Czy też jesteście sierotami po Ameryce? Nie ma się czego wstydzić
Krytyka Polityczna
Nawet jeśli Ameryka nigdy nie była takim krajem, jakim chciało się ją widzieć, przynajmniej starała się taki kraj udawać. Gdzie leży klucz do zrozumienia żałoby po Ameryce pogrzebanej przez trumpizm? The post Czy też jesteście sierotami po Ameryce? Nie ma się czego wstydzić first appeared on Krytyka Polityczna.
„Rhode Island: stan w pn.-wsch. części USA w rejonie N. Anglii. Pow: 3,1 tys. km²; najmniejszy stan USA. Powierzchnia nizinna, w części pn.-zach. pagórkowata. Przemysł: maszynowy, metalowy, elektrotechniczny, włókienniczy, wyrób biżuterii, koronek. Hodowla bydła typu mlecznego, drób, rybołówstwo”.
Mam dziewięć lat i z beżowych tomów encyklopedii PWN przepisuję do zeszytu informacje o każdym stanie USA. Zeszyt ma format A4 i jest prawdopodobnie najpiękniejszym artefaktem, jaki posiadam: na twardej, błyszczącej okładce widnieją dwie wieże, czerwono-złote od blasku słońca zachodzącego nad rzeką Hudson.
Nigdy jeszcze nie widziałam Nowego Jorku. Na razie muszą mi wystarczyć notatki o uprawie kukurydzy w Dakocie i wycięty z „TeleTygodnia” horyzont Los Angeles albo Statua Wolności (zdarzały się zdjęcia przy zapowiedziach filmów sensacyjnych). Przydałoby się powklejać do zeszytu zdjęcia przesyłane przez krewnych z Ameryki, ale te mogę oglądać tylko komisyjnie, u babci w weekendy. Na zdjęciach są ciotki i wujkowie, którzy wyemigrowali do Stanów przed zerwaniem żelaznej kurtyny albo tuż po nim. Ubrani swobodniej, niż przywykłam, pozują na tle Niagary, Pomnika Jerzego Waszyngtona albo zwyczajnie, na tle otwartego garażu przy piętrowym domu z fasadą z białych deseczek.
Niedługo później wyjeżdża do Ameryki mój ulubiony wujek. Po trzech miesiącach dostaję od niego list: „Kiedy lądowaliśmy, widziałem, jak wybucha samochód. To jest właśnie Ameryka – powiedział dziadek”. Dziadek (dla mnie tak zwany wujeczny) był jednym z pierwszych, którzy wyemigrowali. Podobno pierwszy raz dotarł do USA statkiem, na którym przez dwa tygodnie romansował z jakąś piękną Krystyną. Potem przerzucił się na samoloty, systematycznie eskortując kolejnych członków rodziny w podróży do USA.
Piękna Krystyna mogła być zmyślona. Dochodzę do tego wniosku, kiedy kilka lat później jadę z wujecznym dziadkiem z małego miasteczka na północy stanu Nowy Jork do Pensylwanii. Mam ferie zimowe, a wujek ma do opchnięcia jakiś towar, który kupił na wyprzedaży garażowej. Opowiada mi historię o koledze, któremu w pracy ucięło rękę, a potem ta ręka i tak była widoczna na zdjęciach rentgenowskich. Jak mu nie wierzę, to mogę zadzwonić do tego kolegi i zapytać. Jasne, może jeszcze mam zadzwonić na plan Przyjaciół i zapytać jak to możliwe, że Monika jest szefową kuchni w obleganej restauracji na Manhattanie, a popołudnia i wieczory spędza na pomarańczowej kanapie w kawiarni pod blokiem?
Potem sama przesiadam się z pomarańczowej kanapy w Central Perku na kanapę z Prawa ulicy. Prawo ulicy to narkotyki, przemoc, bieda, rasizm i niemoc systemu, ale też krzepiąca świadomość, że w Stanach trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby zbudować akt oskarżenia nawet przeciwko ewidentnym zbirom.
Tymczasem chodzę do szkoły w małym amerykańskim miasteczku. W szkole organizują active shooter drill, gdzie ćwiczymy ustawianie się w martwych punktach pola widzenia potencjalnego strzelca, który zaglądałby do klasy przez kwadratową szybkę w drzwiach. Traktujemy to jako beztroską przerwę w lekcjach, co nie podoba się nauczycielowi. Marszczy czoło i mówi, żebyśmy się modlili, by te ćwiczenia nam się nigdy nie przydały. W klasie robi się znacznie ciszej.
Moi szkolni znajomi są zazwyczaj niesforni, głośni i zadają głupie pytania z budzącą zazdrość swobodą. Pytają mnie, czy rozumiem, co Gary Oldman mówi po rosyjsku w Air Force One (puszczonym nam przed wakacjami na lekcji wychowania obywatelskiego) i czy w Polsce mamy fryzury (jestem nadal w erze licealnej grandżówy z wiecznie rozczochraną głową). Nabijam się z tego w listach do przyjaciółki z Polski. Niby mają jakieś poczucie humoru, ale kiedy po oblanym teście zaczynam szydzić sama ze swojej głupoty, rzucają się z pocieszeniem i zapewnieniami, że następnym razem się uda. So lame.
Ich pewność siebie i wylewność jest obezwładniająca. Sporadycznie, w rozmowie z kimś z Polski słyszę, że tylko tak udają, ale mam to gdzieś, tak samo jak to, czy kelnerkę Rachel naprawdę byłoby stać na wynajmowanie na spółę przestronnego mieszkania na West Village. Zwierzam się jednak przyjaciółce, że jeżeli miałabym gdzieś zasłabnąć, to tylko w autobusie pełnym Amerykanów.
Może gdybym była młodsza i bardziej socialmediowa, nagrałabym to na instagramową rolkę, którą potem komentowano by w mediach wraz z innymi filmikami obcokrajowców odwiedzających Stany z okazji Mundialu, zachwyconych Amerykanami, ich serdecznością i absurdalnym jedzeniem. „Oni naprawdę chcą nas lubić” – powiedziała niedawno amerykańska dziennikarka Kara Swisher, relacjonując swoją wycieczkę do Francji. „Sprawdzają, czy popieram Trumpa, a potem jest już miło”.
Po powrocie zajmuję się Ameryką na poważnie, akademicko. W praktyce oznacza to z grubsza obnażanie amerykańskiej hipokryzji i odkrywanie przepaści między szumnymi deklaracjami a działaniami. Przez chwilę się łudzę, że to po prostu akademickość każe przyjmować najbardziej cyniczną interpretację wydarzeń. Jeden profesor z uporem twierdzi, że wojnie secesyjnej chodziło tylko o kasę, a drugi, że jednak o kasę i o wyzwolenie niewolników.
Wpadam w historyczne królicze nory, ale nadal pozostaję pod wrażeniem tego, jak żarliwy w każdej norze toczy się spór. Na pomarańczowej kanapie obok Rachel, Rossa i oficerów policji w Baltimore przerażonych konsekwencjami swojej brutalności siedzi społeczeństwo pragnące zniwelować wewnętrzne napięcia i zrozumieć, czym jest i do czego dąży.
Największe wrażenie stale jednak robi na mnie zagłębianie się w sprawy rozstrzygane przez Sąd Najwyższy. Zamiast informacji o pogłowiu bydła w Rhode Island wypisuję sobie fragmenty przełomowych orzeczeń.
Można na przykład spalić amerykańską flagę na demonstracji, bo „karząc za jej profanację, osłabiamy wolność, którą symbolizuje” (Teksas przeciwko Johnsonowi, 1989). „Uczniowie lub nauczyciele nie tracą swoich konstytucyjnych praw, przekraczając bramę szkoły” – orzeczono w sprawie Tinker przeciwko Des Moines (1969) po tym, jak liceum zawiesiło uczniów za noszenie czarnych opasek na ramionach w proteście przeciwko wojnie w Wietnamie. „Wolność zawierania małżeństw jest niezbędna w dążeniu wolnych ludzi do szczęścia” – to sprawa Loving przeciwko Wirginii (1967), kiedy to unieważniono wszystkie stanowe przepisy zakazujące małżeństw międzyrasowych.
Amerykański urzędnik ds. wypłat Paul Weems został oskarżony o fałszerstwo i skazany na 15 lat ciężkich robót w kajdanach. W postępowaniu apelacyjnym Sąd Najwyższy orzekł na korzyść Weemsa, uznając karę za okrutną i nieproporcjonalną. Ósma poprawka do konstytucji zakazywała co prawda kar okrutnych i wymyślnych (cruel and unusual punishment), jednak w zamyśle miała na celu jedynie zakazanie tych najbardziej barbarzyńskich, takich jak łamanie kołem. Sąd Najwyższy rozszerzył zakres poprawki, uzasadniając, że „wraz z upływem czasu zmieniają się okoliczności, rodzą się nowe potrzeby i nowe cele. Dlatego zasada, która ma zachować swoją moc i znaczenie, musi podlegać rozwojowi oraz dostosowywać się do społecznych przemian”.
Późniejsze zwycięstwa w oparciu o ósmą poprawkę, takie jak orzeczenie o niezgodności kary śmierci z konstytucją w przypadku osób z niepełnosprawnością intelektualną (Atkins przeciwko Wirginii, 2002) i nieletnich (Roper przeciwko Simmonsowi, 2005) wywodzą się bezpośrednio od Paula Weemsa. Najsłynniejsze stwierdzenie interpretujące tę poprawkę padło w uzasadnieniu wyroku w sprawie Trop przeciwko Dullesowi (1958). Sąd Najwyższy orzekł wtedy, że pozbawienie obywatelstwa jako kara za przestępstwo jest niezgodne z konstytucją. To bardziej prymitywna forma kary niż tortury, uznał sąd, ponieważ powoduje „całkowite zniszczenie statusu jednostki w zorganizowanym społeczeństwie”, zaś znaczenie pojęcia „okrutnej i wymyślnej” kary musi zmieniać się wraz z „ewoluującymi standardami przyzwoitości, które są wyznacznikiem postępu dojrzewającego społeczeństwa”.
Na pomarańczowej kanapie siedzą ewoluujące standardy przyzwoitości.
W międzyczasie trafiam na książkę Zwyczajne Przywary amerykańskiej teoretyczki politycznej Judith Shklar, o której zapominam latami aż do teraz, kiedy zastanawiam się nad tym, czym stała się Ameryka. Shklar podrzuca mi klucz do zrozumienia żałoby po Ameryce pogrzebanej przez trumpizm.
Shklar twierdzi, że sposób, w jaki społeczeństwo decyduje się uszeregować przywary takie jak okrucieństwo, hipokryzja, snobizm, zdrada i mizantropia, determinuje jego charakter polityczny. Współczesna demokracja liberalna za najgorszą z przywar uznaje okrucieństwo – celowe zadawanie bólu fizycznego lub emocjonalnego cierpienia słabszej osobie lub grupie przez silniejszą. Okrucieństwo budzi strach, a strach zabija wolność. Kiedy ludzie boją się, że państwo lub sąsiedzi mogą ich skrzywdzić, poniżyć albo poddać torturom, nie mogą żyć jako wolni obywatele.
Ponieważ okrucieństwo spotyka się w społeczeństwach liberalnych z potępieniem, obywatele i politycy dokładają wszelkich starań, by je ukryć. Tym samym stają się hipokrytami, maskując swoją prywatną nikczemność cnotliwą retoryką. Według Shklar hipokryzja to przywara niezbędna w liberalnej demokracji. Po pierwsze, jest zwyczajnie lepiej, kiedy ludzie przynajmniej udają tolerancyjnych i uprzejmych, niż kiedy otwarcie okazują swoje okrucieństwo. Po drugie, hipokryzja sama w sobie jest świadectwem istnienia jakiejś wspólnie uznawanej cnoty – a to już daje obywatelom lewar pozwalający rozliczyć polityków z rozbieżności między ich słowami i czynami.
Z tezą Shklar, jak z niemal każdą tezą, polemizują naturalnie inni teoretycy, filozofki i badacze społeczni; to temat na zupełnie inny tekst, być może też o tym, jak nadmiar hipokryzji wyniósł do władzy Trumpa.
Jak zauważył David Rieff w artykule z 1999 roku, skuteczność organizacji Human Rights Watch wynikała z możliwości obnażania hipokryzji poczynań administracji Reagana. Raporty dokumentujące zbrodnie wspieranego przez USA reżimu w Salwadorze wywierały presję na Reaganie i zmuszały go do reagowania na najpoważniejsze nadużycia. Mechanizm ten osłabł za administracji Clintona, która wobec Chin otwarcie podporządkowała kwestie praw człowieka interesom gospodarczym. W konsekwencji kolejne raporty dotyczące represji, m.in. w Tybecie, nie wpływały już na kierunek prowadzonej polityki.
„Powinniśmy mniej przejmować się hipokryzją, a bardziej jej brakiem” – zaznaczył Jacob T. Levy już w pierwszej kadencji Trumpa. Choć Stany Zjednoczone wielokrotnie dopuszczały się działań zbrodniczych, a potępianie autorytarnych reżimów często miało charakter wybiórczy, sama konieczność uzasadniania polityki w kategoriach moralnych świadczyła o obowiązywaniu określonych norm. Zarówno społeczeństwo, jak i elity polityczne uznawały wyższość tych wartości, przynajmniej deklaratywnie. Dopiero administracja Trumpa odrzuciła nawet tę fasadę, przyjmując postawę otwarcie bezwstydną.
Dlatego Stephen Miller arogancko oznajmia, że światem rządzi siła i Ameryka nie ma zamiaru udawać, że jest inaczej. A jeżeli będą chcieli Grenlandii, to ją sobie wezmą. Dlatego Trump mówi Zełenskiemu, że nie ma w ręku kart i lepiej, żeby skapitulował wobec agresora.
Zresztą nie jest to wyłącznie zrzucenie niewygodnego gorsetu standardów moralnych na potrzeby agresywnej polityki zagranicznej, lecz utorowanie drogi do posługiwania się okrucieństwem jako środkiem budowania wspólnoty we własnym kraju. Okrucieństwo to sedno sprawy – pisze Adam Sewer w tekście dla „The Atlantic”:
„Jedyną prawdziwą umiejętnością Trumpa jest oszustwo, a jego jedyną autentyczną przyjemnością – okrucieństwo. Radość wywoływana okrucieństwem przywiązuje do niego najbardziej zagorzałych zwolenników poprzez wspólną pogardę dla tych, których nienawidzą i których się boją: imigrantów, czarnych wyborców, feministek oraz zdradzieckich białych mężczyzn okazujących empatię wobec kogokolwiek, kto mógłby odebrać im ich dziedziczne prawo do Ameryki. Zdolność prezydenta do realizowania tego okrucieństwa zarówno słowami, jak i czynami, wprawia ich w euforię. Sprawia, że czują się silni, dumni, szczęśliwi i zjednoczeni. I dopóki [Trump] będzie wywoływał w nich takie emocje, pozwolą mu na wszystko, bez względu na to, ile ich to będzie kosztowało”.
Dlatego na oficjalnych profilach Białego Domu pojawiają się „śmieszne” filmiki proponujące Amerykanom zrelaksowanie się przy brzęku łańcuchów, w których deportowani imigranci wloką się do samolotu mającego ich wywieźć Bóg wie gdzie. Dlatego po zastrzeleniu dwóch protestujących amerykańskich obywateli członkowie administracji wychodzą i łżą w żywe oczy, nazywając ich terrorystami. Dlatego Trump publicznie poniża członków własnego gabinetu, testując granice ich lojalności.
Na kanapie nie ma już ani Rachel, ani Rossa, ani komisarza Cedrica Danielsa, ani ewoluujących standardów przyzwoitości. Dziś Ameryka nie zawraca sobie głowy hipokryzją. Kanapa jest pozłacana, siedzi na niej Trump i repostuje filmik, na którym spuszcza fekalia na głowy Amerykanów i wszystkich sierot po amerykańskiej soft power, jej kojącej hipokryzji i bombastycznym wolnościowo-mesjanistycznym etosie.
Wszystkiego dobrego z okazji urodzin, Ameryko. Może w kolejnym sezonie będzie jakiś zwrot akcji. A może na rentgenie faktycznie zobaczę odciętą rękę kolegi wujecznego dziadka.

The post Czy też jesteście sierotami po Ameryce? Nie ma się czego wstydzić first appeared on Krytyka Polityczna.