Szkocja i Walia: momentum na rzecz niepodległości?
Green European Journal
Wybory z 7 maja ujawniają rosnące poparcie dla niepodległości w mniejszych członkach Wielkiej Brytanii.
Wybory 7 maja w Wielkiej Brytanii dodały kolejny dowód do stosu dowodów sugerujących, że dwupartyjny system Westminster to już przeszłość. Tam, gdzie Labour i Konserwatyści borykali się z problemami, Zieloni i Reform zyskali na poparciu. Ale wybory te wskazują także na inny, mniej omawiany trend: rosnące poparcie dla niepodległości wśród mniejszych członków Związku.
Edynburg to miasto kamienic. Gdzie miejska Anglia jest zazwyczaj zbudowana z krętych rzędów domów szeregowych, z własnymi drzwiami wejściowymi, my Szkoci częściej są składowani w blokach niskich mieszkań. Ulice naszych centrów metropolitalnych są wyłożone czteropiętrowymi lub piętrowymi fasadami z symetrycznymi rzędami okien salonów i kuchni.
Przechadzając się tymi ulicami w ostatnich tygodniach – w centrum Edynburga lub Glasgow – szczególne, jaskrawe kolory wielokrotnie przyciągały wzrok: jaskrawa zieleń, wyróżniająca się na tle łagodnych odcieni piaskowca, które charakteryzują te budynki. A patrząc uważnie, można było dostrzec słowa napisane na nich mocnym czarnym tuszem: „Głosuj na Zielonych”.
Podczas poprzednich wyborów do szkockiego parlamentu w 2021 roku, Szkocka Partia Zielonych (która jest niezależna, ale przyjazna tej, którą kieruje Zack Polanski w Anglii i Walii) zdobyła 8,1 procent głosów i osiem mandatów – rekordowy wynik. 7 maja tego roku Zieloni uzyskali 14 procent głosów i 15 z 129 członków szkockiego parlamentu (MSP). Zdobyli tylko o dwa mniej MSP niż Labour i skrajnie prawicowa Reform, które zajęły drugie miejsce ex aequo, wyprzedzając zarówno Konserwatystów, jak i Liberalnych Demokratów.
Oprócz zdobycia rekordowej liczby mandatów, głównie dzięki systemowi proporcjonalnemu „listowemu”, Zieloni po raz pierwszy wygrali swoje okręgi wyborcze. Zdobyli najwięcej głosów w Edynburgu Centralnym, gdzie obalili prominentnego ministra Szkockiej Partii Narodowej (SNP), oraz w Glasgow Southside, które wcześniej reprezentowała była pierwsza minister Nicola Sturgeon (która tym razem zdecydowała się nie kandydować).

Blok mieszkań na Waverley Street w Glasgow, z plakatami Vote Green w wielu oknach. Maj 2026. Źródło: ©John Smith
Szkocja chce odejść
Ten wyjątkowy wynik Zielonych został potwierdzony przez kolejny niezwykły sukces. SNP – partia centrolewicowa, która popiera niepodległość i powrót do UE, a przed Brexitem zasiadała w Parlamencie Europejskim w grupie Europejskiej Wolnej Sojuszu – zdobyła 58 mandatów, co oznacza piątą z rzędu kadencję rządów.
Krytycy SNP wskazują, że frekwencja spadła, entuzjazm osłabł, a partia wygląda na zmęczoną i pozbawioną pomysłów, sunąc ku trzeciej dekadzie u władzy. To wszystko jest prawdą: głosowanie w okręgach SNP spadło z prawie 1,3 miliona w 2021 roku do mniej niż 900 tysięcy tym razem. Ale równie prawdziwe jest, że od 2007 roku odniosła niesamowite zwycięstwa, mimo szerokiej opozycji ze strony prasy i brytyjskiej elity. Wyniki te są tym bardziej imponujące, że w środku kryzysu kosztów życia, nie jest to dokładnie era, w której urzędująca partia ma przewagę wyborczą. SNP jest, z pewnością, najbardziej skuteczną partią centrolewicową w Europie w tym stuleciu.
Związek między Zielonymi a SNP jest zazwyczaj tak przyjazny, jak tylko mogą być dwie grupy rywalizujących polityków. Przez większość czasu władzy SNP, była to rząd mniejszościowy, często polegający na głosach Zielonych do uchwalania budżetów. Zarzut Zielonych wobec SNP nie jest zwykle taki, że partia kieruje kraj w złym kierunku, ale że idzie w dobrym, lecz zbyt wolno, i zbyt często jest odciągana od kursu przez silne grupy interesów. Szkoccy wyborcy dostają dwa głosy – jeden na swojego lokalnego MSP, a drugi na listę proporcjonalną regionu. Zieloni nie startują w wielu okręgach, a ich wyborcy zwykle wspierają SNP na tym głosowaniu.
Może najważniejsze jest to, że obie partie popierają szkocką niepodległość i powrót do UE. Razem, w tych wyborach, zdobyły największą w historii szkockiej większość pro-niepodległościową, co daje wyraźne mandaty do przeprowadzenia referendum. Jeśli takie głosowanie się odbędzie, najnowsze sondaże sugerują wąskie zwycięstwo dla Tak, przy czym zdecydowana większość młodszych wyborców popiera niepodległość. Od dekady, jak dotąd, ten podział pokoleniowy jest niezwykły. Jedno ostatnie badanie przeprowadzone przez agencję Survation (która najdokładniej przewidziała ostatnie wybory) pokazało, że około dwóch trzecich Szkotów poniżej 35 roku życia popiera niepodległość, a tylko 20 procent deklaruje głosowanie na Nie, reszta jest niezdecydowana. Większość utrzymuje się także w grupie wiekowej 45-55 lat, gdzie poparcie dla Tak wynosiło 55 procent, a przeciwko 33 procent. Jednak tylko 40 procent osób w wieku 55-65 lat popiera niepodległość, a dwie trzecie Szkotów powyżej 65 lat chce pozostać w Związku.
Najbardziej niepokojące dla zwolenników Związku jest to, że obecnie istnieją mocne dowody na to, iż ten podział dotyczy pokolenia, a nie wieku. Innymi słowy, im młodsi wyborcy się starzeją, tym dalej wspierają niepodległość. Poparcie millenialsów dla niepodległości nie słabnie, gdy stają się rodzicami i zaciągają kredyty – jest zakorzenione.
Uregulowanie takiego referendum prawnie wymaga zgody rządu Wielkiej Brytanii, który jak dotąd odmawia jej od głosowania w sprawie niepodległości Szkocji w 2014 roku. W starożytnej i niekodeksowej konstytucji Wielkiej Brytanii, Westminster ma ostateczną władzę do ustawodawstwa, jak tylko zechce, i żaden premier nie chce być tym, który stracił Szkocję.
Szepty separacji
Jednakże, jak argumentuje John Swinney – ponownie wybrany pierwszy minister – będzie miał nowych, silnych sojuszników. W Walii tego samego dnia odbyły się wybory do parlamentu – Senedd – i wynik był jeszcze bardziej niezwykły: Labour wygrał wszystkie główne wybory w kraju od ponad wieku. Ale został zmiażdżony przez partię siostrzaną SNP, Plaid Cymru, która zajęła pierwsze miejsce z 43 z 96 mandatów. Skrajnie prawicowa Reform, która miała nadzieję na zwycięstwo, zajęła drugie miejsce z 34 mandatami, a Labour został zredukowany do dziewięciu. Zieloni, którzy nigdy wcześniej nie mieli członka Senedd, zdołali się przebić i zdobyć dwa mandaty – co jest niezwykłym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że wielu progresywnych wyborców w ostatniej chwili zagłosowało na Plaid Cymru z obawy, że Reform zajmie pierwsze miejsce.
Podobnie jak w Szkocji, zarówno Plaid Cymru, jak i Walijscy Zieloni popierają walijską niepodległość. Podobnie, w Irlandii Północnej, Sinn Féin, która popiera opuszczenie Wielkiej Brytanii i zjednoczenie z resztą Irlandii, jest obecnie największą partią. Pierwsza minister Michelle O’Neill szybko zjednoczyła się z ruchami niepodległościowymi w Szkocji i Walii. Chociaż porozumienie z Wielkiego Piątku – które zakończyło wojnę domową znaną eufemistycznie jako „The Troubles” w 1998 roku – wymaga, aby partie z obu stron starego podziału konstytucyjnego i kulturowego Irlandii dzieliły władzę polityczną, wybór O’Neill w 2024 roku był pierwszym, w którym rząd został kierowany przez pierwszą minister, która popiera opuszczenie Wielkiej Brytanii i zjednoczenie z Irlandią.
Chociaż nie ma jeszcze większościowego poparcia dla walijskiej niepodległości ani irlandzkiej jedności, sonduje się szybki wzrost poparcia za oddzieleniem się od Wielkiej Brytanii od dekady od referendum w sprawie Brexitu. Większości młodych ludzi w obu miejscach jest to poparcie niezmiennie wysokie, a chęć opuszczenia Wielkiej Brytanii jest obecnie standardowym stanowiskiem na Lewicy zarówno w Irlandii Północnej, jak i Walii.
Co ciekawe, poparcie dla niepodległości nie jest ograniczone do trzech mniejszych krajów w Związku. Zieloni w Anglii i Walii od dawna wspierają aspiracje konstytucyjne swojej północnej siostrzanej partii i od 2020 roku opowiadają się za walijską niepodległością (słyszałem, że walijscy Zieloni stają się własną partią, to tylko kwestia „kiedy, a nie czy”). Gdy przeprowadziłem wywiad z liderem Zielonych w Anglii Zackiem Polanskim na temat niepodległości w zeszłym roku, był entuzjastycznym zwolennikiem.
Niesamowity wzrost Zielonych w Anglii pod przewodnictwem Polanskiego jest dobrze udokumentowany, a wybory lokalne 7 maja były kolejnym ważnym kamieniem milowym dla partii. Zieloni zajęli drugie miejsce po Reformie w głosowaniu krajowym, zdobywając setki nowych radnych i zapewniając sobie pierwsze dwa wybrane burmistrzostwa.
To, co mniej było omawiane, to fakt, że ten wynik oznacza, iż Anglia ma teraz dużą i silną partię popierającą rozbicie Wielkiej Brytanii. Sama ta okoliczność, że nie jest to nagłówek, jest, samo w sobie, niezwykłe. W ostatnich miesiącach Labour, Reform i słynąca z prawicowych poglądów prasa brytyjska atakowały Zielonych niemal na każdy możliwy temat. Stanowiska partii w sprawach narkotyków, pracy seksualnej, Palestyny i pokoju zostały zniekształcone w moralne paniki, rozprzestrzeniane na nieskończonych pierwszych stronach oligarchicznych gazet. A o fakcie, że Zieloni popierają rozbicie Wielkiej Brytanii, prawie nie było słowa – przypuszczalnie dlatego, że przeciwnicy wiedzą, iż większość wyborców w Anglii jest, co najwyżej, obojętna wobec tego tematu.
Opór wobec Reform
Tak samo ważne dla przyszłości Wielkiej Brytanii jest rosnące znaczenie Reform. Podobnie jak w Szkocji i Walii, partia ta zajęła drugie miejsce w Szkocji (z Labour) i Walii, ale w Anglii była pierwsza. Podobnie jak wiele jej odpowiedników w Europie, Reform nie ma jednoznacznego programu. Ale jedno jest jasne – jest głośnym zwolennikiem tego, co nazwałbym anglo-brytyjskim nacjonalizmem: partia otwarcie flirtuje z pomysłem zamknięcia walijskiego parlamentu, oraz proponuje zmniejszenie rozmiaru i uprawnień szkockiego parlamentu, narzucając bardziej bezpośrednią kontrolę z Westminster. W Anglii Reform jest powiązany z ruchami rasistowskimi, które wiążą angielskie flagi z latarniami na ulicach kraju jako część szerokiej reakcji antyimigracyjnej. Partia ta, zafascynowana kolonialną przeszłością Wielkiej Brytanii, jest obsesyjnie skupiona na dawnych instytucjach imperialnych brytyjskiego państwa.
Dla wielu w Szkocji pragnienie niepodległości wiąże się z obawą przed rządami tego typu prawicowego, anglo-brytyjskiego nacjonalizmu. Zaraz po ponownym wyborze na pierwszego ministra, John Swinney próbował się do tego odwołać, twierdząc, że Szkocja musi osiągnąć niepodległość, zanim lider Reform Nigel Farage prawdopodobnie zostanie premierem Wielkiej Brytanii w najbliższych wyborach krajowych.
W Szkocji wielu ludzi czuje, że kraj jest uwięziony. Zwolennicy niepodległości czują się uwięzieni w Związku, który chcą opuścić, i który, jak widać, zmierza w kierunku skrajnie prawicowego rządu, na który Szkocja bardzo prawdopodobnie nie zagłosowała (każda jednostka lokalnej administracji w kraju sprzeciwiała się Brexitowi w 2016 roku, a Reform nie zdobył ani jednego okręgu w tym szkockim parlamencie, co oznacza, że mogą nie zdobyć żadnych posłów w najbliższych wyborach do UK). Dla tych ludzi pozostaje pytanie, które jeszcze nie doczekało się odpowiedzi: jaka jest mechanika wyjścia Szkocji z Wielkiej Brytanii, jeśli większość Szkotów tego chce? Zgodnie z porozumieniem z Wielkiego Piątku, ministrowie rządu UK muszą zorganizować referendum w sprawie irlandzkiej jedności, jeśli mają powód, by wierzyć, że ono się uda. Szkocja jednak nie ma takiej drogi wyjścia.
Z drugiej strony, dla przeciwników niepodległości, istnieje równoległe rozczarowanie z powodu utkwienia w tym, co postrzegają jako bezsensowną, niekończącą się rozmowę o naszej konstytucyjnej przyszłości.
Zepsuty system
Nie jest jasne, jaka może być ucieczka z tego pułapki. Ale jedno jest oczywiste: to tylko jedna część znacznie większego kryzysu konstytucyjnego w Wielkiej Brytanii. Wzrost zarówno Zielonych, jak i Reform czyni system wyborczy pierwszego past the post stosowany w Westminsterze przestarzałym. System, w którym kandydat z największą liczbą głosów w każdym okręgu wygrywa wybory, niezależnie od tego, czy daje to wyniki proporcjonalne na skalę krajową, nie może sensownie wyrazić poglądów wyborców. Co gorsza dla Szkotów i Walijczyków, przez ostatnie dwieście lat, system ten nierównomiernie dostarczał rządów konserwatywnych, na które nie głosowaliśmy.
Jednocześnie, monarchia – od dawna będąca ideologicznym hamulcem systemu Westminster – została zraniona zarówno przez śmierć Elżbiety II, jak i przez ujawnienia dotyczące jej syna, Andrew Mountbatten-Windsor, jego relacji z Jeffreyem Epsteinem. Domyślny proamerykański kierunek brytyjskiej polityki zagranicznej został poważnie naruszony przez Trumpa; a miliony odwróciły się od niej z powodu brytyjskiej współodpowiedzialności za ludobójstwo Izraela w Gazie.
Podczas gdy zaufanie do struktur reprezentatywnych kurczy się na całym Zachodzie, sondaże konsekwentnie umieszczają Wielką Brytanię na samym dole międzynarodowych rankingów zaufania do polityki. To nie jest zaskakujące: Wielka Brytania nie ma „normalnego” systemu politycznego. Gdzie prawie każde inne europejskie państwo miało kiedyś rewolucję lub moment niepodległości, po którym ludzie zebrali się i napisali konstytucję, Wielka Brytania ma system średniowieczny z wieloma cechami demokratycznymi, które zostały dobudowane. Mamy jeden z najbardziej scentralizowanych systemów władzy państwowej na Zachodzie, z niemal wszystkimi kluczowymi decyzjami podejmowanymi w centrum (zwłaszcza w Anglii). Pomimo teoretycznej suwerenności, nasz parlament ma zadziwiająco małe możliwości, by trzymać to centrum do odpowiedzialności. A wraz z ugruntowaniem kolesiostwa w Izbie Lordów, niedoskonałościami systemu pierwszego past the post, siłą finansowania partii przez miliarderów i korporacje, oraz ścisłą kontrolą nad tradycyjnymi partiami przez system dyscypliny głosowań, wyborcy mają zaskakująco niewielki wpływ na to, kto zasiada w parlamencie i co rząd robi, pozostawiając potok pieniędzy korporacyjnych do kształtowania polityki państwa.
W przeszłości brytyjscy wyborcy byli skłonni akceptować mniej demokratyczny system niż nasi europejscy sąsiedzi, ponieważ imperializm brytyjski zapewnił nam wszystkim (w różnym stopniu) bogactwo, które pochodziło z rabunku imperium. Teraz, gdy imperium zniknęło, brytyjski stan wpadł z kryzysu w kryzys, a wyborcy czują, że nawet nie mają kontroli nad kierunkiem tego chaosu. Nierówności są powszechne, gospodarka – mimo wszystko, oprócz hiperbogatych – stoi w miejscu. Centra miast w całej Wielkiej Brytanii niszczeją.
Ostatecznie, to właśnie ta dysfunkcyjność systemu Westminster napędza pragnienie opuszczenia Wielkiej Brytanii, a ten problem nie zamierza się szybko rozwiązać. Może nie być oczywistego mechanizmu, jak Szkocja mogłaby uzyskać swoje referendum, ale presja na jego przeprowadzenie nie zniknie. A w obliczu realnego zagrożenia rządu Faragistów, żądania będą coraz bardziej desperackie.
Przechadzając się tymi ulicami w Edynburgu i Glasgow, spójrz na te bloki mieszkań. Większość ludzi mieszkających w nich nie chce żyć pod rządami Westminsteru i chętnie wróciliby do UE. Jak to pragnienie wyrazi się w najbliższych pięciu latach? Odpowiedź na to pytanie może mieć głębokie konsekwencje dla polityki brytyjskiej – i europejskiej.