Obywatele ukraińscy nie są ciężarem, lecz korzyścią dla Polski
New Eastern Europe
Wywiad z Maciejem Duszczykiem, pracownikiem i doradcą ds. migracji w Kancelarii Premiera Polski oraz profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Rozmówca: Andrii Kutsyk.
ANDRII KUTSYK: Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego i Eurostatu, Polska jest obecnie szóstą co do wielkości gospodarką w Unii Europejskiej pod względem nominalnego PKB. Polska osiągnęła tę pozycję w ciągu około 30 lat. Jak oceniasz rolę migracji w tym wzroście gospodarczym, szczególnie wkład migrantów z Ukrainy?
MACIEJ DUSZCZYK: Jeśli weźmiemy pod uwagę cały okres 30 lat, emigracja Polaków miała większy wpływ na polską gospodarkę i PKB niż sama imigracja. Patrząc na te dwa główne procesy migracyjne — emigrację i imigrację — można wyróżnić kilka fal migracyjnych. Pierwsza fala miała miejsce tuż po 1989 roku; obejmowała również pewne zainteresowanie powrotami przez Polaków, którzy wyjechali przed 1989 rokiem. Druga, główna fala, nastąpiła po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, kiedy z kraju wyjechało ponad milion osób. To zjawisko miało bardzo silny wpływ na polską gospodarkę — nie tylko dlatego, że wywołało określone procesy gospodarcze. Na przykład masowa emigracja doprowadziła do niedoborów siły roboczej, co przełożyło się na wyższe płace i zwiększoną wydajność pracowników. Ważną rolę odgrywały także tak zwane przekazy pieniężne, czyli transfery finansowe wysyłane do Polski przez migrantów. Stanowiły one istotny napływ środków finansowych.
Integracja Polski z międzynarodowymi strukturami w dużej mierze odbywała się poprzez migrację — zarówno napływy, jak i odpływy sprzyjały tworzeniu sieci i powiązań, co niewątpliwie miało pozytywny efekt. Znaczenie imigracji dla polskiej gospodarki zaczęło się znacząco zwiększać około 2007–08 roku, gdy dwa procesy zbiegły się w czasie. Z jednej strony pojawiły się pierwsze oznaki spowolnienia drugiego przejścia demograficznego — mniej osób wchodziło na rynek pracy, a więcej z niego wychodziło. Z drugiej strony, dynamiczny wzrost gospodarczy, w tym napływ funduszy strukturalnych, przyczynił się do szybkich zmian w gospodarce. W 2007 roku Polska zdecydowała się otworzyć rynek pracy, głównie dla obywateli Ukrainy, Białorusi i Rosji. Od tego czasu obserwujemy systematyczny wzrost liczby nowo przybywających, głównie z Ukrainy, korzystających z tej możliwości. Przełom nastąpił w 2014 roku, kiedy wybuchła wojna — stała się ona istotnym czynnikiem wpływającym na skalę migracji. Wówczas, podczas publicznych debat na ten temat, podkreślano, że Polska powinna zrobić więcej w tym zakresie. Wsparcie Ukrainy poprzez dostęp do rynku pracy powinno odbywać się nie tylko z powodów moralnych, ale także gospodarczych. W efekcie kolejne grupy obywateli Ukrainy zaczęły przyjeżdżać do Polski, podejmować pracę i stopniowo osiedlać się na stałe. Rzadziej wracali do kraju, mimo że często byli formalnie traktowani jako pracownicy sezonowi. Sytuacja uległa zmianie w 2022 roku. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w lutym 2022 roku w Polsce przebywało około 1,3 miliona obywateli Ukrainy. Część z nich wróciła po wybuchu wojny, choć skala tych powrotów była mniejsza, niż się często zakłada. Jednocześnie pojawiła się duża grupa uchodźców wojennych. Dyrektywa UE umożliwiła otwarcie rynku pracy, z czego Polska skorzystała. Dzięki temu integracja poprzez zatrudnienie postępuje dziś bardzo szybko. Obecnie Polska jest typowym krajem imigracyjnym, spełniającym niemal wszystkie cechy takiego państwa. Z perspektywy rynku pracy i gospodarki, istnieją sektory silnie zależne od pracowników z krajów trzecich, głównie z Ukrainy. Bez ich udziału funkcjonowanie tych sektorów byłoby niemożliwe.
Które sektory są najbardziej zależne?
Z pewnością gastronomia, ale pojawia się też kwestia budownictwa. Wydaje się, że sektor budowlany poradziłby sobie łatwiej niż gastronomia. Bardziej ogólnie, jednak, usługi publiczne w dużej mierze opierają się na pracy obywateli Ukrainy. Oczywiście, funkcjonują głównie dzięki Polakom, ale bez tego dodatkowego wsparcia byłoby to bardzo trudne. Kiedyś, przemawiając z mównicy sejmowej, powiedziałem, że gdybyśmy zorganizowali taki „narodowy dzień trzeźwości”, podczas którego obcokrajowcy — głównie Ukraińcy — po prostu nie przychodziliby do pracy, Polska stanęłaby w miejscu. Nagle nie byłoby prawie nikogo do prowadzenia autobusów, przygotowania jedzenia, nie byłoby gdzie iść — piekarnie byłyby zamknięte. Polska więc spełnia definicję kraju, którego gospodarka w niektórych sektorach zależy od obecności obcokrajowców. Co ważne, nie wpływa to negatywnie na wzrost gospodarczy ani na rosnące dobrobyt kraju. Wręcz przeciwnie — obecność obywateli Ukrainy generuje dodatkowy wzrost gospodarczy i zwiększa popyt na usługi. Wynika to z faktu, że gospodarka rozwija się szybciej, a obcokrajowcy nie są obciążeniem dla państwa, lecz jego zasobem — płacą podatki, pracują i w dużej mierze wydają zarobione pieniądze lokalnie.
Przykładem bardzo pragmatycznym i interesującym jest kwestia gospodarki odpadami. Odpady to problem, ale jednocześnie istnieją firmy odpowiedzialne za ich zbieranie i przetwarzanie. W 2022 roku stało się to dużym wyzwaniem dla Warszawy. System gospodarki odpadami był zaprojektowany na około 1,2 do 1,3 miliona mieszkańców, a nagle liczba ta wzrosła do około 1,7 miliona. Naturalnie, przełożyło się to na większą ilość odpadów, ponieważ więcej ludzi oznacza większe zużycie. To pokazuje szerszy mechanizm: jeśli pojawiają się odpady, oznacza to, że ktoś wcześniej coś kupił. Innymi słowy, przyczynił się do wzrostu PKB, pobudził popyt i zwiększył aktywność gospodarczą. Te procesy są więc spójne i korzystne dla gospodarki.
Podsumowując, Polska jest obecnie krajem szybko rozwijającym się — jednym z najszybciej rosnących na świecie. Dobre zarządzanie gospodarką odgrywa kluczową rolę, ale ważnym elementem tego sukcesu jest także wysoki poziom aktywności obcokrajowców na rynku pracy. Z jednej strony generują popyt na usługi. Z drugiej, sami przyczyniają się do podaży pracy. W efekcie, ogólny wpływ jest pozytywny dla rozwoju gospodarczego.
Czy można powiedzieć, że Ukraińcy na polskim rynku pracy są grupą migrantów wysoce elastyczną pod względem przekwalifikowania?
Problem polega na tym, że każdy z nas musi dostosować się do trwających zmian — jest to naturalny proces, szczególnie w warunkach szybkiego rozwoju kraju. Do około 1850 roku, czyli przed rewolucją przemysłową, ludzie zazwyczaj wykonywali jeden zawód przez całe życie — byli rolnikami i pozostawali rolnikami aż do końca życia. Ich dzieci podążały tą samą ścieżką. Tylko przemiany społeczne i gospodarcze związane z industrializacją doprowadziły do masowej migracji do miast i konieczności przekwalifikowania się. Rolnik stał się pracownikiem fabryki i z czasem mógł awansować, na przykład na rzemieślnika, właściciela warsztatu czy kupca. Dostęp do władzy jednak przez długi czas pozostawał ograniczony — dopiero rozwój systemów demokratycznych stopniowo to zmienił. Po II wojnie światowej mobilność zawodowa stała się znacznie łatwiejsza, ale nadal wymagała adaptacji i zmiany kwalifikacji.
Obecnie mamy do czynienia z bardzo podobnym zjawiskiem. Na przykład, ktoś może pracować jako kierowca przez kilka lat, a potem — z powodu zmian na rynku — stracić tę pracę i znaleźć zatrudnienie w innym sektorze. Nadal może być kierowcą (np. dostawcą jedzenia), ale w zupełnie innych dziedzinach, takich jak produkcja, transport publiczny czy przemysł. Kluczowym czynnikiem jest zdolność do przekwalifikowania się i chęć do zmiany. W przypadku obywateli Ukrainy nie stanowi to dużego problemu — szczególnie jeśli mówią po polsku. Ich zdolność do adaptacji i zmiany zawodu jest porównywalna z tą, którą wykazują Polacy. Podczas prac nad strategią migracyjną toczyła się szeroka debata, czy powinniśmy stworzyć specjalny system dedykowany obywatelom Ukrainy. Z jednej strony, ich liczba i specyfika mogłyby uzasadniać takie podejście. Z drugiej, pojawiało się pytanie, czy lepiej byłoby ich zintegrować z głównym nurtem polityki publicznej i traktować na równych prawach z Polakami. Rozważano też rozwiązania pośrednie, takie jak dodatkowe mechanizmy wspierające integrację i identyfikujące istniejące deficyty.
Ostatecznie zdecydowano się nie tworzyć odrębnego systemu, choć „Centra Integracji Cudzoziemców” zostały częściowo utworzone, aby zapewnić wsparcie. Jednak nie wszystkie z nich zostały ostatecznie uruchomione. To pytanie pozostaje aktualne i prawdopodobnie będzie wymagało ponownej refleksji. Zwłaszcza teraz, gdy rozpoczyna się proces przejścia od tymczasowego zabezpieczenia do tymczasowego pobytu, stanie się jasne, jak system funkcjonuje w praktyce. Możliwe, że zajdzie potrzeba wprowadzenia tymczasowych, dedykowanych programów integracyjnych — na przykład dla obywateli Ukrainy lub ukraińskich dzieci. Jeśli deficyty okażą się zbyt duże, istnieje ryzyko utraty niektórych pozytywnych efektów, które obecnie obserwujemy. Na ten moment trudno jednoznacznie ocenić, czy takie rozwiązania będą konieczne — pokaże to wyłącznie praktyka.
Czy zaobserwowałeś wzrost liczby osób z wyższym wykształceniem po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę — szczególnie lekarzy z Ukrainy — i jak przebiega ich integracja?
Osobiście wolę posługiwać się pojęciem kwalifikacji, a nie wykształcenia. Wykształcenie może się bardzo różnić — ktoś może mieć dyplom uniwersytecki, na przykład z Uniwersytetu Warszawskiego, ale niekoniecznie posiadać umiejętności potrzebne na rynku pracy. Dlatego kluczowe są rzeczywiste kompetencje, elastyczność i zdolność do funkcjonowania w zmieniających się warunkach. W tym zakresie migranci — zwłaszcza ci aktywni zawodowo — często są w lepszej sytuacji, ponieważ mają zwykle niższe oczekiwania i większą chęć do adaptacji. Zjawisko to ma też swoje historyczne korzenie. Osoby migrujące są generalnie bardziej skłonne do podejmowania różnych rodzajów pracy i szybkiego przekwalifikowania się.
Jeśli chodzi o napływ wysoko wykwalifikowanych osób, rzeczywiście obserwujemy wzrost liczby Ukraińców pracujących w zawodach wymagających specjalistycznych umiejętności — choć te stanowiska nie zawsze odpowiadają ich formalnemu wykształceniu. Szczególnie interesujący jest przypadek lekarzy. Od dawna trwała debata na temat ich obecności na polskim rynku pracy. Część środowiska medycznego podchodziła do tego sceptycznie, wskazując na bariery językowe, różnice systemowe czy obawy dotyczące jakości usług. Z drugiej strony, instytucje publiczne, takie jak Ministerstwo Zdrowia, a także sami pacjenci, popierały większą otwartość ze względu na rosnące zapotrzebowanie na usługi medyczne. W praktyce odsetek lekarzy z Ukrainy nie jest zbyt wysoki. Stanowi on około sześciu procent, co jest mniej więcej równoważne odsetkowi obywateli Ukrainy w całej populacji. Nie są więc nadreprezentowani w tej grupie zawodowej. Jednocześnie, bardzo duża liczba Ukraińców pracuje w służbie zdrowia na stanowiskach pomocniczych — z punktu widzenia funkcjonowania szpitali, często są niezbędni. Występuje też ważny efekt systemowy: wraz ze wzrostem populacji rośnie zapotrzebowanie na usługi medyczne, a ukraińscy lekarze częściowo zapewniają opiekę także ukraińskim pacjentom. To pośrednio odciąża polskich lekarzy i stabilizuje system. Z tej perspektywy ich obecność jest korzystna, choć jednocześnie stanowi formę konkurencji na rynku pracy — co tłumaczy opór niektórych środowisk zawodowych. Warto podkreślić, że gdy rozmawiam z dyrektorami szpitali, mówią wprost, że bez pracowników z Ukrainy szpitale stanęłyby w miejscu. To był mój argument, gdy trzeba było przekonać prezydenta do podpisania ustawy („Ustawa z dnia 12 września 2025 r. zmieniająca niektóre ustawy w celu weryfikacji prawa do świadczeń rodzinnych dla cudzoziemców oraz dotycząca warunków pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa”). Wówczas podkreślałem, że gdyby ustawa nie została przyjęta, mogłoby dojść do paraliżu funkcjonowania szpitali.
Czy Kancelaria Prezydenta RP nie była świadoma, że to bardzo ważna kwestia i że może doprowadzić do chaosu? W końcu cały proces był załatwiany na ostatnią chwilę.
Rozumiem, ale to jest polityka — i jest to jeden z jej elementów, które obecnie staramy się ograniczyć. To był finał bardzo ważnej debaty. Warto zauważyć, że po podpisaniu przez prezydenta pierwszej ustawy, druga przeszła znacznie spokojniej i praktycznie bez większej rozgłosu. Ta pierwsza — procedowana we wrześniu — stała się głównym tematem politycznym. Częściowo dlatego, że głównym krytykiem decyzji prezydenta w tym czasie była partia Konfederacja. W tym sensie można powiedzieć, że prezydent zapłacił pewną cenę polityczną za podpisanie ustawy. Dlatego moją rolą w tym czasie — jako osoby współodpowiedzialnej za przygotowanie i promowanie legislacji — było wykazanie, że potencjalne straty polityczne nie będą aż tak duże. Również kluczowe było wyjaśnienie, że brak ustawy mógłby prowadzić do poważnych konsekwencji systemowych, w tym do paraliżu szpitali. Przekaz był więc bardzo pragmatyczny: pewne skutki mogą się po prostu zdarzyć. I dobrze, że prezydent to uwzględnił i zdecydował się podpisać pierwszą ustawę. Dobrze też, że podpisał drugą — choć i ona nie spełniła do końca jego oczekiwań. W tym przypadku przyjęta struktura i strategia sprawiły, że trudno było jej nie podpisać. W efekcie, problem nie wywołał już tak dużej debaty, jak pierwotnie się spodziewano. A z perspektywy czasu można powiedzieć, że dobrze, że ten proces zakończył się w ten sposób.
Jeśli Polska będzie nadal potrzebować migrantów, w tym z Ukrainy, dlaczego zamiast tego widzimy powrót do bardziej restrykcyjnych procedur legalizacyjnych i powiązania zezwoleń na pracę z konkretnym pracodawcą? Czy planowany system online MOS naprawdę usprawni i przyspieszy rozpatrywanie spraw, biorąc pod uwagę, że dziś wiele osób czeka latami bez realnego kontaktu z urzędem?
To, że system składania wniosków działa słabo, jest prawdą. Jednak osoba objęta tymczasowym zabezpieczeniem i chcąca zmienić swój status, otrzyma kartę pobytu na trzy lata, co oznacza, że nie będzie musiała jej odnawiać co roku. Daje to trzyletnią perspektywę na uporządkowanie swojej sytuacji prawnej. Wydaje mi się, że w ciągu roku system w pewnym sensie się ustabilizuje, a jednocześnie zostaną wprowadzone dodatkowe funkcjonalności, które poprawią jego działanie. Gdy rozmawiam z przedstawicielami innych krajów europejskich, słyszę, że system, który został zaprojektowany, jest czasami oceniany jako wzór. Przede wszystkim dlatego, że jest prosty w założeniach: osoba składa krótkie zgłoszenie, raz odwiedza urząd lub gminę, składa wymagane dokumenty, a następnie otrzymuje SMS o wydaniu karty. W praktyce, ten proces może trwać od dwóch miesięcy do nawet pół roku — a obecnie bardziej realistyczny scenariusz to około sześciu miesięcy. Niemniej jednak, po złożeniu dokumentów, zakłada się, że zostanie wydana decyzja, a osoba zyska stabilność na trzy lata, z dostępem do rynku pracy, opieki zdrowotnej i innych świadczeń, a także odprowadza składki.
Takie rozwiązanie było długo negocjowane z rządem ukraińskim. Nie chodziło o stworzenie wrażenia pełnej asymilacji, lecz o system integracji przy jednoczesnym utrzymaniu więzi z Ukrainą. Z perspektywy strategicznej ważne jest, aby Ukraina zachowała swoją zdolność instytucjonalną i prozachodnią orientację, a obywatele Ukrainy nie tracili kontaktu ze swoim państwem. Dlatego konieczne jest stworzenie systemu, w którym osoba może funkcjonować w Polsce, a jednocześnie — jeśli zajdzie taka potrzeba — tymczasowo wrócić na Ukrainę, na przykład w celach naukowych lub zawodowych, nie tracąc statusu w Polsce. Wymaga to wyważenia wielu interesów: akceptacji społecznej w Polsce, decyzji politycznych, w tym podpisu prezydenta, a także porozumień z Ukrainą i instytucjami Unii Europejskiej. Dodatkowo, trzeba uwzględnić kontekst europejski, w tym rozszerzenie „Dyrektywy o tymczasowym zabezpieczeniu”. Oznacza to, że cały system musi być opracowany w ramach pewnego „trójkąta” porozumień: Polska, Ukraina i Unia Europejska. To, co zrobiliśmy, tworzy pewien trójkąt, który nie wszystkim się podoba. Nikt nie jest szczególnie zadowolony, ale jeśli mamy trzy nakładające się trójkąty, to nikt nie będzie w pełni usatysfakcjonowany, prawda? Ważne jest, aby system działał, nawet jeśli pojawią się błędy i problemy. Ten system ma potencjał do funkcjonowania. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Odpowiedź na to pytanie byłaby łatwiejsza po wakacjach, gdy będziemy mieli pełniejszy obraz sytuacji.
Warto pamiętać, że system składania wniosków został zaprojektowany na obsługę 100 000 wniosków rocznie. Obecnie, w ciągu najbliższych dwóch miesięcy, może zostać złożonych około 100 000 wniosków w Urzędzie Wojewódzkim w Mazowieckiem. Musimy być tego świadomi. Oczywiście, możemy próbować zatrudnić dodatkowy personel, ale już przydzieliliśmy 500 stanowisk i sytuacja się nie poprawiła. Duża rotacja pracowników jest problemem. Digitalizacja musi być odpowiednio zorganizowana. Jednak mieliśmy wydłużony okres z powodu COVID-19 i wojny, co opóźniło procesy. Na pewno nie da się tego zrobić bez konfliktów i problemów, ponieważ system jest tak skonstruowany, że zapory przeciwpowodziowe nie są budowane na powódź tysiąclatnią. Państwo, które nie było przygotowane na tak duży napływ obcokrajowców, musiało najpierw radzić sobie z migracją ekonomiczną, potem wojenną, a teraz musi też zmierzyć się z migracją inspirowaną przez Łukaszenkę i Rosję. To sytuacja, która wymaga szybkich decyzji, bo nadchodzi powódź tysiąclatnia. Nie porównuję ludzi do powodzi, ale podkreślam, że państwo nie buduje struktur na takie sytuacje. System był zaprojektowany na normalne obciążenie — 100 000 wniosków rocznie — a nagle mamy kilka milionów.
Dlatego ten system nie może funkcjonować bez odpowiednich rozwiązań, które będą ostrzegały o potencjalnych problemach. Planujemy tworzyć obszary zagrożenia powodziowego, aby w przypadku katastrofy typu powódź tysiąclatnia, nie zniszczyła naszych domów. Trudności na pewno jeszcze się pojawią. Warto też zauważyć, że system MOS został stworzony w 2021 roku, ale nie został uruchomiony, ponieważ nie było odpowiedniej ustawy. Od tego czasu wiele się wydarzyło. Tak więc 2026 może być problematyczny, ale 2027 powinien być okresem oddechu, kiedy ludzie zobaczą, że system zaczyna działać, a powódź opada. Wszyscy będą mieli swoje dokumenty, a sytuacja się ustabilizuje. Mogę tylko powiedzieć, że szkoda, że system nie działa tak, jak powinien. Z drugiej strony, możliwości państwa są ograniczone. Sytuacja, w której ktoś składa dokumenty i czeka rok, jest nie do przyjęcia. Mogą czekać pół roku, ale nie dłużej. Musimy to poprawić.
Czy masz jakikolwiek udział w procesach reformy granicy polsko-ukraińskiej? Czy jest szansa, że w najbliższym czasie kolejki na granicy polsko-ukraińskiej zostaną skrócone, a przekraczanie jej stanie się łatwiejsze i szybsze?
Nie aż tak bardzo. Moje główne zainteresowania to głównie kwestia wewnętrzna. Ale, często przekraczałem granicę polsko-ukraińską, nie będąc za każdym razem identyfikowanym jako minister. Udało mi się poprawić warunki przekraczania granicy w Przemyślu, która wcześniej była w dramatycznym stanie. Dziś sytuacja wygląda nieco lepiej, choć problem nie został całkowicie rozwiązany. To, że ludzie nie muszą już stać na deszczu i że otwarte są drugie drzwi, to ogromna poprawa.
Gdy przechodziłem granicę, sam byłem w tej kolejce i wiem, jak to wygląda. Zmokłem i zmarzłem, czekając na pociąg. Trzeba to było zrobić inaczej: dach nad peronem albo otwarcie dodatkowych drzwi, żeby ludzie nie musieli stać na zewnątrz podczas wysiadania z pociągu. Ludzie czekają, bo ich pociąg ma odjechać o 13:15, ale jeszcze nie przyjechał. Muszą najpierw wysiąść, żeby wsiąść z powrotem, co powoduje długie oczekiwania, czasami nawet godziny. Teraz jest trochę łatwiej, bo są bezpośrednie pociągi z Warszawy, ale wciąż mamy do czynienia z problemami wynikającymi z wojny.
Maciej Duszczyk jest polskim politologiem i ekspertem ds. migracji w Kancelarii Premiera Rzeczypospolitej Polskiej, profesorem na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2023–2025 pełnił funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. W latach 1999–2007 pracował w Biurze Komitetu Integracji Europejskiej, m.in. jako zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Strategii. W latach 2008–2011 był członkiem Zespołu Doradców Strategicznych Premiera Donalda Tuska. W latach 2012–2014 kierował zespołem odpowiedzialnym za opracowanie polityki migracyjnej Polski w Kancelarii Prezydenta RP.
Andrii Kutsyk posiada stopień doktora filozofii mediów (Lesya Ukrainka Wołyńska Narodowa Uniwersytet / Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu) oraz magistra nauk o Europie Wschodniej (Uniwersytet Warszawski). Obecnie jest stypendystą naukowym w Instytucie Politologii Uniwersytetu Gdańskiego, członkiem Instytutu Badań nad Polityką Europejską oraz sekretarzem European Journal of Transformation Studies. Jest także członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych (oddział Gdynia) i autorem, współautorem oraz redaktorem różnych monografii i książek. W 2024 roku otrzymał Nagrodę Iwana Vyhovskiego.