Cień Trumpa nad rewolucyjną Albanią: Protesty setek tysięcy przeciwko rządowi, korupcji i władzy oligarchów
Kapitál
Pieszo, statkiem i autobusami z Tirany do południowej Albanii. Setki kilometrów i dziesiątki tysięcy kroków z niespokojnymi mieszkańcami. Na wyspie Sazan, w okręgu Vlorë i w rzadkiej rezerwacie Zvërnec szukam, dlaczego Albańczykom przeszkadza budowa luksusowych ośrodków dla ultrabogatych z rodziny Trumpów. Ten impuls stał się katalizatorem narodowego i społecznego ruchu przeciwko oligarchom i rządowi. Mały kraj bałkański, który przetrwał brutalną dyktaturę komunistyczną i tragiczną transformację, dziś stoi przed kolejnym przełomowym momentem w nowoczesnej historii. Co napędza Albańczyków do zmiany na progu wejścia do Unii Europejskiej?
Pieszo, statkiem i autobusami z Tirany do południowej Albanii. Setki kilometrów i dziesiątki tysięcy kroków z niepokojnymi mieszkańcami. Na wyspie Sazan, w obszarze Vlorë i w rzadkiej rezerwacji Zvërnec szukam, dlaczego Albańczykom przeszkadza budowa luksusowych ośrodków dla ultrabogatych z rodziny Trumpa. Ten impuls stał się katalizatorem narodowego i społecznego ruchu przeciw oligarchom i rządowi. Mały kraj bałkański, który przetrwał brutalną dyktaturę komunistyczną i tragiczną transformację, dziś stoi przed kolejnym przełomowym momentem nowoczesnej historii. Co napędza Albańczyków do zmiany na progu wejścia do Unii Europejskiej?
Na albańską stolicę już zapadła noc. Gdy docieram do centrum Tirany, jest pół do jedenastej wieczorem, ale nawet nocna pora nie zniechęciła tysięcy ludzi do protestowania już 23. dzień przeciwko rządowi premiera Edi Ramy. Ostatnią kroplą dla demonstrantów było przekazanie cennego wybrzeża na budowę willi i luksusowego ośrodka dla ultrabogatych – w okolice południowalbanskiego miasta Vlorë – firmy Affinity Partners, należącej do zięcia amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, Jareda Kushnera. Wybrzeże w obszarze Zvërnec, wyspa Sazan i zwłaszcza laguna Narta są domem chronionych zwierząt, głównie flamingów. W odróżnieniu od innych miejsc w Morzu Śródziemnym jest to jedno z ostatnich miejsc w Europie, gdzie te ptaki żyją w dzikiej, nietkniętej przez człowieka przyrodzie, bez potrzeby sztucznej opieki czy innej pomocy ludzkiej. Przekazanie tego obszaru rodzinie Trumpa stało się pewnym katalizatorem nagromadzonego gniewu i frustracji.
„Albania nie jest na sprzedaż,” skanduje tłum. Ani Albańczycy, ani flamingi. To właśnie flamingi stały się symbolem tej rewolty, która szybko zyskała przydomek Flamingo Revolution (Rewolucja Flaminga). Dziesiątki protestujących w dźwięku bębnów w rękach trzymają makiety tych ptaków. Kolejne tysiące są wokół nich. Również dzisiejszy regularny protest odbywa się na bulwarze Dëshmorët e Kombit (Bulwar Męczenników Narodu), ikonicznej autostradzie przecinającej stolicę.
Setki tysięcy na ulicach i cień sadystycznego dyktatora Envera Hodży
Droga łączy dwa placu. Na północnej stronie Skanderbeg. Skanderbeg był jakby albańskim Świętopełkiem. Podobnie jak w przypowieści z prętami, także albański wojownik zjednoczył albańskie księstwa w walce przeciwko Imperium Osmańskiemu. Do dziś jego herb – czarny dwugłowy orzeł na czerwonym tle – który jest jednocześnie albańską flagą państwową, zalewa ulice miasta. Herb obrońcy chrześcijaństwa w kraju, który jest w większości muzułmański, a współistnienie muzułmanów i kristianów w nim mogłoby być wzorem dla wielu. Z drugiej, południowej strony, droga prowadzi na Plac Matki Teresy, pierwszej albańskiej świętej. To po niej nazwano międzynarodowe lotnisko w Tiranie, skąd właśnie wróciłem.

Przed dwoma dniami protestujący zajęli całą długość tej kilkukilometrowej drogi, kolejne dziesiątki, a nawet setki metrów przez wspomniane place. Lokalny BalkanWeb i z nim powiązana telewizja News24 na podstawie nagrań z dronów oszacowały, że zgromadziło się tu od 200 do 250 tysięcy ludzi. Oficjalne szacunki były niższe, ale tylko w miniony weekend protestującym udało się znów zapełnić cały bulwar. W oficjalnych szacunkach dziesiątki tysięcy, w rzeczywistości może nawet więcej. Ogólnie można stwierdzić, że w ciągu miesiąca protestów każdego dnia, bez wątpienia uczestniczyły setki tysięcy. Dla porównania, region Tirany ma populację 800 tysięcy, a cała Albania tylko 2,4 miliona.
W mroku ulicznych lamp wybiegam na Piramidę Tirany. To miejsce było pierwotnie pomnikiem i muzeum dyktatora Envera Hodży. Brutalistyczny styl budowli wyraźnie korelował z niezwykłą brutalnością jego reżimu. Dominowała tam figura Hodży, zbudowana z setek ton drogocennego białego marmuru, w czasach najbiedniejszego kraju Europy, cierpiącego głód. I chociaż Hodża nigdy nie został pochowany w niej, był to monument jego kultu, a miejscowi nazwali ją inaczej niż Hodżowa mauzoleum. Komunistyczna totalitarna władza upadła tu dopiero w roku 1992, jako ostatnia w bloku wschodnim.
Piramida długo niszczała, ale kilka lat temu rząd postanowił ją odrestaurować i mogłem z łatwością wspiąć się po jej bokach, gdzie znajdują się schody. Tu obserwują wydarzenia sympatycy protestów i skandując, dołączają do nich. Mam z niej widok na miasto, na drogę, po której od prawie miesiąca wieczorami nie jeżdżą samochody, a ludzkie tłumy. Skandowanie, śpiewanie, krzyki. Już się kierują do ulic stolicy. Każdej nocy, po kilku godzinach protestu, zmieniają trasę. W ulicach będą jeszcze po północy, niektórzy uczestnicy do wczesnych godzin porannych.

Widzę ich, gdy prawie rano wychodzę z mojego hotelu w Blloku – dzielnicy, która kiedyś była dla zwykłych Albańczyków zakazanym miejscem, zamieszkiwaną tylko przez elitę reżimu dyktatorskiego. W tym roku odwiedzam Tirana już drugi raz, kilka tygodni przed tym pierwszym tłumem protestujących, który rzucił kilka koktajli Mołotowa w rezydencję Hodży, miejsce w Blloku, które należało do rodziny najpotężniejszego człowieka. Dziś jest centrum dla artystów.
Wtedy siedziałem w blasku palącego się wiosennego słońca na leżaku przed wypuszczonym basenem i myślałem, jak to wyglądało kilka tygodni temu. Skutki demonstracji już zostały usunięte. A jak to było ponad 40 lat temu, gdy Hodża wysyłał z tego miejsca tysiące ludzi na śmierć. Ich losy opisuje w wciągającej reportażowej książce Blato sladšie ako med polska reporterka Margo Rejmer. „To najciemniejszy reportaż o kraju dręczonym terrorami. O ludziach, których torturowano tylko dlatego, że próbowali myśleć w domu. O ofiara, które dziś mija na ulicy ze swoimi katami i kupuje w tym samym sklepie, a wszyscy razem budują swoją ziemię,” pisze w książce.
Albański dziennikarz Blendi Fevziu w silnej biografii Enver Hodža – Żelazna pięść Albanii przedstawia Hodżę jako dyktatora, którego kraj był pełen strachu. Paranoja stała się codziennością. To był kraj, który stał się więzieniem dla własnych mieszkańców.
Fevziu był na początku lat 90. jednym z uczestników rewolucji, która obaliła rząd Hodży i publicznie, z telewizyjnego studia. Te dni często jest też wśród protestujących i okazuje im sympatię. Według niego, protesty są konieczne dla duszy narodu. Jednak stacja TV Klan, w której pracuje, jest mocno prorządowa, a jej informacja jest wierna premierowi. Powiązania władzy, biznesu i mediów nie są tu niczym niezwykłym. Premier Rama i jego wystąpienia telewizyjne są tak naturalne, jak obecność imienia Trumpa na amerykańskich budynkach.
Zapomnij o pociągu
Chociaż to ruch protestu wywodzi się z lokalnej frustracji i gniewu z powodu korupcji władzy, jest też epicentrum geopolityki. Dlatego opuszczam centrum Tirany i jadę na południowy zachód kraju.
Na pociąg można zapomnieć – tory bowiem padły ofiarą dzikich lat 90., a inne jeszcze później. Część mieszkańców wyrwała je i zakończyła w skupie złomu, część z nich zniknęła w przyrodzie. Wszystko to miało wspólny mianownik: dysfunkcja państwa.
Do Vlorë od lat nie można dojechać pociągiem.
Idę więc na dworzec autobusowy. Również jest dobrym przykładem porażki, o której mówią protestujący na ulicach. Terminal autobusowy Północ Południe na zachodnim przedmieściu (nazwa powstała na podstawie kierunku odjazdów na północ i południe kraju), jest w zasadzie tylko brudnym parkingiem bez peronów, gdzie pasażerowie przepychają się między małymi mikrobusami – furgonetkami i czasami dużym autobusem dalekobieżnym. Stacja za nim jest od lat rozbudowywana. Tak funkcjonuje już ponad dekadę. Chociaż albańskie społeczeństwo zrobiło wyraźny postęp, a w nowym tysiącleciu jest to w porównaniu z poprzednimi latami naprawdę zupełnie inny, nowocześniejszy kraj, demonstranci i mieszkańcy często powtarzają te same zarzuty: wszystko jest drogie, wszystko trwa długo. Nie wspominając o nieznośnej sytuacji ekonomicznej i społecznej zwykłych ludzi.
Swoje połączenie można znaleźć, oglądając dziesiątki furgonetek z nazwami destynacji lub słuchając głośnych okrzyków kierowców. „Vlorë!“, krzyczy jeden z nich. Kiedy odjeżdża, wie tylko on. Nie znajdziesz rozkładu odjazdów, a czasy na Google Maps są raczej symboliczne. Mój miał odjechać o piątej, potem o za pół szóstą, według słów kierowcy „zaraz”. Wyszedł o godzinie szóstej. Czasami furgon przyjeżdża, czasami nie.
Z dworca autobusowego, czyli z parkingu, podziwiam majestatyczny masyw Dajti, który jest nieodłączną częścią panoramy miasta. Na niego prowadzi najdłuższa kolejka linowa Bałkanów, z której w tysięcznym metrowym punkcie można zobaczyć stolicę jak na dłoni. Zbudowano ją przed 20 laty, w odróżnieniu od „autobuski” jest symbolem postępu kraju.
Słońce już dawno wzeszło, mijamy szczyt szczytów Tirany, niziny i równiny, a także wspomniane majestatyczne góry. Naturalne piękno Albanii – od krystalicznie czystych mórz i jezior po skaliste szczyty – dziś nie jest tylko atrakcją turystyczną. Walka o jego zachowanie stała się jedną z przyczyn największego ruchu obywatelskiego od upadku komunizmu.
Nowoczesna historia buntu w lone flamingów
W Vlorë kieruję swoje kroki właśnie do Zvërnec. Po drodze mijamy też restaurację Ivanka. Nie jestem pewien, czy nazwa to tylko przypadek, zła reklama, czy entuzjazm wobec kontrowersyjnej budowy. Kilka dni po powrocie w dzienniku Guardian zauważam, że została otwarta niedawno, a jej właścicielem jest naprawdę fanem nie tylko Trumpowców, ale także premiera Ramy. Jak jednak wygląda ogólna popularność Edi Ramy, lidera albańskich socjalistów, którego krytycy i protestujący oskarżają o zbyt bliskie relacje z oligarchami, nie jest znane. W Albanii pomiary preferencji politycznych i sondaże opinii publicznej są rzadkością. W zasadzie można się do nich dokopać tylko w czasie szczytu kampanii wyborczej. Rama i jego partia wygrali prawie dokładnie rok temu, z 52 procentami. To już jego czwarte zwycięstwo wyborcze, od 13 lat rządzi krajem.
Zgodnie z opiniami mieszkańców ulic, ta trzynastka powinna być dla niego pechowa. Nie możemy oprzeć się dokładnym danym z sondaży, ale gniew na ulicach jest widoczny. A gdy do obalenia komunizmu potrzebne były dekady, to nowsza historia pokazuje, że tu można się zmienić z nocy na dzień.
Jedna z najbardziej dramatycznych rebelii w postkomunistycznej Europie miała miejsce właśnie w Albanii. Rok 1997, a w kraj zaczęły upadać piramidalne oszustwa „inwestycyjne”. Zubożałe Albańczycy nieraz wkładali w nie całe życie oszczędności. Christopher Jarvis w raporcie Międzynarodowego Funduszu Walutowego Wzlot i upadek albańskich piramid napisał, że aż połowa PKB kraju utopiła się w tych niebankach. Biedni, nawet z garści, wybuchali, a albańskie ulice pogrążały się w niepokojach. Prezydent Sali Berisha musiał z dnia na dzień uciekać. Ale nie na długo. Po kilku latach wrócił jako premier. I wciąż był na szczycie. Lider opozycji jest nim do dziś. „Rama do więzienia. Berisha do więzienia,” krzyczy tłum po 30 latach. Berisha już to zna, a gniew i bunt wobec Ramy są dla niego nowością.
Na rok 1997 mam jako nastolatek bardzo żywe wspomnienie: na CNN przerwano emisję i pokazywano właśnie nagrania z Vlorë. Statek Katër i Radës wypływał pełen uchodźców, według szacunków nawet 140. Bezradni i wycieńczeni po kolejnej katastrofie życiowej i społecznej. Włosi nie chcieli ich wpuścić do swoich wód, mniejsze statki blokowała włoska jednostka wojskowa, co doprowadziło do starcia. Dziś znana jako Tragedia Otranto, podczas której zginęło ponad 80 osób, w tym wiele kobiet i dzieci.
Poza tym, niedługo minie 35 lat, odkąd 20 tysięcy innych zubożałych albańskich uchodźców wtargnęło do Durrës (Drač), niedaleko Tirany, na statek Vlora podczas obalania reżimu komunistycznego. Statek pełen uchodźców przypominał mrowisko. Po dziesiątkach godzin dopłynęli do Włoch, ale zostali deportowani z powrotem. Dziś, mimo burzliwej historii, obie te kraje są najbliższymi sojusznikami. Setki tysięcy albańskich emigrantów opuściło kraj po upadku reżimu, udając się do Włoch. To ich główne schronienie, stanowią drugą co do wielkości mniejszość w kraju.
Z laguny flamingów, rezerwat dla rodziny Trumpa
Ale wracając do regionu Vlorë dziś. Polna droga do rezerwatu otoczona jest drzewami i wielkimi willami – owocami transformacji ku kapitalizmowi. I sklepami z plażowym wyposażeniem. W żadnym z nich nie brakuje dmuchanego flaminga. Również plonów, szczególnie tu i teraz, miejscami aż militarnych, kapitalizmu. Wciąż jesteśmy w ostatnim obszarze starego kontynentu, gdzie ludzie żyją całkowicie wolni i w dzikiej przyrodzie.
Zbliżamy się do drewnianego mostu, który jest już tylko dla pieszych, znajduje się po drugiej stronie laguny. Czterdziestolatek Grem, który całe życie spędził w Vlorë, wyciąga rękę i wskazuje w dal. „Ta część należy do pana Kushnera,” mówi. Pokazuje dalej, gdzie za kilka kilometrów mają się karmić i kąpać flamingi. „Tam też to należy do pana Kushnera,” dodaje z spojrzeniem w dal. „Jest tu pięknie. Często tu przyjeżdżam z rodziną, jest tu wielki spokój, wybrzeże jest niesamowite,” wyjaśnia. Nie chce stracić tego zakątka spokoju i naturalnego piękna. Tak samo jak setki tysięcy Albańczyków na ulicach Tirany. Już zamknięto jedną publiczną plażę pod budowę. Służby bezpieczeństwa pobiły jednego z protestujących. Oni odwdzięczyli się wandalizmem i atakami na plac budowy.
Wchodzę na drewniany most, około 300 metrów długości. Niektóre filary, a czasami podupadła deska, wskazują, że najlepsze czasy już minęły. Mimo to zachwyca swoją lekkością i monumentalnością. Zachwycają też widoki na krajobraz, którego część powinna należeć do zięcia prezydenta Trumpa. Grupy ludzi przechodzą mostem w kierunku wyspy, która nosi taką samą nazwę jak wybrzeże i miejscowość: Zvërnec. Wyspa sosnowa od co najmniej 700 lat jest domem bizantyjskiego klasztoru. Chociaż wyspa, klasztor czy most nie są jeszcze pod kontrolą oligarchicznych inwestorów, wiele części Zvërneca i słynnej laguny flamingów tak.
„Co ten człowiek dotknie, to zepsuje,” mówi Grem gniewnie o Trumpie. I jeszcze bardziej jest złe na premiera Ramę. Popiera protestujących. „Wierzę, że uda nam się zatrzymać ten projekt,” dodaje z decydowaniem. Ale według niego, to nie powinno się kończyć na tym, że Albańczycy muszą wymienić całą elitę polityczną.
To czas, by wrócić do Tirany, podróż trwa około trzech godzin. Ostatni furgon według nieistniejącego rozkładu odjeżdża o 16:30, a ja chcę jeszcze zdążyć na drugi wieczór i noc protestów. Jutro planuję wrócić do tej pięknej przyrody. „Na pewno o 16:30 nic już nie pojedzie, ostatni o 16:00,” mówi mi miejscowy. Zostawiam się namówić i nie będę się kłócić, lepiej zna on niuanse bałkańskiego transportu niż ja, wyimaginowane rozkłady. W Vlorë nie ma żadnego „autobusu”, każdy kierunek ma własną tablicę porzuconą gdzieś przy drodze. I każdy na innej drodze wyjazdowej.
Ta moja ma poetycką nazwę: Kastrati. To nie są żadni eunuchowie ani śpiewacy. Nazywa się tak od stacji benzynowej, przy której stoją furgony. Kastrati to coś w rodzaju albańskiego Slovnaftu – przynajmniej jeśli chodzi o dominację na rynku paliw. To ich największy dystrybutor i importer produktów ropopochodnych w kraj. Jej właściciel Shefqet Kastrati należy do najważniejszych albańskich oligarchów. Powiązania z elitami politycznymi są dla nich codziennością, według portalu śledczego BIRN są zaangażowani także w kontrowersyjny projekt Kushnera. Jego syn Musa Kastrati miał towarzyszyć Ivance Trump podczas odkrywania nowej albańskiej idylli.
W upalnym upale nagle zastępuje zapach sosen i morza w Zvërnecu smród ropy z Kastrati. To już jednak frugon zawraca mnie z powrotem do Tirany.
Dwadzieścia cztery dni i noc protestów – Rama i Trump w upiornym momencie
Gdy około siódmej wieczorem docieram na bulwar Dëshmorët e Kombit, organizatorzy już rozkładają transparenty i sprzęt. Garstka policjantów pilnuje siedziby premiera, demonstranci od 24. dnia budują swoją małą improwizowaną trybunę tuż przed nią. „Skenë Krimi” („Miejsce zbrodni”) stoi na taśmie, którą otoczyli siedzibę premiera. Uzupełniają ją małe policyjne światła, porzucone na ziemi przed trzema funkcjonariuszami. Dotychczas protesty były prawie zawsze pokojowe, ale przy kilku incydentach użyto też armatki wodnej przeciwko protestującym.

Na schodach siedziby od wielu dni rozłożony jest kolejny symboliczny i silny przekaz ruchu. Buty. To odwołanie do setek tysięcy Albańczyków, którzy musieli opuścić kraj w poszukiwaniu lepszego życia. Protestujący obwiniają za to rządzące elity. Albania przeżywa jeden z największych kryzysów depopulacji na świecie. Od upadku dyktatury opuściło kraj według lokalnego urzędu statystycznego około dwóch milionów ludzi. W zagranicą żyje tyle samo osób z albańskim obywatelstwem, co w samym kraju. I wielu z nich spotykam także w śród protestujących. Organizatorzy wzywają, by przybyli ich wesprzeć, i wydaje się, że przybywają tłumnie.
Niewolnicy i turyści. To są Albańczycy, mówi mi jeden znajomy Albańczyk, który wyemigrował na Słowację. Niewolnicy to ci, którzy zostali w kraju i pracują czasami za symboliczne wynagrodzenie – głównie dla państwa, a turyści to ci, którzy musieli znaleźć nowy dom za granicą.
Pod oknami premiera zawieszony jest też plakat z dziesięcioma punktami żądań protestujących. Pierwszym jest ochrona dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego, kolejne to reforma systemu konstytucyjnego i wyborczego. Sprawiedliwość, odpowiedzialność i przejrzystość odnoszą się do zarzutów korupcyjnych, które towarzyszą także projektowi rodziny Trumpa. I oczywiście służba zdrowia, zabezpieczenia socjalne, pomoc w walce z kryzysem gospodarczym. Plakat jest w języku angielskim, by przekaz dotarł także do zagranicznych mediów: „Ludzie decydują. Naszą siłą jest nasza jedność. Razem zmienimy Albanię.” Reformy mają przygotować tymczasowe rządzenie, tak przynajmniej wyobrażają to protestujący. Krytycy protestów twierdzą, że nie mają oni żadnego programu, żadnego lidera, politycznego poparcia czy reprezentacji. Są przecież przeciwko całemu składzie parlamentu. Niektórzy protestujący w gniewie mrukną „że najchętniej spaliliby go jak w Nepalu”. I chociaż spotkania pozostają raczej pokojowe, gniew i frustracja przecinają tłum niczym główna arteria komunikacyjna Tirany. Impulsywność i apatia polityczna należą do charakterystyki tego ruchu.
Najczęstszy okrzyk z tłumu to: „Rama, odejdź”. Ten jeszcze się nie wybiera, a broni krytykowanych projektów jako ważnej inwestycji w albańską gospodarkę i przyszłość. Nawet oskarżył protestujących o „faszystowską mentalność”, bo bronią kapitału zagranicznego. Gdy przechodzę przez tłum i rozmawiam z mieszkańcami, mówią mu, że zachowuje się jak „faszysta”.
Jak nie jeden polityk wschodnioeuropejskiego pokroju, widzi za buntem zagranicę. Od Grecji, która zazdrości Albanii rosnącego ruchu turystycznego, po Iran, któremu przeszkadza bratranie się z Donaldem Trumpem. Paradoksalnie, to jedna z nielicznych rewolucji, którą można przypisać także Stanom Zjednoczonym.
Hniew się wybuchł właśnie po ujawnieniu działań syna prezydenta, a równocześnie Stany Zjednoczone od dawna są w tej części świata dość popularne. To dlatego, że pomagają w transformacji ku demokracji, ale przede wszystkim bronią Albańczyków w wojnie z Serbią i siłami NATO na Kosowie. Na przykład w sondażu Gallupa z końca ubiegłego roku, po pierwszym roku administracji Donalda Trumpa, tylko Polska (68 %) i Albania (64 %) były jedynymi krajami NATO, w których USA cieszyły się dużą popularnością – podczas gdy w innych krajach spadły do historycznie niskich poziomów. To jednak było jeszcze przed wojennymi przygodami Trumpa i przed uruchomieniem projektu Kushnera.
USA mimo wszystko wciąż są tu dość popularne. W śród czerwono-czarnych flag czasami mignie także ta amerykańska. Albańczycy, z powodu projektu rodziny Trumpa, znaleźli się podzieleni między miłością do ojczyzny i do Ameryki. Na razie zdecydowali, że te dwie nie muszą się wykluczać.
Ma tylko 17 lat, uczennica liceum Lusi, trzyma nad głową obrazek, na którym premier Rama jest przedstawiony jako wampir, gryzący się w szyję Donalda Trumpa. „Lubię słuchać metalu, dlatego stworzyłam plakat na podstawie albumu Bloody Kisses (krwiste pocałunki, od amerykańskiego zespołu metalowego Type O Negative, przyp. autora), ale nazwałam go Bloody Corruption (Brzydka korupcja),” opisuje plakat Lusi. Obraca go na drugą stronę, która jest zainspirowana albumem Master of Puppets (Mistrz marionetek) od Metallici. „Przemianowałam go na Master of Corruption (Mistrz korupcji). Na nim jest Edi Rama, a w tle wszyscy jego skorumpowani przyjaciele. W zasadzie o tym są te protesty,” dodaje. Na demonstracji jest już prawie dwudziesty raz, więc jest tu od prawie początku. „Cała kraj jest w kryzysie. Ta korupcja jest wszędzie. Nie tylko w polityce, na przykład też w szkołach. I każdy powinien tu przyjść. To dotyczy nas wszystkich,” mówi, a w jej głosie słychać młodzieńczą odwagę. Jest tu z siostrzeńcem, bratem i 19-letnim kuzynem Islim – który przyjechał z Piemontu na północy Włoch na protesty. „Premier nic nie zrobił dla naszego kraju, tylko doprowadził go do kryzysu. Będziemy tu, dopóki nie odejdzie ze stanowiska i nie zastąpi go ktoś lepszy,” mówi.
Również dziś dziesiątki protestujących na drodze, która jeszcze kilka godzin temu była świadkiem słynnych korków w mieście, trzymają w rękach makiety flamingów. Maszerują w rytm bębnów i skandują antyrządowe hasła.
Wśród nich jest także 46-letni Amir Kulla z Tirany, który jest tu prawie od pierwszego dnia. „Chcą tam wybudować wille i ośrodki dla niesamowicie bogatych ludzi. Bardzo, bardzo mała mniejszość mieszkańców tej planety. I dlatego chcą zniszczyć ekosystem. Gdy tam zaczną się budowy, nie będzie już flamingów, żółwi morskich ani ptaków. Wszystko zniknie. Widzieliśmy to też w innych miejscach w Albanii. Gdy zaczyna się taka brutalna budowa, kończy się to zniszczeniem przyrody,” wyjaśnia mi Amir, oparty o makietę flaminga. „Myślę, że (Jared Kushner) ma dość dużą własną kraj, niech niszczą swoją, a naszą nie. Jesteśmy małym krajem. A te flamingi – jeśli zniszczymy tę lagunę, nie będą miały innego miejsca, gdzie mogłyby odpocząć. To ostatnie tego typu miejsce w Europie,” dodaje.
Przypomnijmy, że oprócz tego, iż albańskie społeczeństwo jest mocno prozachodnie i proamerykańskie, jest jeszcze bardziej proeuropejskie. Socjaliści wygrali wybory przed rokiem głównie dlatego, że obiecywali wejście kraju do Unii Europejskiej do 2030 roku. Wydaje się, że ten cel może się spełnić. Poparcie dla wejścia do UE jest ogromne. Według sondażu Eurobarometru z września 2025 roku, wynosiło 92%. A w tłumie widać także flagę europejską i niebieskie transparenty z gwiazdami UE.
To, że Rama w czasie, gdy setki tysięcy buntują się przeciwko całej obecnej elicie politycznej, jeździ po Europie, spotyka się z liderami europejskimi w Gdańsku i przyjmuje prezydenta Francji Emmanuela Macrona, budzi zdziwienie. Protestujący nadal czekają na bardziej wyraźne wsparcie z metropolii europejskich i z Brukseli.
Trzydziestodziewięcioletnia Eyi Kociu trzyma plakat z Rama ubranego w kobiece stroje obok prezydenta Francji. „Miłość w czasach cholery,” opisuje mi go. Gdy nie jest na proteście, oprowadza turystów po Tiranie, skąd pochodzi. Uczestniczy w nich od pierwszego dnia. „To obrzydliwe. Nie tylko dla mnie, ale też w związku z pozycją pana Macrona. Życzyłabym sobie, żeby się z nim nie spotykał, bo nie zasługuje na to, by być jego przyjacielem,” komentuje wczorajsze spotkanie w Paryżu. Gdy pytam, co by Macronowi powiedziała, odpowiada stanowczo i bez śladu uśmiechu czy ironii: „Powiedziałabym mu: trzymaj się z daleka. To będzie dla ciebie lepsze. Także dla Albanii.”
Blloku, Anioł i Ivanka jak Krzysztof Kolumb
Krótko przed dziesiątą tłum rusza na regularny pochód ulicami miasta. „Przyszła wasza koniec,” mówią jego uczestnicy. Jeszcze przez chwilę idę z nimi, podobnie jak policjanci i kamerzyści telewizyjni. Jednak przed północą muszę wrócić do Blloku, rano znów jadę na południe kraju. Blloku jest dziś tętniącym życiem centrum nocnego życia. Znowu rozmyślam, jak to tu pewnie wyglądało pół wieku temu, gdy nikt nie mógł tu tak po prostu wejść. Kończyłoby się na pierwszym punkcie kontrolnym i nie wiadomo, gdzie potem.
W moim plecaku mam książkę Free, w której autorka Lea Ypi opisuje, jak wyglądało jej dzieciństwo w tym odizolowanym bloku, w kraju, który był jednym z najbardziej odciętych od Europy, i przejście do nowego systemu społecznego. Przy willi premiera Mehmeta Szehu, najbliższego współpracownika Hodży, przypominam sobie inną historię z wnętrza Blloku. Szehu był przez całe życie najbliższym sojusznikiem dyktatora, a choć nigdy mu się nie sprzeciwił, za to przyjaźń zapłacił życiem w 1981 roku. Oficjalnie popełnił samobójstwo, Hodża po śmierci uczynił z niego zdrajcę.
Gdy rano znów wsiadam do balkanskiego mikrobusu, w myślach odtwarzam rozmowy z ludźmi, których spotkałem. W tłumie dominowali głównie młodsi i ludzie w średnim wieku. Ale znalazłyby się też starsze osoby, niektórzy może mieszkali w Blloku, inni nie mogli się do niego nawet zbliżyć.
W małej furgonetce jadę na wyspę Sazan. Polubiła ją także Ivanka Trump, gdy poszła popływać ze swojej milionerskiej jachty i „odkryła” naturalny klejnot. Albańczycy bardzo dobrze ją znają, „odkrycie” miało miejsce raczej po stronie jej milionerskich i miliarderów przyjaciół. Nakręciła o niej też film.
„Odkryła wyspę, którą nasz kraj chroni i zarządza od wielu lat. Pływała do wybrzeża, bosymi stopami wspięła się na szczyt i teraz chce ją mieć. Tak, chce ją mieć. To zupełny nonsens. Nie wiem, czy nazwać to głupotą. To coś niespotykanego. Pewnie muszą być Krzysztofami Kolumbami w roku 2026, gdy tak odkrywają wyspy,” myślę, słysząc słowa 20-letniego Aniela Prengu, studenta, którego spotkałem podczas protestu.
Wyspa rodziny Trumpa
Nie wszędzie jednak fundusz Jareda Kushnera z saudyjsko-arabskimi inwestycjami odniósł sukces. Gdy w zeszłym roku chciał budować luksusowy hotel i apartamentowiec w serbskiej Belgradzie (projekt również obciążony oskarżeniami o rozległą korupcję), wywołało to falę masowych protestów. Trump Tower Belgrade miał stanąć na miejscu zniszczonego kompleksu byłej Dowództwa Armii Jugosławii w centrum Belgradu. Memento krwawych wojen bałkańskich, operacji NATO. Chociaż ten projekt ostatecznie zatrzymano, po tych i następnych protestach nic się w krajach nie zmieniło. A Jared Kushner, którego majątek za czasów prezydenta Trumpa astronomicznie wzrósł, podróżuje po Moskwie i Bliskim Wschodzie. Negocjuje umowy – których trwałość jest równie smutna jak jego projekty nieruchomości.

Wsiadam do szybkiego vana i za kilka dziesiątków minut jestem na wyspie Sazan na styku Morza Adriatyckiego i Egejskiego. Wyspa, którą chce sobie przywłaszczyć rodzina Trumpa i ich oligarchiczni przyjaciele. Podziwiając piękne plaże, rozumiem, dlaczego chcą mieć ją tylko dla siebie. I ja nie mogę się oprzeć i zanurzam się w przejrzystej wodzie, będącej domem dla rzadkiego życia. Wyspa i okolice są na razie dostępne publicznie, co lato przyjeżdżają tu tysiące ludzi. Dostają się tylko łodziami.
Rząd argumentuje, że Jared Kushner przywiedzie do obszaru elitarny turystykę. Inwestuje co najmniej cztery miliardy euro w kraj, którego PKB wciąż wynosi około 27-28 miliardów. Elitarny turystyka jednak oznacza też, że zwykły Albańczyk już tu nie zajrzy.
Nie, żeby Albańczycy nie chcieli turystów. Wręcz przeciwnie, wiedzą, jak ważny jest dla nich ruch turystyczny. Nie chcą być wiecznym skansenem przerażającej przeszłości. „Te piękności chcemy nie tylko dla siebie, chcemy je pokazać także wam,” mówi mi podczas rejsu na wyspę dwudziestolatek Armando. Wyspa, na którą docieramy, jest jednak także skansenem tej przytłaczającej przeszłości. Pokryta tysiącami bunkrów i tuneli, kiedyś służyła jako baza wojskowa reżimu Hodży. Ten wybudował w całej Albanii prawie 200 tysięcy takich bunkrów. Pracownik wojskowego obiektu (wciąż jest to obiekt pod wojskową kontrolą) odwraca się do mnie na jednej z dróg i mówi surowo: „Nie wolno dalej iść.”
Przed pół wiekiem żyło tu tysiące ludzi – żołnierzy i ich rodzin. Pozostały po nich zniszczone budynki, żelazne urządzenia sterczą jak zardzewiałe wspomnienie w tym małym porcie. I oczywiście, pozostałości propagandowych malowideł. Teraz na wyspie elitarne towarzystwo może się odnowić na nowo.
„Zmienimy ich projekt, by go anulowali. Zmienimy rząd, by ustąpił, nie bójcie się. Jeśli nie teraz, to później,” mówił mi Aniel. Na głowie miał tradycyjny albański nakrycie głowy plis i w rękach mocno trzymał ogromną albańską flagę. Na proteście była to jedna z najbardziej wyrazistych. Na odjeździe zapytałem go, jak to jest mieć imię „anioł”. „To chyba przeznaczenie,” uśmiecha się.