Wolny Mastodon w wolnym Fediversum
Deník Alarm
Sieci społecznościowe, należące do kilku korporacji, przejęły wpływ, jaki miały imperia medialne. Drogą, aby się od tego wpływu uwolnić, mogą być usługi internetowe z obszaru, dla którego przyjęło się słowo Fediverse.
Fediverse to usługi internetowe, które składają się z małych i niezależnych stron internetowych, które jednak automatycznie dzielą się treściami i tworzą dużą zdecentralizowaną sieć. Jednym z nich jest także serwis społecznościowy Mastodon. Działają one zazwyczaj na zasadzie oprogramowania z otwartym kodem źródłowym publikowanego na licencjach wolnych. Przypomnijmy, że te, w przeciwieństwie do licencji komercyjnych, zapewniają, że oprogramowanie może być swobodnie kopiowane, używane, ulepszane i rozszerzane przez każdego, pod warunkiem zachowania licencji, co umożliwia to samo wszystkim innym ludziom.
Jako nisza dla tych, którzy chcą być poza mocą platform własnościowych i wpływowych przez najbogatszych ludzi świata, Mastodon zdecydowanie jest.
Najbardziej znanym przykładem wolnego oprogramowania jest system operacyjny Linux, przeglądarka Firefox, odtwarzacz VLC, system zarządzania treścią WordPress czy komunikator Signal. A w końcu także zdecydowana większość kodu napędzającego codzienne funkcjonowanie całego internetu. Rozwój czasami wspierają specjalistyczne fundacje, często jednak jest w rękach entuzjastycznych wolontariuszy, którzy programują w swoim wolnym czasie. Ostateczny program należy do wszystkich – nic dziwnego, że korzenie ruchu wolnego oprogramowania sięgają lat szesiątych i siedemdziesiątych w USA.
Usługa ze świata Fediverse – na przykład dzielenie się obrazami Pixelfed, serwis wideo PeerTube lub sieć społecznościowa Mastodon – może być obsługiwana przez każdego, kto to technicznie potrafi. Poszczególne „instancje”, czyli konkretne serwery takiej usługi, są w rękach i pod zarządem ich poszczególnych operatorów, co często stanowią fundacje, instytucje akademickie, organizacje non-profit, społeczności, grupy entuzjastów technologii, firmy lub też pojedyncze osoby.
Przykładem jest usługa PeerTube, która podobnie jak YouTube umożliwia przesyłanie i oglądanie filmów. Do ich udostępniania używa zasady podobnej do torrentów, a filmy w idealnym przypadku przesyłają się między komputerami tych, którzy akurat na nie patrzą. Polską instancją PeerTube jest na przykład serwer vhsky.cz, który z własnych kieszeni obsługują entuzjaści technologii i który umożliwia każdemu dzielenie się swoimi filmami. Na PeerTube przeszła także samorząd polskiej gminy Stary Sącz, mając na celu uniezależnienie swojego kanału wideo od YouTube.
Uzależnienie od operatorów platform może się okazać nieopłacalne nawet w sytuacji kryzysowej, na przykład podczas powodzi, gdy rozpowszechnianie ważnych wiadomości jest całkowicie zależne od woli operatorów. I może się zdarzyć, że ostrzeżenie przed falą powodziową lub pożarem usunie zatrudniony moderator gdzieś w open space w Azji jako spam, tak jak to się stało podczas polskich powodzi w 2024 roku czy fala pożarów w Kalifornii.
Nie muszą też dalej polegać na woli Spotify czy innych korporacyjnych sieci, a mogą wypróbować platformy Fediversu, takie jak Funkwhale, Owncast czy Castopod, choć publiczność jest jeszcze niewielka.
Pojedyncze instancje „federują się” ze sobą, wymieniają treści, więc użytkownik jednej z nich może śledzić i dzielić się postami użytkowników ze wszystkich innych instancji. Sieć staje się więc zdecentralizowana: nikt jej nie zarządza centralnie, nie ma też żadnego „punktu centralnego”, który można by regulować, atakować, zakazywać lub jednostronnie manipulować. I nie ma właściciela. Konkretne zasady ustalają (i moderują posty) administratorzy poszczególnych węzłów, a gdy coś przestanie im odpowiadać (lub oni im), można przejść gdzie indziej.
Mastodon i ucieczka z Twittera
Jesienią 2016 roku trzydziestojednoletni Eugen Rochko opublikował sieć społecznościową Mastodon, którą zaczął programować na zasadach Fediverse jeszcze jako student uniwersytetu w Jenie. Na początku była to techniczna zabawa, pasja do programowania forów dyskusyjnych, które wtedy prowadził. Rochko był już zmęczony tym, jak w trakcie życia przechodził od jednego komunikatora do drugiego lub z jednej sieci społecznościowej na inną, w zależności od tego, jak powstawały, zyskiwały popularność i znikały. „Ile jeszcze będę musiał to robić?! Potrzebujemy czegoś, co będzie działać na zawsze,” mówił wtedy. Rozważał, że nie ma sensu, aby poszczególne usługi nie mogły się ze sobą komunikować, i postawił sieć właśnie na zasadzie federacji.
ReklamaWiele aplikacji komunikacyjnych i sieci społecznościowych powstaje, niektóre z nich oferują świetne funkcje w zakresie prywatności i szyfrowania, ale powszechnym problemem jest, jak przekonać użytkowników, aby korzystali z sieci, w której nie mają z kim rozmawiać. Mówi się na to „efekt sieci”: użyteczność sieci dla użytkownika rośnie znacząco wraz z liczbą użytkowników, którzy już jej używają. Gdy wielkość sieci przekroczy „krytyczną masę”, sama będzie rosła. Mastodon ze względu na swoją otwartość i decentralizację zyskał popularność wśród entuzjastów technologii, ale gwałtowny wzrost nastąpił dopiero pod koniec 2022 roku.
Wtedy Elon Musk kupił za 44 miliardy dolarów Twittera, a jego pierwsze kroki doprowadziły do odejścia części kierownictwa, setek pracowników i zaniepokojonych użytkowników. A do pierwszego zablokowania kont dziennikarzy wystarczyło niewiele.
Około dziewiętnastoletni Jack Sweeney napisał robota, który z publicznych zapisów o ruchu samolotów (które korzysta na przykład znany flightradar24.com lub lepszy ADSBexchange.com) wyciągał pozycję prywatnego odrzutowca Elona Muska i publikował ją na koncie twitterowym ElonJet (po rosyjskiej inwazji na Ukrainę zaczął publikować także ruch samolotów rosyjskich oligarchów). Musk najpierw złożył ofertę 5000 dolarów za usunięcie konta. Ale gdy w końcu kupił całą sieć społecznościową, sam je zlikwidował.
W napiętej atmosferze wokół sprzedaży Twittera i rozpatrując kwestię, jak będzie z deklarowaną wolnością słowa Muska, zaczęli się tym interesować dziennikarze. A wściekły Musk od razu zablokował konta dziennikarzy z szanowanych mediów, takich jak The Intercept, New York Times, CNN, Washington Post czy Voice of America, którzy pisali o tej sprawie. I mimo że w imię wolności słowa ogłosił amnestię wcześniej zablokowanych kont głoszących nienawiść, neonazizm czy wyższość białej rasy.
Ucieczka użytkowników, przestraszonych nowym właścicielem, kierowała się właśnie na Mastodon, który codziennie zyskiwał dziesiątki, a później setki tysięcy nowych użytkowników. Muskowe Twitter w panice zaczął oznaczać wszystkie linki do alternatywnej sieci społecznościowej jako niebezpieczne, jakby to był złośliwy program – co przyciągnęło uwagę mediów i falę uciekinierów, a popularność Mastodona znów wzrosła. W ciągu kilku tygodni liczba jego użytkowników wzrosła do 2,5 miliona.
Podobne fale exodusu pojawiały się zawsze przy pogorszeniu sytuacji gdzie indziej, na przykład gdy chiński rząd centralny zaostrzył cenzurę na sieci TikTok.
Sukces sieci społecznościowej przyciągnął też zainteresowanie inwestorów. Rochko jednak odmówił inwestycji ze słowami, że raz za swoje pieniądze będą chcieli coś w zamian. Mastodon przekształcił w organizację non-profit i z darowizn oraz składek finansuje rozwój oprogramowania, którego największa część jednak wciąż pochodzi od licznej grupy wolontariuszy.
Pierwsza fala napływu użytkowników opadła (Zuckerbergowa Meta skorzystała z ucieczki użytkowników z Twittera i uruchomiła konkurencyjną sieć społecznościową Threads) i liczba użytkowników powoli spadała, często zniechęcanych mniej przejrzystym interfejsem użytkownika. Mimo to na całym świecie jej około 8000 instancji używa miesięcznie około 700 000 użytkowników.
Przyjęcie szczególnie dobrze zaadaptowało się w grupach, które potrafią docenić jego zasadniczą otwartość. Oprócz przewidujących entuzjastów technologii związanych z otwartym oprogramowaniem, to także silna lewicowa scena.
I zaskakująco stało się też domeną społeczności LGBTQ+. Prawdopodobnie także dlatego, że główną autorką protokołu ActivityPub, za pomocą którego usługi Fediverse wymieniają wiadomości, jest transpłciowa kobieta Christine Lemmer-Webber – a protokół dba o zachowanie prywatności i wrażliwość na potrzeby użytkowników. Obecna polityzacja tematu i powiązanie właścicieli sieci społecznościowych z transfobicznym Trumpem dały społeczności platformę do wyboru. A odwiedzający jeden z ostatnich hackerowskich kongresów CCC w niemieckim Hamburgu mógł być zaskoczony, ile z dziesiątek tysięcy hackerów z całego świata założyło spódnice, tęczowe wstążki… albo chociaż uszy kotka.
Sieć społecznościowa w rękach ludzi
Mastodon nie używa żadnych filtrów ani algorytmów rekomendacyjnych, więc użytkownicy porównują go raczej do ogrodnictwa: osoby, które się obserwuje, muszą wybierać samodzielnie. I od czasu do czasu muszą przyciąć swoją „ogrodową” przestrzeń i pozbyć się chwastów. Na szczęście Mastodon nie szantażuje pojęciem „przyjaciel”, a to, że kogoś przestajesz obserwować, nie jest aktem emocjonalnym „nie jesteśmy już przyjaciółmi”, lecz zwykłym działaniem technicznym (lub informacją zwrotną o jakości feedu). Zaleta jest taka, że strumień informacji ustawiamy sami, a nie robi tego za nas nieprzejrzysty algorytm. Wadą jest mniejsza wygoda i praca, którą musimy włożyć – co jest właśnie ceną za to.
Zasada decentralizacji przypomina e-mail: konto na Mastodonie może na przykład nazywać się @klokanek@witter.cz, za pierwszym znakiem @ jest nazwa, a za drugim nazwa konkretnego serwera. I choć na scentralizowane sieci społecznościowe kieruje wiele regulacji (np. Digital Services Act Unii Europejskiej), to e-mail ze względu na swoją zdecentralizowaną naturę nigdy nie był poważnie regulowany.
Kto nie chce mieć żadnej pracy, korzysta z jednej z dużych instancji (np. Mastodon.social), a organizacja lub grupa, która chce mieć moderację całkowicie pod kontrolą, może założyć własną instancję (np. Český rozhlas, Europejska Komisja czy Partia Piratów Czeskich), mniejsze instancje obsługują społeczności (w Czechach na przykład na domenie witter.cz stowarzyszenie NoLog.cz, które w 2023 roku otrzymało Nagrodę Wielkiego Brata za udostępnianie technologii chroniących prywatność), albo też indywidualni użytkownicy. Utrzymanie serwerów kosztuje, niektóre instancje opłacają ich operatorzy z własnej kieszeni, na inne składają się użytkownicy (czasami rejestracja jest tylko na zaproszenie) – i ten model jeszcze działa. Bez reklam, kopania i sprzedawania danych osobowych oraz korporacji w tle.
Fakt, że Mastodon nie potrzebuje gromadzić użytkowników do swojego modelu finansowego, sprawia, że posty (o ile sami ich nie zakazali) są publiczne i dostępne z zewnątrz, bez rejestracji. Znika tym samym uciążliwe szantażowanie typu „pokażemy ten post, dopiero gdy założysz konto na Facebooku” – i zbieranie, analiza czy sprzedaż danych osobowych.
Gdy w amerykańskich wyborach prezydenckich sprzed dwóch lat z poparciem Muska zwyciężył Donald Trump, kolejna fala uciekinierów z Twittera/X pochłonęła nową sieć społecznościową Bluesky, która w kilka dni uroślała o setki procent. Za nią stoją byli pracownicy Twittera, gdzie sieć powstała pod kierownictwem jako eksperyment inspirowany esejem Mike’a Masnicka Protokoły, a nie platformy: Podejście technologiczne do wolności słowa.
Uruchomienie własnego serwera Bluesky jest możliwe, ale znacznie bardziej skomplikowane technicznie niż Mastodona. Dodatkowo, zasadnicza słabość pozostaje taka sama jak u innych sieci, które komuś należą: inwestorzy włożyli pieniądze i będą mieć własne interesy, przynajmniej w zakresie monetyzacji. A podatność takiej własności centralnej pokazała się już w kwietniu 2025 roku, gdy podczas protestów opozycyjnych w Turcji Bluesky spełniło nakaz tamtejszego sądu i zablokowało 72 konta powiązane z opozycją (otwarty list organizacji Human Rights Watch kierował też do właścicieli X, YouTube, TikToka i Facebooka, którzy ulegli presji tureckiego rządu).
Dzięki federacji z Mastodonem „mosty” prowadzą do innych sieci społecznościowych, więc użytkownicy Mastodona mogą śledzić posty z bardziej otwartego Bluesky (np. przez most w formie @denikalarm.bsky.social@bsky.brid.gy) lub nawet z Twittera/X (np. przez most @jmenouctu@bird.makeup – ale na przykład główna instancja Mastodon.social nie federuje postów z X).
Oddziały
Po pierwszym wyborze Trumpa na prezydenta USA w 2016 roku, na Mastodon dotarła fala użytkowników LGBTQ+ i deweloperów uciekających z Twittera. Wkrótce zaczęli narzekać na sposób, w jaki Eugen Rochko prowadzi rozwój oprogramowania i że niektóre funkcje mogą przyczyniać się do dyskryminacji niektórych grup ludzi. W świecie otwartego kodu każdy, kto potrafi, może zmodyfikować funkcje lub dodać nowe do oprogramowania. Zmiany jednak muszą zatwierdzić główni administratorzy. Rochko nie akceptował niektórych modyfikacji od nowych wolontariuszy, a społeczność narzekała.
Na to ma jednak otwarte oprogramowanie od dawna działający mechanizm, zwany „fork”, czyli „oddziałek”. Każdy ma prawo „odłączyć” od istniejącego oprogramowania własną wersję i sam się nią opiekować, budować własną społeczność, modyfikować funkcje lub dodawać dowolne. Zmiany mogą potem oferować do oryginalnego programu, korzystać z funkcji z niego lub iść własną drogą. Dopóki komunikują się tym samym protokołem, mają wspólny język i mogą wymieniać wiadomości.
Swoboda kodu jest tak radykalna, że „każdy” może być nawet zespołem Donalda Trumpa, który po zakazie własnego konta na Twitterze założył własną sieć Truth Social. Ta skopiowała Mastodona i zmodyfikowała na własny obraz, a nawet wydała oprogramowanie jako własne, ale w sprzeczności z licencją otwartą nie udostępniła kodów źródłowych, z którymi mogliby dowolnie działać inni. Rochko do tego wezwał oficjalnym listem, organizacja Software Freedom Conservancy dołączyła zarzuty prawne i kod źródłowy się pojawił.
Defederacja
Wczesne doświadczenie pokazało, że wolność słowa nie oznacza zrezygnowania z moderacji, co Mastodon dość szybko zrozumiał.
27 października 2018 roku, podczas porannej modlitwy, do synagogi w Pittsburghu wszedł mężczyzna, który zabił 11 osób i postrzelił kolejne. Gdy wyszło na jaw, że publikował swoje antysemickie komentarze na ultraprawicowej sieci Gab, gdzie jego profil miał motto „Żydzi są dziećmi Szatana” i nikt nie zablokował jego wpisów, zaczęły się wyłączenia usług dla tej sieci – dostawca hostingu zamknął serwery, rejestrator wyłączył domenę, a firmy płatnicze przestały obsługiwać wpłaty od użytkowników.
Aby Gab ominął zakaz swoich aplikacji mobilnych w sklepach Apple i Google, w 2019 roku przeszedł na oprogramowanie Mastodona – i jego użytkownicy zaczęli korzystać z oficjalnych aplikacji mastodon. Nagle rasistowska sieć z milionem użytkowników stała się największą instancją do tej pory raczej lewicowej i antyrasistowskiej sieci. „Mastodon pierwotnie został stworzony przez osobę o żydowskich korzeniach z pierwszej generacji imigrantów, a jego użytkownicy to często osoby z marginalizowanych społeczności,” napisał Rochko w oświadczeniu. „Sprzeciwiamy się filozofii Gabu, który swoje rasistowskie i odhumanizujące treści tłumaczy absolutną wolnością słowa,” dodał, zaznaczając, że wolna licencja pozwala każdemu na korzystanie z jego dzieła, i że nie może nikomu nakazać, by nie federował z Gabem, ale jego własna instancja Mastodon.social zaczęła Gab blokować. W szybkim tempie większość instancji odłączyła się od Gaba, a on sam później wyłączył możliwość dzielenia się treściami przez protokół ActivityPub.
Decentralizacja nie rozwiązuje jednak dylematów moderacji. Zaczyna się od spamu i ataków botów rabunkowych, których nikt nie chce. Ale moderator każdej instancji jest też nadal postawiony przed szeregiem pytań, na które wielkie platformy natrafiły już dawno. Różne państwa mają różne granice wolności słowa: czy będziemy kasować wszystkie potencjalnie nielegalne wypowiedzi, czy poczekamy na nakaz sądowy? A co, gdy odezwą się Turcy? Czy będziemy kasować wszystkie wypowiedzi nienawiści i nawoływania do przemocy, czy też zostawimy dezinformację, by mogła się rozprzestrzeniać? Czy będziemy weryfikować fakty? Co jest faktem, a co tylko kontrowersyjnym poglądem? Czy federować z instancjami, gdzie obowiązują luźniejsze zasady, czy tam, gdzie moderacja jest bardziej rygorystyczna? A co z tymi, które nie pasują do naszego światopoglądu?
Defederacja czasami może skłonić administratorów do tłumnego zachowania. Doświadczyła tego fundacja Raspberry Pi, która produkuje ten sam mikrokontroler o wielkości papierosa, popularny wśród hackerów i majsterkowiczów. Gdy na swojej instancji Mastodona ogłosili, że zatrudnili na rezydencję twórczą Toby’ego Robertsa, byłego policjanta, który przez 15 lat rozwijał dla brytyjskiej policji różne ukryte urządzenia śledzące i podsłuchowe, zaczęły się pojawiać oburzone komentarze od społeczności deweloperskiej. Moderujący fundacji odpowiedzieli podobnie nieprzyjemnym tonem i zablokowali najgłośniejszych krytyków. Cała instancja wkrótce trafiła pod hashtag #fediblocks, pod którym administratorzy codziennie dzielą się propozycjami defederacji. Kto będzie federował, decyduje każdy administrator indywidualnie, ale fala blokad wpłynęła na reputację fundacji. Wnioskiem, który wyciągnęło większość komentatorów, jest potrzeba większej wyrozumiałości i chłodnej głowy po obu stronach.
Wraz z falami defederacji może się nawet zdarzyć, że Fediverse rozpadnie się na wzajemnie niekomunikujące się wyspy. Właściwie już tak się stało: skrajna prawica kontra reszta świata. „Gatekeeping”, czyli decydowanie, które informacje „wyjdą na zewnątrz”, przenosi się z centralnej władzy (obecnie w rękach oligarchów) do rąk poszczególnych społeczności. Te stają się podstawową jednostką nowej sieci. I choć przeprowadzka jednostki bez społecznego otoczenia do nowej sieci jest samotnym i ryzykownym krokiem, to przeniesienie małej społeczności jest już całkiem realne.
Trudniejsza wolność
To wszystko jest trochę bardziej skomplikowane niż błyszczące przyciski korporacyjnych platform. To też odstrasza część publiczności, a po falach ucieczek z innych platform następuje znowu odpływ. Część z nich to zapewne kwestia przyzwyczajeń użytkowników. Mastodon już się obniżył i zamiast „tooth” (wariant na „tweet”) oznacza wpisy po prostu jako „post”. Gwiazdka („ulubione”) jest oceną dla autora wpisu i służy jako zakładka na później. „Boost” (coś jak „retweet”) przekaże post wszystkim, którzy cię obserwują. Wyświetlanie wpisów można różnie zmieniać i ustawiać, a także tworzyć listy (lists) tych, którzy szczególnie cię interesują, albo według tematów czy języków. „Wiele problemów z decentralizacją, które wtedy odstraszyły wielu użytkowników, udało się rozwiązać w ciągu ostatnich trzech lat,” mówi użytkownik o pseudonimie xChaos, który opiekuje się czeską instancją f.cz.
Nie ma tu „przyczepności” algorytmów rekomendacyjnych, które mają na celu wywołać uzależnienie. Czasami na Mastodon nie pamiętam tygodniami i nie brakuje mi tego, co jest dużą ulgą w porównaniu do uporczywego wielokrotnego sprawdzania mediów społecznościowych w ciągu dnia z poczuciem „fear of missing out” za plecami.
Trzyma się i przyciąga głównie ludzi, dla których zasadnicza wolność przewyższa wygodę prostoty: aktywistów wszelkiego rodzaju, hakerów, społeczność LGBTQ+. Zadziwiające jest, że na przykład czeska scena aktywistyczna tak mocno trzyma się platform prowadzonych przez korporacje i nie boi się dyskryminacji ich algorytmami w ścisłym związku z władzą państwową. Jak na Mastodonie mówi się: „Na platformach prowadzonych przez uciskaczy trudno zrobić rewolucję.”
Ze względu na brak algorytmicznej deformacji Mastodon mógłby zachowywać się jak naturalna sieć bez skali, jak opisuje to matematyk Albert-László Barabási w książce „Sieci w pajęczynie”. Według jego zasady „preferencyjnego dołączania” oznaczałoby to, że największą publiczność będą mieć w końcu ci, którzy dołączyli najpierw lub najdłużej wytrwali.
Mastodon nie stał się głównym nurtem i prawdopodobnie nie stanie. Czeskie instancje mają razem coś około tysiąca użytkowników (inni czescy użytkownicy są na instancjach zagranicznych). Ale w ciągu 10 lat swojej działalności udowodnił, że jako nisza dla tych, którzy chcą być poza mocą platform własnościowych i wpływowych przez najbogatszych ludzi świata, jest zdecydowanie żywotny. A jeśli czasy będą się jeszcze pogarszać, taka infrastruktura może się naprawdę przydać.
Autor jest dokumentalistą. Tekst jest fragmentem przygotowywanej Niebezpiecznych książek.

