie Syrii) w Kurdystanie Syryjskim.

Wybrać stronę

Te dwa modele reprezentują także najsilniejsze organizacje irańskich Kurdów, Kurdzką Partię Wolnego Życia (PJAK) i Demokratyczną Partię Kurdystanu Irańskiego (KDPI lub też PDKI). Obecnie najbardziej wpływowa z nich, PJAK, powstała w 2004 roku jako irańskie odgałęzienie PKK (Kurdyjskiej Partii Pracujących). Jej korzenie sięgają mobilizacji po aresztowaniu Abdullaha Öcalana w 1999 roku. PKK prowadzi od 1984 roku konflikt zbrojny z tureckim państwem. W tym czasie stopniowo porzuciła ideę państwa narodowego na rzecz zdecentralizowanego, pluralistycznego modelu demokratycznego konfederalizmu. Obecnie jest uznawana przez Turcję, USA i UE za organizację terrorystyczną. 

Pomimo tego, Stany Zjednoczone między 2013 a 2017 rokiem zawarły pragmatyczny sojusz z PJAK w walce przeciw ISIS – mimo że PJAK dzieli z PKK nie tylko ideologiczne podstawy, ale także więzi organizacyjne i personalne. Dziś jednak przedstawiciele PJAK odrzucili spekulacje, że dołączą do strony Amerykanów, a dowódca Mazloum Haftan oświadczył, że ruch przyjmuje trzecią linię: „Nie będziemy stroną, która zaatakuje Iran, ani stroną, która będzie bronić obecnego reżimu. Naszym celem jest demokratyczny i zdecentralizowany Iran, który zagwarantuje Kurdom i innym narodom prawo do samookreślenia.”

Drugą trajektorię polityczną reprezentuje Demokratyczna Partia Kurdystanu Irańskiego (KDPI lub PDKI). Jej założyciel, duchowny Qazi Muhammad, stał za Republiką Mahabad w 1946 roku, a partia była zaangażowana także w Deklarację Mahabad w 1979 roku. Jej siły zbrojne – tzw. pešmergów (kurdyjskie „ci, którzy walczą do śmierci”) – od początku prowadził Mustafa Barzani, a partia jest często ideologicznie i organizacyjnie utożsamiana z KDP w Iraku, którą klan Barzani do dziś kontroluje. W porównaniu do PJAK, ma więc silniejsze aspiracje narodowe.

Pomimo różnic, PJAK, KDPI i cztery mniejsze partie – Partia Wolności Kurdystanu (PAK), Komala Robotników, Komala Kurdystanu i Chabat – połączyły się w historycznej inicjatywie i na krótko przed inwazją amerykańsko-izraelską ogłosiły koordynację działań w ramach Koalicji Sił Politycznych Kurdystanu Irańskiego. Przed tym porozumieniem miała miejsce seria negocjacji podczas protestów na początku roku, szczególnie w kurdyjskich prowincjach na północnym zachodzie Iranu – Kurdowie nazywani jako Rojhelat (wschód). 

Celem współpracy między partiami jest oprócz obalenia islamskiej republiki przede wszystkim realizacja prawa narodu kurdyjskiego do samookreślenia i stworzenie demokratycznych ram instytucjonalnych opartych na woli politycznej Kurdów. Chociaż na razie funkcjonuje głównie na poziomie politycznym i deklaratywnym, nie łącząc struktur wojskowych, stanowi ważny krok w kierunku koordynacji kurdyjskiej opozycji. Jej krucha jedność już teraz jest naruszana przez amerykańskie i izraelskie ingerencje – mniejsze partie, takie jak Chabat i PAK, dopuszczają możliwość bezpośredniego wejścia do walk, co pozwoliłoby im wrócić do domu i „na które czekają od lat”.

Żadnych przyjaciół, tylko góry

„Jedynymi przyjaciółmi Kurdów są góry,” mówi znane kurdyjskie przysłowie, które oprócz dosłownego znaczenia – teren górski zapewniający schronienie cywilom i partyzantom – odnosi się do długiej historii zmiennych sojuszy i rozczarowań w relacjach kurdyjskich ruchów politycznych z mocarstwami. Informacje o rzekomym nowym uzbrojeniu Kurdów irańskich przez tajne służby amerykańskie przeciw Teheranowi – które poprzedzały nieprawdziwe informacje o rozpoczęciu operacji lądowej przez Kurdów irackich – pomijają fakt, że dostawy broni, pośrednie wsparcie i naciski na zaangażowanie w obcym interesie mają w regionie długą historię. 

Jednym z najbardziej wyrazistych momentów kruchego sojuszu między Zachodem a Kurdami była pomoc w serii powstań (Raperîn) przeciw reżimowi Saddama Husajna w Iraku w 1991 roku, w które zaangażowały się zarówno kurdyjskie, jak i szyickie grupy. Waszyngton wtedy zachęcał powstańców i obiecywał wsparcie – by ostatecznie zostawić ich samych z represjami reżimu. Powstanie to położyło fundamenty przyszłej semi-autonomii Kurdów w Iraku, ale jednocześnie nawiązywało do serii amerykańskich zdrad, które wielu komentatorów i ekspertów nazywa ciągłą zdradą, ostatnio przy wycofaniu amerykańskiego wsparcia dla Kurdów w Syrii na rzecz rządu w Damaszku.

Obecna ostrożność irańskich organizacji kurdyjskich nie może być jednak tłumaczona wyłącznie obawą przed kolejnym zdradą ze strony Waszyngtonu. Koalicja sił politycznych irańskiego Kurdystanu działa nie w próżni i przy swoich decyzjach bierze pod uwagę szereg innych czynników geopolitycznych. Jednym z najważniejszych jest krucha pozycja regionu kurdyjskiego w Iraku (KRI), z którego większość tych organizacji operuje. Autonomia regionu w przypadku szerszego konfliktu byłaby poważnie zagrożona – nie tylko przez irańskie ataki na amerykańskie bazy w regionie, ale także przez ryzyko szerszej destabilizacji, która mogłaby zniszczyć jego samą polityczną egzystencję. 

Krucha autonomia

Region federalny Kurdystanu irackiego powstał de facto po kurdyjskim powstaniu w 1991 roku, podczas gdy Bagdad został ostatecznie uznany dopiero po inwazji amerykańskiej na Irak w 2005 roku. Rząd regionalny Kurdystanu (KRG) dysponuje własnym parlamentem, rządem i siłami zbrojnymi (peshmergami) i zarządza większością spraw wewnętrznych regionu, w tym bezpieczeństwem, gospodarką czy szkolnictwem. 

System polityczny regionu od początku jest ściśle związany z dwoma dominującymi klanami: rodziną Barzaniego i jej rządzącą Kurdzką Partią Demokratyczną (KDP) oraz rodziną Talabanie i Patriotycznym Związkiem Kurdystanu (PUK). Podczas gdy KDP reprezentuje interesy irackich Kurdów od lat czterdziestych (formalnie powstała na emigracji w Republice Mahabad), PUK powstała w latach siedemdziesiątych jako opozycyjna siła wobec KDP. Pomimo historycznej rywalizacji, po 1991 roku obie strony zjednoczyły się przeciw reżimowi Saddama i do dziś dominuje raczej pragmatyczna współpraca niż otwarta rywalizacja. 

Kurdzki region w Iraku (KRI) nie stoi też w bezpośredniej opozycji wobec islamskiej republiki irańskiej. Relacje między kurdyjskimi elitami politycznymi a Teheranem są od dawna pragmatyczne i sięgają czasów wojny irańsko-irackiej (1980–1988). Wówczas kurdyjskie oddziały wykorzystały osłabienie reżimu Saddama i z pomocą irańskich sił zajęły Halabdżę, później dotkniętą jednym z najgorszych ataków chemicznych w nowożytnej historii i kampanią genocydalną al-Anfal. Podczas tej operacji zamordowano szacunkowo nawet 100 tysięcy irańskich Kurdów. Iran służył też jako schronienie dla dziesiątek tysięcy kurdyjskich uchodźców uciekających przed ludobójstwem. Wielu dzisiejszych liderów dorastało na emigracji w Iranie, mają tam nadal rodziny i mówią płynnie po persku. 

Wyobrażenie, że irańscy i iraccy Kurdowie mogą w obecnej sytuacji geopolitycznej po prostu i jednoznacznie „pozostać neutralni”, jest jednak równie mylące jak przekonanie, że są jedynie narzędziem mocarstw. Struktury polityczne Kurdów działają w środowisku silnych nacisków i bardzo ograniczonej przestrzeni do manewrowania. Nawet najważniejsi światowi liderzy często mają tylko ograniczone możliwości przeciwstawienia się Waszyngtonowi. Mimo to obecne kierownictwo regionu podkreśla, że w obecnym konflikcie zamierza zachować neutralność.

Kurdyjczycy przeciwko Kurdom

Jest także bardzo mało prawdopodobne, by właśnie Barzani „poświęcił” semi-autonomię irackiego Kurdystanu na rzecz utopijnych wizji szerszej kurdyjskiej federacji – projektu, którego realizacja dziś po osłabieniu autonomicznego projektu DAANES budzi wątpliwości wielu Kurdów. Linia polityczna Barzaniego zawsze była raczej pragmatyczna niż ideologiczna. W przeszłości nie wahał się współpracować zarówno z Izraelem, jak i Turcją, co od dawna podważa romantyczne wyobrażenie o jednolitej kurdyjskiej solidarności. Również pro-erdoganowskie kręgi polityczne należały do najbardziej krytycznych wobec silnej obecności Arabów w strukturach autonomicznych na północnym wschodzie Syrii i arabskich jednostek zbrojnych w oddziałach Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF). 

Jeśli można mówić o dwóch względnie spójnych nurtach wśród kurdyjskich ruchów politycznych, to są to właśnie „obóz” związany z kurdyjskim Kurdystanem na jednej stronie i tradycja polityczna oparta na myślach Abdullaha Öcalana i ruchu PKK na drugiej. Pierwszy z nich oparty jest głównie na modelu narodowo-terytorialnej autonomii i pragmatycznej dyplomacji regionalnej, drugi dąży do radykalnie zdecentralizowanego projektu demokratycznego konfederalizmu. Napięcia między tymi dwoma wizjami politycznymi znacząco kształtują politykę kurdyjską w całym regionie i często decydują, jak poszczególni aktorzy kurdyjscy podchodzą do potencjalnych sojuszy z mocarstwami regionalnymi. 

Najbardziej widoczną materializacją idei Öcalana jest eksperyment w Rojavie, który w kontekście arabskiej wiosny w 2011 roku ogłosił rewolucję i zaczął w praktyce rozwijać projekt demokracji pozastatowej. W strukturach autonomicznych północno-wschodniej Syrii, wspólnotach i lokalnych samorządach podczas wojny stopniowo powstał system, który edukował, organizował i politycznie mobilizował lokalną wieloetniczną i wieloreligijną ludność. Odwoływał się tym samym do dziesięcioleci budowania sieci społecznościowych, tworzonych głównie przez klasę pracującą i socjalistyczną młodzież, z których duża część pochodziła z Turcji – ukształtowana walką z państwowym antylewicowym przemocą lat osiemdziesiątych. 

Pomimo wielu wewnętrznych sprzeczności i problemów strukturalnych, ten model funkcjonował przez ponad 10 lat. Jednak wydarzenia ostatnich miesięcy znacznie zmieniły jego oblicze. Zmiana równowagi geopolitycznej i nowa pomoc ze strony USA i UE dla rządu syryjskiego umożliwiły ofensywę w Damaszku, która pozbawiła autonomiczne władze kluczowych terytoriów, w tym pól naftowych, i wypchnęła SDF na północny wschód regionu kurdyjskiego. Autonomiczne władze straciły w ten sposób około 80 procent swojej pierwotnej powierzchni. 

Powrót do nacjonalizmu?

W interpretacjach medialnych obok kolejnego „zdradzenia Kurdów” pojawił się także termin „koniec”. W tekście o Rojavie napisałam, że takie ramowanie pomija istotę samego projektu rewolucyjnego. Idei politycznych, na których opiera się Rojava, nie da się zniszczyć wojskową klęską, a ze względu na internacjonalistyczny charakter ruchu byłoby przedwczesne mówić o jego końcu. Nie można jednak zaprzeczyć, że doszło do znaczącej zmiany jego oblicza. Oprócz utraty głównie arabskich terytoriów, autonomiczne władze straciły także większość „niekurdyjskich” elementów zarówno w strukturach zbrojnych, jak i w demografii. Komentatorzy i analityczki podczas ofensywy często cytowali obrazy witających jednostki Ahmeda Szary arabskich mieszkańców jako wyzwolicieli. Jeśli więc coś naprawdę się skończyło, to jest to model wieloetnicznej autonomii, i dziś bardziej właściwe jest mówić już tylko o Rojavie.

Przesunięcie od wieloetniczej demokracji pozastatowej do kurdyjskiego nacjonalizmu w stylu barzaniego odzwierciedla się także na poziomie symbolicznym. Flagi DAANES czy jednostek YPJ stopniowo ustępują tradycyjnej kurdyjskiej fladze – tzw. ala rengîn, zarówno w regionie, jak i na demonstracjach w irackim Kurdystanie i diasporze. Liczni kurdyjscy komentatorzy i analityczki otwarcie dyskutują dziś, czy eksperyment wieloetnicznej autonomii nie był strategicznym błędem, który ostatecznie przyczynił się do osłabienia pozycji kurdyjskiej. W rozmowach z przyjaciółmi dostrzegam także rosnący resentiment: wśród Kurdów nasila się antyarabska i antyislamska atmosfera, podczas gdy wśród syryjskich i arabskich pojawia się postawa odwrotna wobec Kurdów. 

Obecna sytuacja w Rojavie, która w cieniu nowych izraelsko-amerykańskich interwencji niemal zniknęła z medialnego zainteresowania, nie wygląda korzystnie. Jednym z najbardziej delikatnych pytań dotyczących kruchiego rozejmu i trwających negocjacji między syryjskim rządem (STG) a obecną administracją kurdyjską w Kamiszli jest przyszłość jednostek YPJ. Dla konserwatywnego syryjskiego kierownictwa autonomiczne kobiece oddziały są trudne do zaakceptowania, dla kurdyjskiego ruchu YPJ stanowią nie tylko kluczową siłę militarną, ale także symbol równości płci i polityki emancypacyjnej Rewolucji Rojavy.

Przeciwnik nie jest wrogiem

W niespodziewanie kruchej pozycji znajduje się także Turcja w wyniku izraelsko-amerykańskiej inwazji. Prezydent Recep Tayyip Erdoğan od dawna stara się zapobiec powstaniu jakiejkolwiek formy kurdyjskiej autonomii – zarówno na własnym terytorium, jak i poza granicami. Niezaprzeczalna radość Ankary z osłabienia kurdyjskiej autonomii w Syrii może okazać się przedwczesna. Chociaż Koalicja sił politycznych irańskiego Kurdystanu ma do podobnego projektu daleko, zaangażowanie PJAK stanowi dla Turcji zagrożenie bezpieczeństwa: organizacja jest powiązana z PKK, której proces rozbrojenia bez znaczących kroków Ankary utknął, a obecna eskalacja może militantom otworzyć nowe pole walki przy tureckich granicach.

Oprócz kurdyjskich aspiracji w Iranie, dla Turcji kluczowe jest także ryzyko nowej fali uchodźców na długości 534 kilometrów wspólnej granicy. Kraj ten już teraz gości największą populację uchodźców na świecie – prawie trzy miliony Syryjczyków – a kolejny napływ prawdopodobnie spotka się z silnym antyimigracyjnym nastrojem, w którym uchodźcy są często obwiniani o kryzys gospodarczy, w którym Turecko tonie od 2018 roku. Erdoğan na razie potrafił utrzymać tę sytuację politycznie, m.in. dzięki retoryce braterstwa muzułmańskiego. Większość syryjskich uchodźców, podobnie jak duża część tureckiego społeczeństwa (reprezentowanego przez Erdoğana), wyznaje sunnizm. Jednak w przypadku szyickich Irańczyków – których w Turcji już dziś żyje szacunkowo pół miliona – podobny argument działałby znacznie gorzej. 

Sytuacji nie można jednak sprowadzać wyłącznie do podziału religijnego, a antyirańskie nastroje w Turcji od dawna podsyca regionalna rywalizacja obu państw, zwłaszcza ich sprzeczne ambicje w Syrii: podczas gdy Iran wspierał reżim Baszara al-Asada, Turcja opowiadała się za głównie sunnickimi powstańcami. Również w obecnym kryzysie udaje mu się utrzymywać wyraźne sojusze ze Stanami Zjednoczonymi, jednocześnie krytykując wojnę przeciw Iranowi, którą przedstawia głównie jako izraelski projekt: jako jedyny lider państw NATO wyraził kondolencje z powodu śmierci najwyższego irańskiego przywódcy Alego Chameneiego, a jednocześnie potępił irańskie ataki na państwa Zatoki Perskiej w ramach odwetowych operacji Teheranu. 

Ze względu na bliskość konfliktu z jednej strony i powiązania z państwami europejskimi i NATO z drugiej, dla Ankary strategia utrzymania neutralności jest zdecydowanie najodpowiedniejsza – zarówno na arenie międzynarodowej, jak i w polityce krajowej. Dla Erdoğana, który dąży do utrzymania władzy mimo ograniczeń konstytucyjnych, ta pozycja jest okazją do prezentowania się jako lider, który utrzymał Turcję z dala od wojny i jednocześnie „stał po stronie dobra”.

Kto mówi w imieniu Kurdów?

Debata o kurdyjskim zaangażowaniu w wojnę przeciw Iranowi ujawnia długotrwały problem dyskursu medialnego: Kurdowie pojawiają się w nim głównie jako zmienna geopolityczna – potencjalni sojusznicy, narzędzie nacisku na reżimy regionalne, tzw. siły proxy lub wręcz czynnik destabilizujący. Rzadziej przedstawiani są jako aktorzy polityczni, którzy sami formułują swoje strategie, polityczne żądania, cele i obawy. 

Ten paradoks jest szczególnie widoczny w momencie, gdy kwestia kurdyjska ponownie staje się punktem przecięcia kilku konfliktów jednocześnie. W Iranie i Iraku chodzi o relacje między kurdyjskimi organizacjami politycznymi a autorytarnym reżimem teokratycznym, który od dawna ogranicza ich prawa polityczne i kulturalne. W Syrii eksperyment demokratycznej autonomii Kurdów poszukuje nowego ułożenia relacji z rządem w Damaszku. A w Turcji kwestia kurdyjska, szczególnie w świetle nowych negocjacji pokojowych, jest jednym z najbardziej wrażliwych i najważniejszych tematów polityki krajowej i regionalnej. 

Ta powiązanie pokazuje, jak mylące jest wyobrażenie Kurdów jako jednolitego aktora geopolitycznego, którego można według potrzeb „aktywizować” w konflikcie regionalnym. Podstawowe pytanie, czy ich zaangażowanie w „kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie jest sposób, w jaki są one w debatach przedstawiane, kwestionowane i wyrywane z kontekstu. Walka Kurdów o samookreślenie na przestrzeni Iranu, Iraku, Syrii i Turcji jest więc jednocześnie walką o własny głos. 

Autorka jest turkolożką.