W pewnej niepewności. Lekcje literatury dysydentów dla współczesności

Kapitál
W pewnej niepewności. Lekcje literatury dysydentów dla współczesności

W czasach rosnącej niepewności i ucisku dysydenci i ich dzieła nadal stanowią sposób na stawienie czoła rzeczywistości. Czego uczą nas o buncie i zachowaniu tożsamości w dzisiejszych czasach, gdy kultura i wolność stoją wobec nieustannych wyzwań?

Im jestem starszy, tym bardziej jestem przekonany, że nie wybieram książek – one wybierają mnie. A nie w jakimś ezoterycznym sensie. Raczej wydaje mi się, że to, co uważam za świadome wybory, jest tylko mieszanką podświadomych pragnień i obaw, odbiciem nastrojów społecznych, w których się poruszam. W ostatnim czasie zauważyłem na przykład, że czytam coraz więcej słowackiej i czeskiej literatury dysydentów z okresu normalizacji. Nie było tak, że pewnego dnia uderzyłem w stół i ogłosiłem: „Idę czytać dysydentów.” Nagle jednak przyłapałem się na tym, jak wychodzę z biblioteki z Kadlecikiem czy Vaculíkiem w ręku, jak w domu z półki wyciągam Havla i Šimečku.

Nie jest trudne domyślić się, dlaczego. Żyjemy w czasach zaciskania śrub – tak mocno, że wielu to boli. Znowu mówimy o normalizacji i prowadzimy nieskończone i niezmiernie uprzejme dyskusje o tym, czy już możemy używać tego terminu, czy wciąż jest to zbędna histeria. A podczas gdy dyskutujemy, wolny świat kultury rozpada się nam przed oczami. Przyjaciele i koleżanki są wyrzucani z mediów publicznych i instytucji kulturalnych, coraz więcej ludzi jest bez pracy. Centra kultury, festiwale, czasopisma i wydarzenia upadają i kończą działalność na co dzień.

Prawie wszyscy żyją w stanie chronicznej niepewności.

To jednak dziwna niepewność, która stopniowo przekształca się w pewność. Publiczne źródła finansowania niezależnej kultury nie istnieją i jasne jest, że w najbliższym czasie – rozumie się w najbliższych latach – również nie będą. Jednak wiele projektów kulturalnych jeszcze się kończy, i poruszamy się w dziwnym międzyczasie, równie uspokajającym, co przerażającym. Wciąż mamy – przynajmniej niektórzy z nas – co robić. Jeszcze jeden festiwal, jeszcze jedno wydarzenie, jeszcze jedna książka... Wiemy, że mamy zasoby, finansowe i ludzkie, jeszcze na sześć miesięcy, na trzy miesiące, na dwa tygodnie. Czasami pomaga nam to odwrócić beznadziejne rozważania o przyszłości, musimy przecież skupić się na zadaniach, które czekają na nas w dany dzień. Dobrze wiemy, co nas czeka, i marnujemy czas, dopóki się nie pominiemy.

Ale praca bez wizji przyszłości stopniowo odciska na nas swoje piętno, czy to przyznajemy, czy nie. U ludzi w moim otoczeniu zauważam na razie dwie sprzeczne, choć ostatecznie podobne reakcje. Z jednej strony aż maniakalną aktywność – zrobić jak najwięcej szybko, póki się da. Organizować, protestować, ogłaszać zbiórki, krzyczeć z pełnym głosem. Z drugiej strony powolne zamykanie się w sobie, wyciszenie, poszukiwanie pracy i życia w innym zawodzie, nieraz w innym kraju. Odchodzenie bez hałasu i łez.

Sami poruszam się między tymi dwoma biegunami – w zależności od nastroju i najnowszych wiadomości. Już dawno nie odczuwam gniewu, jaki przeżywałem w pierwszych miesiącach nowego reżimu. Przekształcił się on w swoistą mieszankę uczuć i motywacji, dla których na razie nie mam nazwy. Często w moim wnętrzu miesza się determinacja, frustracja, niechęć, gorączkowa chęć ratowania, z gorzką świadomością bezsensu. To stan jakiejś dziwnej ciągłej intoxykacji: nic nie działa naprawdę i jednocześnie nie ma dokąd uciec od rzeczywistości. Chwytam się każdej słomki, wiedząc, że jeszcze nikt z bagna nie wyciągnął się na słomce.

A w takich chwilach przychodzi dysydentcka literatura jak na zawołanie. Oczywiście w niej szukam rad i pocieszenia, to jest dla mnie jasne nawet bez terapii. I często je znajduję, choć w nieoczekiwanych formach. Tak, czasami są to też pragmatyczne rady, na przykład jak obsługiwać cały ten samizdatowy literacki mechanizm. Nie tylko bez wsparcia państwa – wręcz jako akt, który państwo zakazuje i karze (Vaculík). Ale czasami to raczej subtelne, ciche rozmyślania, jak przeżyć i zachować siebie w czasach, które na pozór nie oferują żadnych wyjść.

Myślę o tym, jak Ivan Kadlecík ucieka do Bacha i organu, jak czas rozpuszcza się w ponadczasowości. I z drugiej strony – obserwuję, jak Milan Šimečka nieustannie analizuje politykę epoki poprzez jej powierzchowne, puste ideologiczne wypowiedzi, i jest w stanie się jeszcze przy tym bawić. Fascynuje mnie niezłomna, może naiwna wiara Havla w opór bezsilnych, która przebija się z każdej jego gry, z każdej eseju.

Najbardziej przemawia do mnie Ludvík Vaculík z jego nieustannym wahaniem, rozważaniem, dyskutowaniem, niepewnością, niejasnością. Potrzebą nazwania rzeczy, które będą nieprzyjemne także dla ludzi z jego dysydentowskiej bańki. Nawet za cenę ostracyzmu. Podoba mi się, że jego teksty są bardziej zbiorem pytań niż odpowiedzi: Zostać i kontynuować niewdzięczną pracę samizdatowego wydawcy, czy wycofać się także z tego półpublicznego życia? Jak podchodzić do przyjaciół, którzy wyemigrowali lub rozważają emigrację? Kultywować swoją małą społeczność, czy próbować dotrzeć do jak najszerszej publiczności? Pytania, które zadaję sobie niemal codziennie – na razie bez odpowiedzi.

Może nie zaskoczy, że żadne z dysydentowskich dzieł nie oferuje instrukcji, jak się zachować w dzisiejszych czasach. To oczywiście musi każdy przemyśleć sam. Nie ma właściwych ani niewłaściwych odpowiedzi, bo nie ma żadnych. Może się zdarzyć, że pewnego dnia ktoś się wyspowiada przed opinią publiczną, a może nie – może będzie musiał obronić swoje wybory tylko przed sobą. Jedyną rzeczą, którą mówią nam wspomniani autorzy i ich teksty z okresu normalizacji, i co według mnie ma dziś sens czytać, jest to, że opór może mieć różne formy. A gdy jesteśmy zmęczeni jedną, możemy zwrócić się do innej.

Bez okazałej bohaterstwa, wielkich gestów i przekonania o własnej prawdzie. Z trwałą pewnością niepewności.

Tekst jest częścią projektu PERSPECTIVES – nowej marki dla niezależnej, konstruktywnej i wieloperspektywicznej dziennikarstwa. Projekt jest finansowany przez Unię Europejską. Wyrażone poglądy i stanowiska są poglądami i oświadczeniami autora(-ów) i nie muszą koniecznie odzwierciedlać poglądów i stanowisk Unii Europejskiej lub Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Edukacji i Kultury (EACEA). Unia Europejska ani EACEA nie ponoszą za nie żadnej odpowiedzialności.