Zamrożenie migracyjne w Europie: historia w tle

Green European Journal
Zamrożenie migracyjne w Europie: historia w tle

Błędne narracje i kryzys zaufania zablokowały konstruktywną rozmowę na temat migracji.

Funkcje migracji odgrywają kluczową rolę w europejskich debatach demograficznych, czy to jako nadchodzące zagrożenie, czy jako srebrna kula przeciw starzejącym się społeczeństwom. Wraz z normalizacją przez UE zewnętrznej eksternalizacji granic oraz rosnącym naciskiem skrajnej prawicy na „remigrację”, postępowcy próbowali przeformułować debatę wokół korzyści gospodarczych, klasy i nierówności. Jednak błędne narracje i kryzys zaufania zablokowały produktywną rozmowę. Była członkini Zielonych w Parlamencie Europejskim Judith Sargentini wyjaśnia, jak doszliśmy do obecnego impasu – i jak można go pokonać. 

Ten wywiad jest częścią nadchodzącego wydania drukowanego Green European Journal na temat przyszłości demograficznej, które ukaże się na początku czerwca. Zapisz się teraz i otrzymaj je prosto do drzwi.

Green European Journal: Podobnie jak inne debaty demograficzne, dyskusje o przyszłości migracji często wywołują skrajne scenariusze: masowe przesiedlenia wywołane klimatem z jednej strony, nasilającą się konkurencję o migrantów z drugiej. Czy takie ramy myślenia są pomocne? 

Judith Sargentini: Oba zawierają ziarnko prawdy. Zmiany klimatu będą napędzać masowe ruchy; wojna domowa w Syrii była głęboko powiązana z kryzysem klimatycznym, podobnie jak wojna w Sudanie. Jednocześnie, starzejące się społeczeństwa w całej Europie będą coraz bardziej potrzebować migrantów pracujących, niezależnie od tego, co mówi retoryka antyimigracyjna. Ale zamiast skupiać się na skrajnych scenariuszach, które rodzą strach i niepokój, powinniśmy koncentrować się na tym, jakiego społeczeństwa chcemy budować. Tak, brakuje mieszkań, ale co je spowodowało i jakie polityki mogą to naprawić? To samo dotyczy zmian klimatycznych: jeśli nie zatrzymamy ich, ludzie będą musieli się przemieszczać z tego powodu. Ale to, na czym powinniśmy się skupić, to jak pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy nie działają w kryzysie klimatycznym.

Jak zmienił się dyskurs na temat migracji w latach, kiedy nad nim pracowałaś w Parlamencie Europejskim? 

Jako jedyna członkini Parlamentu Europejskiego zasiadająca zarówno w komisji ds. wolności obywatelskich (LIBE) – gdzie zajmowano się sprawami migracyjnymi – jak i w komisji ds. rozwoju (DEVE), byłam świadkiem ogromnej zmiany narracji.

Finansowanie rozwoju zawsze było pod presją ze strony Prawicy, ale utrzymywano je na akceptowalnym poziomie, bo uważano, że to zniechęci migrację. To po prostu nieprawda: gdy ludzie są skrajnie biedni, nie mają środków na migrację. Udana współpraca rozwojowa daje więcej ludziom szansę na przemieszczanie się. To nie jest argument przeciwko niej, ale pokazuje jej słabość w debacie. Gdy to podejście zawiodło, odpowiedzią było cięcie funduszy rozwojowych i budowa płotów. My sami oszukiwaliśmy się, myśląc, że szkolenie i finansowanie straży przybrzeżnych i policji w Afryce powstrzyma napływ migracji do Europy. To również było błędne.

Wystąpiło ogromne nieporozumienie co do tego, co napędza migrację i co faktycznie może ją rozwiązać. Frontex miał budżet sześciu milionów euro w 2005 roku; do 2021 roku było to około miliarda.

Wciąż tkwiemy w przekonaniu, że lepsza kontrola granic zatrzyma ludzi od przemieszczania się. Wszystko, co osiąga, to więcej nieuregulowanej migracji.

W obliczu dążenia UE do dywersyfikacji partnerstw w odpowiedzi na upadek „Zachodu” jako siły normatywnej, jaką rolę może odegrać polityka migracyjna? 

Zapytałabym, czy Europa kiedykolwiek przestrzegała wartości, które głosi. Powrót ludzi do krajów, które nie są nawet ich własnymi, zawsze był głęboko jednostronnym podejściem – i takim, które uczyniło Europę podatną na szantaż autokratów, którzy wykorzystują zagrożenie masowej imigracji jako broń. Umowy takie jak ta, którą zawarła Włochy z Albanią, funkcjonują jako narzędzia propagandowe, dopóki sądy nie orzekną, że są nielegalne. 

Nasze całe podejście do migracji polegało na zamiataniu problemu pod dywan. Musimy nauczyć się słuchać zamiast tego. A to wykracza poza migrację: jak angażujemy się z krajami Globalnego Południa? Traktujemy je jako równorzędnych partnerów? Czy nasze umowy handlowe są wzajemnie korzystne? Globalny Południe nie jest pustynią Europy.

Wystąpiło ogromne nieporozumienie co do tego, co napędza migrację i co faktycznie może ją rozwiązać.

Jak doszło do dzisiejszej debaty, z rosnącym naciskiem na eksternalizację zarządzania granicami i otwartym nawoływaniem skrajnej prawicy do „remigracji”? 

W 2019 roku, w ostatnim roku jako europosłanka, byłam sprawozdawczynią w sprawie Dyrektywy w sprawie powrotów. Już wtedy toczyły się dyskusje o „hubach powrotnych” poza UE, umowach readmisyjnych z krajami takimi jak Nigeria i Etiopia opartych na rzekomo dobrowolnych powrotach, oraz o rozmowach z Tunezją na temat eksternalizacji procedur azylowych. To nie były nowe dyskusje: UE podpisała już umowę readmisyjną z Ukrainą w 2007 roku i z Pakistanem w 2010. Pod tym wszystkim kryła się idea, że poza granicami UE leży jakaś terra incognita – niewykorzystana przestrzeń, w której możemy umieścić migrantów, których nie chcemy.

To, co się dzieje teraz, jest logicznym kontynuowaniem tej trajektorii. Rodzaj umowy, którą realizuje Giorgia Meloni z Albanią, został znormalizowany przez to, co wydarzyło się lata temu z innymi krajami. Kierunek jest spójny.

Jako członkini komisji LIBE, byłaś również sprawozdawczynią w sprawie erozji praworządności na Węgrzech pod rządami Viktora Orbána. Jaką rolę odgrywała migracja w jego illiberalnym projekcie? 

Orbán wykorzystywał migrację – kryzys syryjski i napływ uchodźców przez Bałkany – jako sposób przekonania swoich kolegów z Europejskiej Partii Ludowej, że jest na dobrej drodze.1 Przez wiele lat odnosił sukces, sprawiając, że inni wierzyli, iż znalazł sposób na utrzymanie kraju wolnego od migrantów. I zrobił to – zamykając ludzi na granicach w głęboko nieludzkich warunkach lub przepychając ich do Austrii, czyniąc Węgry nieatrakcyjnym miejscem dla migrantów i pozostawiając sąsiednie kraje, by radziły sobie z konsekwencjami. Pomagało mu to także przekonać własnych obywateli – pamiętasz zdjęcia z centralnego dworca w Budapeszcie, pełnego migrantów czekających na dalszą podróż – że chroni Węgry przed ludźmi, których nie może przyjąć.

Ta narracja okazała się niezwykle skuteczna także gdzie indziej – w tym w moim kraju, Holandii. Wielu socjaldemokratów było zadowolonych z umowy UE-Turcja z 2016 roku. Częścią tej umowy był mechanizm „jeden do jednego”: Europa miała odsyłać wszystkich nowych nieuregulowanych migrantów do Turcji, w tym Syryjczyków, przybywających na greckie wyspy. Za każdego Syryjczyka odesłanego, UE zobowiązała się do przesiedlenia jednego syryjskiego uchodźcy z Turcji. To był sposób na „wychowanie” ludzi, by nie przyjeżdżali do Europy bez zaproszenia. Nawet wśród Zielonych długo nie rozumieliśmy tego, co było dla niektórych z nas oczywiste od początku: że ta umowa doprowadzi do odrzucania i poważnych naruszeń praw człowieka.

W Holandii dwie koalicyjne rządy upadły w ostatnich latach z powodu polityki azylowej i migracyjnej, a te kwestie nadal są bardzo podzielone. Jak rozumiesz tę obsesję? 

W kwietniu holenderski Senat głosował nad ustawą dotyczącą azylu proponowaną przez poprzedni rząd, w którym skrajna prawica była dominującym partnerem koalicyjnym. Jedna z propozycji miała de facto kryminalizować nieudokumentowanych migrantów – czyniąc nielegalnym przebywanie w Holandii bez dokumentów. Została ona odrzucona w ostatniej chwili, ponieważ skrajna prawica wycofała poparcie, uznając, że jest zbyt łagodna.

To pokazuje, jak drastycznie zmieniły się warunki debaty. Dziesięć lat temu byłoby nie do pomyślenia, abyśmy byli tam, gdzie jesteśmy teraz. Dotyczy to także poziomu lokalnego: istnieje ustawodawstwo nakazujące, by osoby ubiegające się o azyl, oczekujące na procedury, były zakwaterowane i rozdzielone po gminach, ale niektóre rady miejskie odmawiają przestrzegania prawa. Również w kwietniu wybuchły zamieszki w mieście, które miało przyjąć 110 osób ubiegających się o azyl. Demonstracje przerodziły się w przemoc, a budynek przeznaczony na ich zakwaterowanie został zniszczony, zmuszając policję do interwencji. 

Stara narracja – że migranci kradną nasze miejsca pracy – niemal zanikła. Obecnie większość niezadowolenia dotyczy mieszkań. Brak mieszkań jest realny, ale jest wynikiem dekad neoliberalnej polityki i chronicznego niedoboru budownictwa – nie imigracji. Jednak ta narracja była celowo kultywowana i wzmacniana. To forma dezinformacji, którą szerzą partie centroprawicowe. 

Ta rozbieżność między retoryką a rzeczywistością nie jest unikalna dla Holandii. Na przykład populacja Włoch pozostała stabilna w 2025 roku po raz pierwszy od 12 lat dzięki netto migracji, mimo że rząd Giorgii Meloni nadal dąży do trzymania migrantów z dala. Jeśli fakty i liczby nie mają już znaczenia, czy debata o migracji może być wygrana tylko poprzez narracje i emocje? 

Od dawna zmagam się z tym pytaniem. Nie kłamiemy; wiemy, że druga strona tak robi. Ale kłamstwa są niezwykle trudne do obalenia, zarówno faktami, jak i kontrnarracjami. Jesteś na stałej obronie, bo jeśli poświęcasz czas i energię na obalanie kłamstwa, nie opowiadasz własnej historii. Każdy polityk lewicy z tym się boryka, mimo że staliśmy się biegłymi opowiadaczami historii. Ukończyłam kursy na temat tworzenia lepszych narracji, ale nie jestem przekonana, czy istnieje skuteczny schemat – zwłaszcza w debacie telewizyjnej, gdzie często chodzi o spektakl, a nie prawdę.

Po pięciu latach poza polityką, jestem teraz radną w mieście Gouda. Zauważyłam, że istnieje głęboki kryzys zaufania – nie tylko między obywatelami a politykami, ale także między samymi politykami. Gdy byłam liderką grupy [holenderskiej Zielono-Lewej] GroenLinks w radzie miasta Amsterdam, mieliśmy ostre spory z przeciwnikami, ale dzieliliśmy procedury i utrzymywaliśmy relacje robocze. To samo w dużej mierze dotyczyło Brukseli: ci z nas, którzy traktowali Parlament Europejski poważnie, szanowali się nawzajem i przestrzegali wspólnych zasad. Gdy to zniknie, nie ma podstaw do wspólnego gruntu i kompromisu.

W 2015 roku ciągle podkreślałam, że nie ma kryzysu migracyjnego – jest tylko kryzys zarządzania. Teraz mamy kryzys zaufania, który przenika politykę samą w sobie. To najtrudniejsza do pokonania przeszkoda. 

Rosnąca widoczność imigracji w debacie publicznej wyraźnie sprzyja prawicy. Czy oznacza to, że postępowcy powinni odłożyć migrację na bok, zamiast próbować wygrać argument? 

Uważam, że tak, i potwierdzają to liczby, ponieważ migracja azylowa w szczególności spada. W ostatnich wyborach holenderskich staraliśmy się nie skupiać na tych tematach, ale one ciągle powracają, bo inni je wyciągają z powrotem, a potem wszyscy się do nich przyłączają.

W rzeczywistości brak migracji w debacie politycznej kiedyś był normą. Kiedy zaczęłam pracować nad migracją w 2009 roku, nikt nie zwracał na to większej uwagi, nikt w mojej partii nie chciał się tym zajmować, bo nie było z tego żadnych korzyści. Zrób to dobrze, a nikt nie zauważy; popełnij błąd, tracisz głosy. Dopiero kryzys syryjski sprawił, że nagle miałam konkurencję we własnej partii, bo temat stał się ekscytujący. Mogłam się przez to wybić i zyskać rozpoznawalność.

Za każdym razem, gdy migracja wraca na pierwszy plan, postępowcy przesuwają się w prawo razem z nią.

Postępowcy w Europie próbują wygrać argument o migracji na różne sposoby, od duńskich Socjaldemokratów przesuwających się na prawo, po Pedra Sáncheza w Hiszpanii, który przedstawia gospodarczy argument za legalizacją migrantów, oraz lidera Zielonych w UK Zacka Polanskiego, próbującego przeformułować debatę wokół klasy i nierówności. Gdybyś dziś była liderem postępowców, którą strategię byś wybrała? 

Łatwiej to powiedzieć z zewnątrz rządu, ale myślę, że Polanski ma rację: „łodzie” nie są problemem. Prawdziwe kwestie to dostępność i mieszkalnictwo oraz ich główne przyczyny. Ale aby ta narracja się przyjęła, inni muszą ją podążać, a tymczasem widzimy coś odwrotnego. 

Za każdym razem, gdy migracja wraca na pierwszy plan, postępowcy przesuwają się w prawo razem z nią. Co z kolei przesuwa debatę jeszcze bardziej na prawo. To błędne koło. Doświadczyłam tego we własnej partii. Pamiętam kolegów, którzy twierdzili, że powinniśmy przyjmować tylko wykwalifikowanych uchodźców. Ale tak nie działa azyl. 

Obecne połączenie GroenLinks z [socjaldemokratyczną] Partij van de Arbeid (PvdA) mnie niepokoi. Jako Zielona wierzę w zmianę systemową – w rozwiązywanie głównych przyczyn. Ale to nie jest podejście socjaldemokratów. Jeśli jesteś w partii, która nie wierzy w zmianę systemową, traktujesz obecną sytuację jako daną, a wszystko, co możesz zrobić, to wygładzić ostre krawędzie.

Jakie kluczowe elementy według Ciebie składają się na zielone podejście do migracji? 

Obecnie, praca jest silniejszym motorem migracji niż azyl. Gwarantowany minimalny dochód i silne świadczenia socjalne korzystają zarówno dla migrantów, jak i lokalnych pracowników: dają ludziom siłę do odmawiania pracy w złych warunkach, a nowoprzybyłym realną szansę na integrację. Mniej neoliberalizmu, krótko mówiąc. 

Drugim elementem jest elastyczność. Obecnie skutecznie zamykamy ludzi w miejscu. Przyjeżdżasz do Europy, dostajesz papiery, jeśli masz szczęście, ale jeśli odejdziesz, tracisz wszystko. Powinniśmy zamienić migrantów w ekspatów. Ekspaci mogą się przemieszczać, wracać do domu i osiedlać się gdzie indziej bez biurokratycznych barier blokujących drogę. 

Trzeci, musimy patrzeć na migrację w kontekście, a nie jako odosobnione zagadnienie. Globalna redystrybucja bogactwa, uczciwy handel i inwestycje, dekolonizacja – to niekoniecznie zmniejszy liczbę migracji, ale chodzi o to, by dać ludziom wybór, czy chcą zostać tam, gdzie są, jeśli tak chcą.