Referendumowe fiasko, rewolucja herbaciana i perspektywy permanentnie wkurzonego Słowacji

Kapitál
Referendumowe fiasko, rewolucja herbaciana i perspektywy permanentnie wkurzonego Słowacji

W sobotę 4 lipca na Słowacji zakończyła się rewolucja. Wzięło w niej udział 16,13 procent zaproszonych. Referendum dotyczące zniesienia dożywotniej renty, czyli dożywotniej pensji dla byłych premierów, oraz przywrócenia Urzędu Specjalnej Prokuratury i Narodowej Agencji Kryminalnej, które zainicjowała partia Demokraci spoza parlamentu, miało drugą najniższą frekwencję w historii niepodległej Słowacji. Mniej ludzi przyszło tylko w roku 1997, kiedy głosowanie zakłóciła sama władza mečiarowska, zlecając wydruk kart bez jednej z pytań. Tym razem nikt niczego nie sabotował. Klęska powstała dzięki uczciwej pracy domowej.

W sobotę 4 lipca na Słowacji zakończyła się rewolucja. Wzięło w niej udział 16,13 procent zaproszonych. Referendum w sprawie zniesienia dożywotniej renty, czyli dożywotniej pensji dla byłych premierów, oraz o odnowieniu Urzędu Specjalnej Prokuratury i Krajowej Agencji Kryminalnej, które zainicjowała partia pozaparlamentarna Demokraci, miało drugą najniższą frekwencję w historii niepodległej Słowacji. Mniej ludzi przyszło tylko w 1997 roku, gdy głosowanie zakłóciła sama władza mečiarska, zlecając wydrukowanie kart bez jednego pytania. Tym razem nikt niczego nie sabotował. Klęska powstała dzięki uczciwej pracy domowej.

Jeden przegrany weekend nie byłby wart komentarza, jednak referendum należy odczytywać jako symptom. Część słowackiego elektoratu opozycyjnego uformowała się w ostatnich latach w osobną społeczność polityczną z własną liturgią, własnym kalendarzem świąt i własnym wyobrażeniem o tym, czym jest polityka. Najbliżej do niej dojdziemy przez jedno amerykańskie porównanie. Słowacja ma swoje (pierwsze) „ruchy” herbaciane.

Słowacki „ruch herbaciany”

Charakterystyczną cechą tej grupy jest uczucie. Członkostwo partyjne jest w nim nieistotne. Głosowali na Matoviča, potem na SaS, dziś na PS lub Demokratów, a za dwa lata wybiorą znowu inaczej. Marki rotują, klient zostaje. Polityka, czyli konkretne rozwiązania konkretnych problemów, stoją w tym świecie na uboczu. Głównymi zasadami są zasady. Idealnie puste, by unieść cokolwiek. Uprzejmość. Kompetencje. Odpowiedzialność. Argentyński filozof Ernesto Laclau, czołowy teoretyk populizmu, nazwał takie pojęcia: „puste oznaczające”. To słowa, które brzmią mocno, ale nie mają stałej treści, i właśnie dlatego łączą. Uprzejmość czy kompetencje każdy interpretuje po swojemu, a wszyscy się z tym zgadzają, choć nie zgadzają się w niczym konkretnym.

Technologia trzyma tę społeczność razem. Media społecznościowe codziennie potwierdzają jej własne znaczenie i zwłaszcza znaczenie tego, w co wierzy. Udział w polityce ograniczył się do krążenia treści cyfrowych, a poczucie zaangażowania rośnie proporcjonalnie do spadku rzeczywistego wpływu. Dlatego warto spojrzeć na ruch, który z tej samej mieszanki gniewu, zasad i technologii powstał o 17 lat wcześniej i o ocean dalej.

Co to była amerykańska Tea Party? Ruch narodził się 19 lutego 2009 roku, gdy komentator programu ekonomicznego telewizji CNBC Rick Santelli na żywo z chicagowskiej giełdy wybuchł przeciwko planowi Baracka Obamy, by pomóc ludziom, którzy po kryzysie finansowym nie radzili sobie ze spłatą hipotek. Santelli oskarżył rząd, że „popiera złe zachowania”, dłużników nazwał przegranymi i wezwał oburzoną klasę średnią do chicagowskiego picia herbaty, nawiązując do słynnego Bostońskiego picia herbaty z 1773 roku. „Ile z was chce płacić hipotekę za sąsiada, który ma dodatkową łazienkę i nie radzi sobie z opłatami?” pytał. Film stał się wiralowy, na ulice wyszły dziesiątki tysięcy ludzi, a w roku 2010 ruch pomógł republikanom zdobyć 63 miejsca w Izbie Reprezentantów.

Od zasad do tożsamości

Tea Party oficjalnie odwoływała się do dyscypliny fiskalnej. Książka harvardzkich politologów Thedy Skocpol i Vanesy Williamson ujawniła jednak inną anatomię. Typowy członek był starszy, wykształcony i materialnie zabezpieczony. Emerytury państwowe ani publiczna opieka zdrowotna dla seniorów mu nie przeszkadzały, o ile płynęły do niego. Przeszkadzali mu „żebracy”, wśród których byli imigranci, ludzie o niskich dochodach i młodzi. Odpowiedzialność fiskalna funkcjonowała więc jako tożsamość przebrana za program. Strój z 1773 roku nałożony na oburzenie, na gniew przetłoczony na moralną wyższość.

Ruch był ponadto znacznie mniejszy, niż wyglądał na zewnątrz, jego siłę potęgowały media, głównie wówczas Fox News. Gdy potem pojawił się Donald Trump, cała ta fiskalna pasja przelała się na niego bez reszty. Jak napisał historyk Partii Republikańskiej Geoffrey Kabaservice dla The Washington Post, ruch herbaciany nigdy nie zniknął, tylko „zmutował w trumpizm”. Zasady się wyczerpały jako pierwsze. Przetrwała tożsamość i przetrwał wróg.

Słowacka inkarnacja ruchu herbacianego może nie dzielić z amerykańską prawie nic: myśli, wielkości ani intencji. Paralela tkwi gdzie indziej, w atmosferze, albo w jakimś „vajbe”. Brytyjski teoretyk kultury Raymond Williams miał na to pojęcie „struktura odczucia”. To wspólna nastrojowa atmosfera epoki i grupy, która jeszcze nie dojrzała do ideologii, ale już potajemnie organizuje w pewne struktury to, co jej członkowie uważają za oczywiste, śmieszne czy nie do zniesienia. I właśnie w tym obie ruchy się odzwierciedlają. W oburzeniu, jako podstawowym stanie zbiorowego przeżywania polityki. I w przekonaniu, że oburzenie trzeba katalizować burzeniem utartych norm politycznych i instytucjonalnych, bo standardowa procedura działa zbyt wolno.

Tańsza słowacka herbaciana społeczność wyrosła z rzeczywistego systemowego upadku, tak jak amerykańska z krachu kapitalizmu w 2008 roku. Zabójstwo dziennikarza, porwanie państwa i późniejszy powrót Roberta Fica do władzy są uzasadnionymi powody do gniewu. Problem zaczyna się w chwili, gdy z gniewu staje się styl życia. Po latach narzekania na „smerfów” i na wszystko, co choćby pachniało „antysystemem”, ta społeczność odkryła pozycję, która ma w sobie coś odurzającego. Wyznaczanie się wobec systemu dawniej było przywilejem innych. Od teraz może być antysystemowa także ona, tylko że w właściwy sposób, kulturalnie, z grafami. Verva pozostaje taka sama, często też wulgarna.

Klisché odwołanie: Hegel nauczał, że teza nosi w sobie własną antytezę, a przeciwieństwa się nawzajem warunkują. Słowacki (opozycyjny) internet do tego dodaje empiriczny materiał. Kto od 10 lat wyraża się przeciwko dezolatom, z czasem zaczyna mówić ich językiem, tylko z lepszą ortografią.

Polityka umarła w 2020 roku

Kluczową datę tej przemiany należy szukać przed rokiem 2023, w wyborach w 2020 roku. Francuski teoretyk Guy Debord opisał już pod koniec lat 60. społeczeństwo spektaklu, świat, w którym życie codzienne stopniowo zamienia się w przedstawienie, a polityka w inscenizację. Słowacka wersja tego stadium dojrzała właśnie wtedy, gdy marketingowa show Igora Matoviča ostatecznie pokonała program. Od tego czasu słowacka polityka w pierwotnym znaczeniu słowa niemal nie istnieje. Rządzący imperatyw, by pozostawać na oczach tych, którzy się ze mną zgadzają. Jeszcze jeden protest. Jeszcze jedna obalona dezinformacja. Jeszcze jeden (Zomri) dowcip o Danku i jego rigorozce. Miernik zaangażowania przesunął się z wyniku na reakcję. A niekończąca się historia słowackiego dyskursu zawsze kończy się tak samo. Wszyscy ostatecznie kończą u Matoviča. Jeśli nie bezpośrednio na liście kandydatów, to przynajmniej metodą.

Nie przeszkadzajcie, tu kręci się reality show, a wy będziecie jego częścią. Inaczej chcecie, żeby tu był Fico.

Demokraci są doskonałym produktem tej ery. Partię tworzą ludzie z środowiska rządów Igora Matoviča i Eduarda Hegera, czyli politycy, którzy od lat legitymizowali jednego z najkontrowersyjniejszych liderów słowackiej polityki, i których chaotyczne rządy dobiegły końca tam, gdzie można się było tego spodziewać, w „triumfalnym” powrocie Fica. Dziś ci sami ludzie oferują krajowi oczyszczenie od Fica. To trochę tak, jakby podpalacz sprzedawał gaśnice. W polityce przebacza się, niech będzie. Gorzej, że drogę do parlamentu zamienili na objazd.

Referendum jako studium przypadku

Z sobotniego głosowania można wyciągnąć niemal laboratoryjną destylację tego świata. Od początku było ono oprawione hasłem „bo Fico”. Imię premiera w końcu znalazło się bezpośrednio w treści pierwszego pytania, renta w nim dostała od razu także adresata, „np. dla Roberta Fica”. Kampania obiecywała przede wszystkim wrażenia. Pokażmy Ficowi środkowy palec.

Oba pytania są jednak czystą materią legislacyjną. Zniesienie renty i odnowienie instytucji, które ścigały najpoważniejszą korupcję, a rząd je zlikwidował, to ustawy. A ustawy w demokracji parlamentarnej (tradycyjnie) są przyjmowane w parlamencie. Partia, która chce zmieniać prawo, ma na to sprawdzony instrument: dostać się do Rady Narodowej. Demokraci zamiast tego wprowadzili instytut bezpośredniej demokracji i wykorzystali go do kampanii przedwyborczej finansowanej ze środków państwowych. Ta ostatecznie tylko powtórzyła matońskie obchodzenie i rozbijanie normalnej pracy politycznej, legislacyjnej i instytucjonalnej. Dla uproszczenia posłużę się (dla tej społeczności) kontrowersyjnym porównaniem dziennikarza Denníka N Braňa Bezáka: Stek można odciąć nożyczkami, a nożyczki bez wątpienia tną. Nóż i widelec jednak istnieją z dobrego powodu, a normalizowanie cięcia steków tylko dlatego, że przy stole siedzi Fico, jest drogą do piekła przy stole.

Ze standardami jest to poważniejsze, niż dopuszcza retoryka dobrej woli. Politolodzy Steven Levitsky i Daniel Ziblatt w książce Jak umierają demokracje pokazują, że demokracje dziś rzadko zabija pucz. Rozkładają je stopniowa erozja niepisanych zasad, wzajemnego szacunku i instytucjonalnej powściągliwości. Normom bowiem najbardziej szkodzi ich legitymizacja ich burzenia, która rozprzestrzenia się jak wirus, bez względu na to, kto ją uruchomił. U nas to burzenie od lat legitymizował i legitymizuje Fico. Tym bardziej ważne jest, by „druga strona” nie uświęcała tej samej metody tylko dlatego, że nad nią zawiesiła cnotliwszy cel. Siła normy tkwi w tradycji jej przestrzegania. Norma żyje wyłącznie z tego, że jej uczestnicy ją wielokrotnie respektują. Kto burzy normy w imieniu demokracji, niechcący potwierdza burzenie jako legalny język polityczny. A tym językiem będzie ostatecznie zawsze płynniej mówił Fico.

Zarazem obowiązuje, że nie każdy, kto w sobotę przyszedł do urny, jest herbacianym rewolucjonistą. Głosować przyszli także ludzie, którzy po prostu uważają rentę za niemoralną albo chcą przywrócić instytucje ścigające korupcję, i mają do tego pełne prawo. Chodzi o pole grawitacyjne wokół referendum, o ramowanie i dramaturgię kampanii.

Jedno jednak trzeba Demokratom uznać. Część społeczeństwa naprawdę uwierzyła, że to referendum jest praktycznie egzystencjalne. Kto się wahał, pomagał Ficowi. Kto krytykował, sprawiał mu radość. A kto „działał”, ten przyszedł mu pokazać środkowy palec. Właśnie w tej figurze tkwi głębszy problem opozycyjnej kultury, moralizowania polityki. Belgijska politolożka Chantal Mouffe rozróżnia przeciwnika i wroga. Z przeciwnikiem prowadzimy legalny spór o kształt kraju i jego prawo do istnienia szanujemy. Z wrogiem się nie dyskutuje, wroga się usuwa. Demokracja według Mouffe żyje z pierwszego związku i zanika, gdy wyprze go drugi. Słowacka opozycyjna społeczność tymczasem przeniosła logikę wroga także do własnych szeregów. Krytyka jest tłumaczona jako zdrada, a każdy sprzeciw jest ważony tym, komu sprawia radość.

Czy na pewno nie należy kwestionować kroków opozycyjnych partii, by Fico się nie śmiał? Trzeba bić brawo, albo przynajmniej milczeć, przy wszystkim, co wymyśli którakolwiek partia opozycyjna, dopóki Fico nie zniknie? Różnorodność i dyskusja powinny to wytrzymać. Różne preferencje sygnalizują najwyżej to, że społeczeństwo jeszcze oddycha. Fico nie zniknie z cudownego kolektywnego porozumienia. Demokracja opiera się na założeniu braku zgody, a przez to napięcie szuka się rozwiązań do zniesienia. Mouffe nazywa to „agonizmem”, sporem, w którym przeciwnik jest pokonywany argumentami i przy urnach. Kto w imię jedności domaga się ciszy i iluzji dyscypliny, pomylił demokrację z koszarami.

Matematyka soboty jest nieubłagana. Według wyników referendum za zniesieniem renty głosowało 93,4 procent uczestników, a za odnowieniem prokuratury 92,2 procenta. W społeczności, w której wszyscy zgadzają się ze wszystkimi, każde głosowanie jest triumfem, dokładnie tak jak na mediach społecznościowych. Socjolog Émile Durkheim opisywał obrzędy, podczas których wspólnota potwierdza własne istnienie poprzez dzielone wzruszenie. Sobotnie głosowanie dokładnie spełniło tę funkcję dla herbacianej społeczności. Narzędzie zmiany odgrywało w nim drugorzędną rolę, główną odgrywał obrzęd przynależności. Jednak do urn poszło nieco więcej niż 705 tysięcy spośród 4,4 miliona uprawnionych wyborców, a w trzech gminach nikt nie głosował. Bańka pomyliła własną sieć społecznościową z krajem, dosłownie statystycznie. Wyborcy PS i SaS zazwyczaj przyszli do urn, a domy zostali głównie wyborcy KDH i ruchu Slovensko. Nawet tak niemal pełna mobilizacja własnej społeczności nie wystarczy na nawet jedną trzecią potrzebnego kworum. Amerykański ruch herbaciany przynajmniej wygrywał wybory. To słowackie na razie wygrywa tylko dyskusje pod postami.

Reakcja „tych drugich” jedynie potwierdziła diagnozę. Minister spraw wewnętrznych Matúš Šutaj Eštok domaga się od Demokratów przeprosin i zwrotu kosztów, przy czym w zwycięskim oświadczeniu pomylił się i określił frekwencję jako historycznie najniższą. Przedstawiciel Demokratów Jaroslav Naď z kolei stwierdził, że frekwencja „nie jest wielkim sukcesem, ale też nie jest porażką”, i szukał odpowiedzialności u prezydenta i pozostałych partii opozycyjnych. Obie strony tym samym właściwie mówiły to samo. Spór o rentę i prokuraturę gdzieś się zagubił. Pozostała rywalizacja o lepszy status.

Przemysł, który nic nie produkuje

Herbacjana rewolucja więc przebiegła skutecznie tylko w sieciach. W rzeczywistości przyszło 16 procent ludzi. Amerykańska Tea Party w tej opowieści występuje jako ostrzeżenie. Zaczęła od zasad, a skończyła na Trumpie, ponieważ zasady bez polityk to tylko paliwo do oburzenia. A oburzenie zawsze znajdzie przywódcę, który je spali najskuteczniej. Mouffe dodałaby, że moralizowany konsensus jest dla populizmu tym najlepszym nawozem. Słowacka wersja swojego „Trumpa” na razie szuka, choć konkurs wciąż trwa.

Jeśli ma mieć opozycyjna polityka na Słowacji przyszłość, musi przestać rozmawiać sama ze sobą. Musi dotrzeć do niezdecydowanych, których dziś pogardza, i do ludzi, których bardziej martwi najem i wypłata niż renta Fica. Musi zaoferować konkretne rozwiązania, wizje i miejsce dla młodych, czyli wszystko, na co dziś ma wywalone. I przede wszystkim musi unieść wewnętrzną krytykę bez histerii, że każdy sprzeciw to prezent dla Fica. Do tego czasu pozostanie permanentnie wkurzonym Slovakiem tym, czym jest dzisiaj. Odnawialnym źródłem energii dla przemysłu politycznego, który nic nie produkuje.

Tekst powstał przy wsparciu fundacji Rosa Luxemburg Stiftung, z przedstawicielstwem w Czechach. Za treść odpowiada wyłącznie wydawca; poglądy prezentowane w tekście nie muszą koniecznie odzwierciedlać stanowiska fundacji.