Szukaj pęknięć w mieście i w systemie. Myślenie przy książce Beranidlo imaginace

Kapitál
Szukaj pęknięć w mieście i w systemie. Myślenie przy książce Beranidlo imaginace

Niepodległe wydawnictwo spółdzielcze UTOPIA LIBRI wydało w tym roku książkę poświęconą miejskim interwencjom i aktywiźmowi pod tytułem Beranidlo imaginace ̶ Podręcznik miejskiej nieposłuszeństwa . Jest to dość nieuporządkowana kolaż tekstów, fotografii dokumentalnych, notatek, wspomnień i wywiadów edytowanych przez artystę i aktywistę Vladimíra Turnera. Przedstawia nam historię czeskich i słowackich działań miejskich od anonimowego ulicznego rebelii po filozofujące interwencje artystyczne. Mój tekst nie ma na celu uporządkować i uporządkować tej zabawnej nieuporządkowanej całości. Używam książki w podobny sposób, jak jej autor używa miejskiej przestrzeni. Jako okazji do błądzenia, twórczego odchylenia i nieoczekiwanych spotkań. Inne czytanie nawet nie wchodzi w grę, ponieważ książka rozpadła mi się na pojedyncze kartki i nie mogłem ich poprawnie ułożyć.

Niepodległe wydawnictwo spółdzielcze UTOPIA LIBRI wydało w tym roku książkę poświęconą miejskim interwencjom i aktywizmowi z nazwą Beranidlo imaginace  ̶ Podręcznik miejskiej nieposłuszeństwa. Jest to dość nieuporządkowana kolaż tekstów, fotografii dokumentalnych, notatek, wspomnień i wywiadów edytowanych przez artystę i aktywistę Vladimíra Turnera. Przedstawi nam historię czeskich i słowackich interwencji miejskich od anonimowego ulicznego rebelowania po filozofujące interwencje artystyczne. Mój tekst nie ma na celu uporządkować i uporządkować tej zabawnej nieuporządkowanej całości. Używam książki w podobny sposób, jak jej autor używa miejskiej przestrzeni. Jako okazji do błądzenia, twórczego odchylenia i nieoczekiwanych spotkań. Inne czytanie nawet nie wchodzi w grę, ponieważ książka rozpadła mi się na pojedyncze kartki i nie byłem w stanie ich poprawnie ułożyć.

Pierwsze spotkanie: estetyka codzienności 

W drodze do pracy często myślę o tym, jak automatycznie i niezauważalnie poruszamy się w przestrzeni. Codziennie opisujemy te same trasy i mechanicznie chodzimy lub jeździmy do tych samych celów. W drodze intuicyjnie unikamy irytującej bezmyślności i automatyzmu innych, zwłaszcza jeśli są to kierowcy dużych samochodów. Często myślami jesteśmy w innym czasie i w innym miejscu, niż fizycznie się znajdujemy. Czasami pamięć własnego ciała zaprowadzi nas tam, gdzie najczęściej chodzimy – bez względu na to, dokąd pierwotnie chcieliśmy iść. 

Istnieją zrozumiałe przyczyny selektywnego postrzegania otoczenia – naszej ślepoty wobec przypadkowych wydarzeń i drobnych szczegółów, które nas otaczają: czy to ranne zwierzę, drzewo oznaczone do wycinki, bezdomny lub pamiątka, którą właściciele celowo zaniedbują. Zmysłowe otupienie, nawyk, powtarzalność i utilitaryzm są niezbędne do przetrwania w burzliwym mieście, abyśmy mogli efektywnie funkcjonować w społeczeństwie, pracy czy rodzinie. Ucieczka na chwilę z pracowito-konsumpcyjnego koła i pełne odczuwanie miasta, którym kroczymy, oraz wszystkich ludzkich i mimo-ludzkich bytów w nim, wymaga albo wyjątkowego wydarzenia, albo wyjątkowego zagubienia się.

Do twórczego „lenistwa” wpadli francuscy situationiści, którzy wymyślili pojęcie dérive. „Dérive to sposób spacerowania po mieście ̶  celem jest odczuwanie, co można znaleźć w przestrzeni miejskiej pod względem psychogeograficznym. To balans między bezcelowym błądzeniem a obserwowaniem, analizą miejskich ekosystemów, przez które przechodzisz. Na podstawie tak zgromadzonych spostrzeżeń można potem połączyć różne miejskie atmosfery,” wyjaśnia w książce Beranidlo imaginace francuski artysta Mathieu Tremblin. Internacjonalę sytuacjonistyczną traktuje się w książce jako ważną referencję – obok holenderskiego ruchu anarchistycznego Provo i czeskiego surrealizmu.

Podobne ćwiczenie uważności opisuje także Anna Mírková w kolejnym fragmencie książki. Dąży do rozszerzenia pojęcia prawa do miasta – pierwotnie sformułowanego przez Henriego Lefebvre’a – także na istoty pozaludzkie. Dlatego uwagę skupia na systemie relacji, które utrzymują w mieście życie i miejsca, nawet dziką przyrodę. „Umění všímavosti můžeme trénovat třeba tak, že půjdeme na náměstí, kde chvíli pobudeme s holuby a budeme sledovat kam se slétávají, jak spolu interagují a kdo je krmí. Nebo můžeme sledovat kam létají včely a kde teče voda a kdo všechno a proč je následuje, kam se sdružuje stín a chlad...Být s ostatními jinak, než se očekává, společně si nárokovat město znamená být nějak nemístně. Potřebujeme místa pro nemístnost. Samozřejmě, že je pro nás bezpečnější mít v noci osvětlené parky a samozřejmě je potřebné mít přehledná místa, kudy se nebojíme procházet. Ale stejně tak je důležité mít místa, kde se můžeme schovat a kde můžeme být trochu nepředvídatelně, ať je to brownfield, hřbitov, ulička za obchodním centrem, nebo okupovaná budova.“ 

V Bratislavě je takovýchto míst každý rok méně. Naposledy se „skultivovali“ Kalvária, Hradní vrch či Kochova zahrada – člověk ani zvíře se tam už neschovají. Nenápadně tak zmizel dojem divokosti, autentičnosti a opuštěnosti, který nikdo nedokáže vytvořit žádným jednorazovým zásahem. Jde také o mnogo drobnych míst, zarostlých schodišť a uliček, opuštěných lomů či továren, historických hřbitovů a zakoutí, s nimiž se nepočítá a nejsou na „nič“, ale které razem činí město snesitelným a pozoruhodným. Jejich opakem jsou anonimní, mramorem dlážděné mezery nových developerských čtvrtí. Ty si nikdo nemůže přivlastnit, protože jsou to jen napodobeniny veřejného či rekreačního prostoru, neustále sledované kamerami a SBS-kou. „Jejich vizualizace jsou plné zelených střech, fasád a balkónů. Ale počítají s ptactvem, které na stromech v ulicích bude sedět a kadit na kavárenské stolky a SUV-čka zaparkovaná pod nimi? Počítají s tím, že na zeleném balkoně se může uhnízdit holub nebo jiný pták a bude tam chtít vyvést mladé? (…) Vizualizace budoucích měst nehledí na potřeby sahající za imperativ produkce ̶  konzum. V takových představách světa neexistují vzájemné vztahy, ale jen transakce,“ píše Mírková. Možno je na čase zamyslieť sa nad tým, či citlivý urbanizmus nemôže zohľadniť potrebu takýchto nemiestnych miest, kde život ide vlastnou cestou. Nič to nestojí, chce to len nechať určité plochy na pokoji, bez rozvoja a okrášľovania. 

Pierwsze spotkanie: materializowana ideologia 

Nasza pragmatyczna, celowo ukierunkowana na cele „ja“ preferuje automatyzm i nawyk jako najskuteczniejsze sposoby codziennej ludzkiej egzystencji. Stopniowo zaczynamy akceptować taki rutynowy i zdominowany przez troski styl życia jako normę. Nie zdając sobie sprawy, że nasze życie mogłoby się rozwijać inaczej, że nasza przestrzeń życiowa mogłaby być zupełnie inaczej zorganizowana i planowana. Przerwy w funkcjonowaniu systemu nie postrzegamy także z powodu ideologicznej normalizacji. Wszyscy doświadczamy zautomatyzowanej części życia, a następnie momentów zmysłowego i mentalnego przebudzenia. Codziennie doświadczamy najbardziej jaskrawych kontrastów: bezdomnych nocujących pod oknami odnowionych mieszkań inwestycyjnych, rozbiórki niedawno odrestaurowanych budynków, wycinki drzew w celu budowy nowego ekologicznego osiedla. Te sprzeczności są już tak głęboko zakorzenione, że tworzą nowy standard. Rozprzestrzenia się obawa, że ich naprawa zniszczy cały świat, jaki znamy. Moment przebudzenia ma zarówno wymiar egzystencjalny, jak i polityczny, z którym można pracować albo prymitywnie i spiskowo – kłamali ci we wszystkim, a my teraz oferujemy czerwoną pigułkę prawdy – albo wyrafinowanie – krytyką ideologii, edukacją, emancypacją czy pobudzaniem kreatywności. 

Skąd jednak tak naprawdę się przebudzamy? Nie zawsze z fałszywych wyobrażeń i indoktrynacji. Naszą codzienność kształtuje także materializowana ideologia. Każdy nowy towar, każda nowa droga, każdy nowy kompleks budynków, każda świadczona usługa reprodukują wąskie wyobrażenie o człowieku jako o producentcie i konsumentcie. Ten ograniczony obraz człowieka jest nieustannie prezentowany i kopiowany na zewnątrz. Efektem zwrotnym jest to, że wyciągamy wnioski z odbicia od ideologicznie wypaczonej reprezentacji świata. Ideologia, której stawiamy czoła, nie ma już jednego źródła. Wsiąkła w to, w co wierzymy jako w świat naturalny, w nasze najwłasniejsze motywacje i doświadczenia. Spektakl, jak nazwał tę formę materializowanej ideologii Guy Debord, rozrasta się we wszystkich obszarach życia: „sukcesy autonomizowanej produkcji gospodarczej prowadzą do materializacji ideologii w postaci spektaklu: społeczną rzeczywistość praktycznie nie można odróżnić od ideologii, która zdołała wszystko przemienić według własnego wzoru”. Spektakl obejmuje także większość komunikacji i obrazów, nie tylko tych reklamowych: „Spektakularna świadomość uwięziona w spłaszczonym uniwersum ograniczonym ekranem spektaklu, zmuszona do wyprowadzenia własnego życia, zna już tylko fikcyjnych uczestników rozmowy, którzy jednostronnie informują o swym towarze i polityce swojego towaru.” 

Kampanie polityczne to tylko najbardziej widoczny fragment kalejdoskopu spektaklu. Skupiają się na akumulacji kapitału politycznego, ale w porównaniu z permanentną kampanią sektora prywatnego są śmieszne. Pewność, którą nam obiecują, jest w ostrym kontraście z ich własną kompetencją i zwrotem w obecnym systemie gospodarczym. Jasna przyszłość musi się po wyborach rozpaść. Nikt nie wierzy, że nadejdzie, a jednak nadal działa mobilizująco. Vladimír Turner w ramach jednej ze swoich miejskich interwencji ukradł reklamy polityczne, które przed wyborami były nielegalnie umieszczone w przestrzeni publicznej, i stworzył z nich symbol niepewności i iluzji – domek z kart. Jasno dał do zrozumienia, że od wyborów nic nie oczekuje, ale nadal czeka na prezent od Karla Marksa. Przy innej miejskiej interwencji z nazwą Marx Christmas założył nadżyciową czapę świętego Mikołaja na soche Marksa w Berlinie i ustanowił się na jego kolanach w pozycji dziecka w oczekiwaniu na upragnione.

Trzecie spotkanie: totemy

Interwencja pod nazwą Ochrona totemu składała się z pakietów z piaskiem ułożonych jak obrona wału wokół wskaźnika cen benzyny. Benzynowy totem przy dystrybutorze to naprawdę oś świata ̶  axis mundi, od której odwijamy nasze życie. Wyraża cały nasz system wartości i nadzieję na lepsze jutro. Podczas wojny w Iranie jest to jeszcze bardziej wyraźne. Wystarczy obejrzeć dowolne wiadomości, a zostanie się zalanym pobożnym szacunkiem dla ropy jako podstawowego kamienia naszej prosperity. Prowadzący i dyskutanci w telewizyjnych programach powoli używają tylko dwóch rzeczowników: ropa i dolar. Oświadczenia światowych liderów w zależności od cen ropy wahają się – jeśli cena ropy na światowych rynkach przekroczy 130 dolarów za baryłkę (w ramach blokady cieśniny Hormuz wzrosła tymczasowo do 126 dolarów), wszystkie wartości idą na bok i można by wymusić powrót do „normalności” w dowolny sposób. Na totemie nie wolno sięgać.

Innym totemem naszych miast jest, oczywiście, billboard reklamowy. Beranidlo imaginace reprezentuje wszelkie formy walki z tym sposobem czczenia towarów: od prymitywnego niszczenia powierzchni reklamowych ogniem, nożycami czy sprayem, po wyrafinowane formy przepisywania przekazu lub uwypuklania istoty ukrytej za obrazem – pustkę na miejscu głowy, przejrzystość do krajobrazu za billboardem czy ironiczne ujawnienie starszych warstw reklamy. Billboard to nie tylko promocja konkretnych towarów, sam jest prywatnym towarem, którego niszczenie jest przestępstwem uszkadzania cudzej rzeczy. Fakt, że reklama od dawna szkodzi przestrzeni nas wszystkich, nikogo nie obchodzi. Przy nielegalnym niszczeniu billboardów chodzi nie tylko o wybryk. Ujawnia się tu nierównowaga między własnością prywatną a publiczną w kapitalizmie, jak również skomplikowane relacje między legalnością a legitymizacją.

Jeden zapomniany totem byłego reżimu został zrecyklingowany także w ramach akcji kolektywu Jezevky: Wypędzamy zło z magistratu. Zawsze jest zabawne, gdy ktoś z lewego spektrum przyjmuje do serca długoletnie bezsensowne oskarżenia o autorytaryzm. Gdy uda się naruszyć uciążliwą postsocjalistyczną atmosferę, w której każdy projekt reformy społecznej jest uważany za inżynierię społeczną, każdy przejaw równości za komunizm, każdą krytykę wolnego rynku za totalitaryzm, a każdy protest przeciwko agresjom Izraela czy Ameryki za terroryzm. Baranidło z wiszącym nadżyciowym Leninem jest najwłaściwszym narzędziem do otwarcia drzwi praskiego magistratu także dla wykluczonych społecznie. 

Czwarte spotkanie: zróbmy widzialne niewidzialne

Czasami wystarczy niewiele, by w przestrzeni publicznej pojawiło się coś wykluczonego. Metaforą takich sytuacji może być akcja pod nazwą Oświeceni, gdy grupa artystów skierowała reflektory z bigboardu samochodu Kia na most Barrandovski inny – skierowała je na brutalistyczną rzeźbę autorstwa Josefa Klimeša, którą bigboard zasłonił. Zespół Nová věčnost z doświadczeniem kryzysu migracyjnego zdołał wyeksponować cierpienie syryjskich migrantów i migrantek. Tych uwięziono w centrum detencyjnym Drahonice na podstawie zasady zbiorowej winy. Artyści na bramie centrum umieścili napis przypominający wejście do Oświęcimia z neoliberalnym hasłem „Szczęście to wybór”. 

W ramach jednej z czeskich Klimakempów byłem świadkiem pomysłowego działania, które także pracowało z zasadą zrównoważenia. Podczas dwudniowej blokady głównego wejścia do kopalni w Chvaletice wyświetlane były bezpośrednio na gęstym dymie z kominów chemiczne wzory substancji emitowanych, na przykład rtęci. Mieszkańcy okolicznych wsi mogli w pełni uświadomić sobie codzienne zagrożenie dla ich środowiska i zdrowia. Atmosfera bezsilności jednostki wobec skutków zmiany klimatu, ale także może i szyderstwo z technologicznych optymistów, symbolizuje w książce interwencja pod nazwą Plan łagodzący. Ukazuje popękaną ziemię na dnie wyschniętego jeziora, którą ktoś próbował na szybko poskładać za pomocą ekspandującej pianki montażowej PUR. Autor interwencji Vladimír Turner ma bogate doświadczenie w zwiększaniu widoczności niewidzialnych zagrożeń. Z kolektywem Ztohoven kiedyś włamał się do emisji czeskiej telewizji, by wspólnie wzbogacić idylliczny obraz czeskiego krajobrazu w programie Panorama o atomowy wybuch. To działanie przyniosło im międzynarodową uwagę, a zwłaszcza uwagę policji, śledczych i sędziów.

Interwencje tego typu są moim zdaniem skuteczne, gdy potrafią zwracać uwagę na hierarchiczne wzorce zachowań, ukryte przemoc, niewidoczne zewnętrzności działalności gospodarczej, niepozorne wymazywanie pamięci historycznej, na fakt, że rozwój kapitalistyczny miast to jedna długa ślepa uliczka, sprytnie oznaczona wskaźnikami sukcesu i bogactwa. Humor i wzmacnianie aktualnej hegemonii kulturowej czy władzy politycznej są mile widziane. Natomiast irytujące i bezsilne są te interwencje, które używają baranidła do wyważenia dawno otwartych drzwi, jak np. opóźnione interwencje antykomunistyczne Ľuboša Lorenza czy Petra Kalmusa. Takie działania ujawniają tylko to, co wszyscy widzą, a zwłaszcza sami autorzy.

Piąte spotkanie: ręce precz od mojej wyobraźni

Postać Vladimíra Turnera towarzyszy nam przez całą książkę. Autobiograficzne zakończenie można krytycznie odczytać jako retrospektywną stylizację starego partyzanta, który doświadczył prawdziwej alternatywnej sceny, gdy jeszcze można było regularnie bić się z neonazistami na ulicach. Można je odczytać jako wyznanie pokolenia, które próbowało stawiać opór, ale ostatecznie szuka na opór grantów i pisa kroniki aktywizmu jako zadośćuczynienie za lata anonimowych interwencji. Przy łagodniejszym spojrzeniu jest to przewodnik, jak zachować ciągłość walk o bardziej solidarne jutro – mimo że polityczne tło się zmienia, aktorzy przebierają się w kaptury, a słowa takie jak „alternatywa” zyskują odwrotne znaczenie. 

Ostatnie akapity to najlepsze wyrazicielstwo wartościowego i mentalnego świata, do którego dzięki książce wnikamy: „Wszyscy łączy nas romantyczne podejście do świata, gdy z samozniszczycielskim tempem pędzimy ku emancypowanej, solidarnej przyszłości, podczas gdy świat wokół nas dysponuje nieograniczonym budżetem na kłamstwa, manipulacje i wojny. W nocy maskujemy się na ulicach, jak kiedyś Pérák. Ktoś zbiera kontenery i gotuje dla bezdomnych. Inni ścigają się w sądach, bo musieli zgłosić odczyt energii elektrycznej na opróżnionym squacie. Próbujemy przemianować alternatywę, którą ukradli nam nacjonaliści. Instytucje przed nami zamykają drzwi, gdy sprzeciwiamy się s genocidzie syjonistycznej. Stajemy na czołowej linii protestów ekologicznych razem ze szkołami średnimi, które nie widzą przyszłości, bo ich rodzice sprzedali ją oligarchom. Szukamy sposobów, jak używać mediów społecznościowych, by upubliczniać swoją agendę, którą klasyczne media ignorują, nawet gdybyśmy chcieli żyć z przyciskiem na drzewach. Jesteśmy naiwnymi marzycielami, ale dla nas ważniejsze jest marzyć o utopii i starać się ją znaleźć, niż poddawać się wszechogarniającej hipernormalizacji. Nie toczy się jedna walka, lecz szereg powiązanych walk na wielu poziomach, a jedynym sposobem, by się z tego nie wykończyć, jest trzymanie się razem i budowanie zbiorowej świadomości opartej na zdolności wyobraźni.”

Brzmi to dobrze, niemal heroicznie. To marzycielstwo jednak równie mocno łączy, co dzieli. W końcu mamy tu mnóstwo frakcji i kolektywów marzących o lepszej przyszłości, ale najczęściej z nieokreślonym społecznym zasięgiem. Co więcej, przyznajmy to, wyobraźnię wspieramy głównie wtedy, gdy inni wyobrażają sobie dokładnie to samo, co my. Nie przeceniałbym wyobraźni, jeśli chodzi o spójność politycznego obozu. Już od dawna potrafimy wyobrazić sobie inne funkcjonowanie – tylko nie potrafimy opracować i wprowadzić systemu praktycznych kroków, które by te pomysły przemieniły w rzeczywiste polityki. Aby wyobraźnia mogła zostawić choćby mały ślad w rzeczywistości, konieczna jest, paradoksalnie, masa nudnej pracy organizacyjnej, negocjacyjnej i biurokratycznej, która wyobraźnię zabija, a którą tak naprawdę nikt nie chce robić. Wciąż szukamy takiego sposobu komunikacji, by był on dla większości społeczności bardziej atrakcyjny i wiarygodny niż otwarta wulgarność i bezduszność reakcji konserwatywnej. Zbiorowa świadomość nie może opierać się na zdolności wyobraźni, bo wyobrażamy sobie najlepiej każdy po swojemu. Może być oparta na wspólnym projekcie, który nikogo nie uraził (nawet Marksa), ale który ukształtował się historycznie jako alternatywna interpretacja dziejów i zjawisk społecznych czy gospodarczych. Interpretacja, która ciągle wraca z pytaniami i zwraca uwagę na sprzeczności systemu, niezależnie od ryzyka czy układu politycznego u władzy. Taki, który pracuje na podstawowych emocjach, jak współczucie, radość z opieki nad otoczeniem i środowiskiem, z satysfakcjonującej pracy, uznania i integracji, z pomocy słabszym i ze solidarności. 

Jeśli chcemy mieć nadzieję na zmianę, zaoferujmy coś także tym, którzy nie potrafią sobie wyobrazić niczego radykalnie innego, ponieważ po prostu nie mają energii i czasu na marzenia, albo boją się odmienności. Nie proponujmy tego jako rewolucyjnej awangardy mówiącej językiem pełnym poprawnych neologizmów, ani jako maskowanych rebeliantów-superbohaterów na ulicach. I nawet nie jako domokrążców gotowego światopoglądu, rozdających ekosocjalistyczną wersję Strażniczej Wieży. Musimy nadal stać po stronie mniejszości i przyrody, ale jednocześnie umieć skutecznie dotrzeć do większości – śmiało, nawet za pomocą pomysłowych interwencji na ulicach. Takich, które pozwolą wyjść z agitacyjnych frazesów do przecięcia wszystkich podstawowych wyobrażeń o dobrym życiu. Bezpieczeństwo, godny dostatek, zdrowe środowisko, życie wspólnotowe, sensowna praca na przyszłość – to są koncepcje, do których nie potrzebujemy wyobraźni. Są głęboko zakorzenione w naszej podświadomości i pragnieniach. Nie są produktem elitarnych uniwersytetów ani profesjonalnego aktywizmu, lecz intuicyjnie z nimi się utożsamiamy, prawie wszyscy, z wyjątkiem wąskiej grupy socjopatów i biznesmenów. 

Uroczym jest wskazać na te najprostsze rzeczy, ale paradoksalnie jest to bardzo trudne. Czasami nie musimy tłumaczyć, pouczać, krzyczeć ani moralizować – wystarczy we właściwym miejscu i we właściwym czasie wskazać palcem. Zamiast szerzyć naiwną wizję tego, co nas czeka, gdy wreszcie się obudzimy i wyklujemy z jaja późnego kapitalizmu, wystarczy wskazać na pęknięcie w ideologicznej skorupie. To właśnie udało się wielu udanym interwencjom przedstawionym w tej książce. W tym momencie ukazania się mogą lewicowa polityka i sztuka skutecznie się spotkać, by pobudzać do działania i twórczości. Bez narzucania jednego i najbardziej słusznego – czyli wyobrażonego – świata.

Vladimír Turner (red.): Beranidlo imaginace : Podręcznik miejskiej nieposłuszeństwa. UTOPIA LIBRI, 2026.

Portret Jakuba Huby

Autor jest (nie tylko) aktywistą

Tekst powstał przy wsparciu fundacji Rosa Luxemburg Stiftung, z przedstawicielstwem w Czechach. Za treść odpowiada wyłącznie wydawca; poglądy prezentowane w tekście nie muszą koniecznie odzwierciedlać stanowiska fundacji.