Dlaczego Zachód nadal nie rozumie roli Białorusi w wojnie Rosji
New Eastern Europe
Percepcje Zachodu na temat Białorusi nadal pozostają w chmurze niepewności. Pomimo jej powiązań z trwającą wojną na Ukrainie. Zrozumienie nadziei społeczeństwa białoruskiego będzie kluczowe dla właściwego zaangażowania się w kraj, gdy konflikt ostatecznie się zakończy.
Alaksandar Klacko wspomina pierwsze dni pełnoskalowej inwazji Rosji bez żadnego romantyzmu. Dla niego wojna rozpoczęła się w momencie, gdy zdał sobie sprawę, że pociski uderzające w ukraińskie miasta są wystrzeliwane z terytorium jego własnego kraju. Wkrótce potem dołączył do białoruskich ochotników z Pułku Kalinouskiego walczących po stronie Ukrainy. Później został ranny i obecnie mieszka na Litwie.
"Zrozumieliśmy, że bronimy nie tylko Ukrainy. Bronimy także przyszłości Białorusi," mówi.
Jego historia oddaje sprzeczność, która kształtowała Białoruś od lutego 2022 roku. Z jednej strony, Białoruś stała się kluczową bazą zaplecza dla inwazji Rosji: rosyjskie wojska atakowały Kijów z jej terytorium, białoruska infrastruktura wspiera logistykę rosyjską, sprzęt wojskowy jest tam naprawiany, a rosyjscy żołnierze otrzymują leczenie w białoruskich szpitalach. Z drugiej strony, tysiące Białorusinów zgłosiły się jako ochotnicy, aby pomóc ukraińskim uchodźcom, setki dołączyły do ukraińskich jednostek wojskowych, a niezależne badania konsekwentnie wykazywały silny sprzeciw wobec bezpośredniego wejścia Białorusi do wojny.
Jednak ta różnica w dużej mierze zniknęła z analizy zachodniej.
Białoruś jest coraz częściej przedstawiana jako niewiele więcej niż przedłużenie rosyjskiej polityki zagranicznej. Odzwierciedla to niezaprzeczalną rzeczywistość: reżim Łukaszenki stał się głęboko zintegrowany z wysiłkiem wojennym Rosji, a na mocy prawa międzynarodowego Białoruś jest współwinną agresji przeciwko Ukrainie. Ale to także zachęciło do szerszego założenia – że interesy reżimu, państwa białoruskiego i społeczeństwa białoruskiego są w zasadzie takie same.
To założenie zaciemnia jedną z najważniejszych dynamik politycznych wewnątrz Białorusi. Podczas gdy reżim wspierał inwazję Rosji, społeczeństwo białoruskie w dużej mierze odrzuciło bezpośredni udział w wojnie. Zrozumienie tej luki jest kluczowe nie tylko dla interpretacji decyzji Łukaszenki, ale także dla myślenia o miejscu Białorusi w przyszłej architekturze bezpieczeństwa Europy.
Partycypacja Białorusi w wojnie Rosji to tylko jedna część historii
W ostatnich tygodniach ponownie pojawiło się pytanie o rolę Białorusi w wojnie. Po tym, jak prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył, że Rosja korzystała z systemów nawigacji i komunikacji znajdujących się na terytorium Białorusi do ataków na Ukrainę, publicznie zażądał od Aleksandra Łukaszenki zaprzestania ich operacji, grożąc zniszczeniem tych obiektów. Chociaż Zełenski później poinformował, że sprzęt został wyłączony, sytuacja ta ponownie przywróciła Białoruś na nagłówki międzynarodowych mediów i odrodziła znane pytanie: czy Mińsk może stać się bezpośrednim uczestnikiem wojny?
Takie pytania pojawiały się regularnie od lutego 2022 roku. Za każdym razem, gdy Rosja zwiększa aktywność wojskową lub odbywają się duże ćwiczenia na terytorium Białorusi, analitycy zachodni ponownie dyskutują o prawdopodobieństwie nowej ofensywy z północy Ukrainy. Białoruś jest postrzegana głównie jako potencjalny rosyjski punkt wyjścia wojskowego.
To ujęcie jest całkiem zrozumiałe. Jeśli oceniać wyłącznie na podstawie działań państwa białoruskiego, Białoruś rzeczywiście stała się jednym z najważniejszych elementów rosyjskiej kampanii militarnej.
W styczniu i lutym 2022 roku, pod pretekstem wspólnych ćwiczeń, na terytorium Białorusi zgromadzono około 30 000 rosyjskich żołnierzy. To stamtąd rozpoczęła się ofensywa na Kijów — najkrótsza trasa inwazji, na którą rosyjskie dowództwo postawiło szczególne zakłady. Rosyjskie wojska korzystały z białoruskich lotnisk w Machuliszczach, Baranowiczach i Lidzie, a także z radarów i infrastruktury transportowej. Według ukraińskiego monitoringu, w pierwszych miesiącach wojny wystrzelono z terytorium Białorusi co najmniej 631 pocisków w kierunku ukraińskich miast.
Współpraca nie ograniczała się do pierwszych tygodni inwazji. Białoruś przekazała część swojego sprzętu i amunicji z zapasów do Rosji, zapewniła przedsiębiorstwa do naprawy uszkodzonego sprzętu, udostępniła trasy kolejowe do zaopatrywania rosyjskich wojsk i stopniowo stała się ważnym elementem rosyjskiego zaplecza wojskowego. Według ukraińskiego wywiadu, dziś ponad pięćset białoruskich przedsiębiorstw w różny sposób uczestniczy w produkcji wyrobów dla rosyjskiego przemysłu wojskowego — od elektroniki i optyki po naprawę broni i produkcję komponentów.
Kolejnym symbolem tej zależności była rozmieszczenie rosyjskich taktycznych broni jądrowych. Po raz pierwszy od upadku Związku Radzieckiego, Białoruś ponownie stała się krajem, na którego terytorium znajdują się rosyjskie głowice jądrowe. Wspólne ćwiczenia z użyciem broni niestrategicznej tylko utwierdziły tę rolę w strategii szantażu nuklearnego Moskwy.
Jeśli patrzeć tylko na te fakty, wniosek wydaje się oczywisty.
Białoruś jest jednym z kluczowych sojuszników Rosji w tej wojnie.
„Białoruś udostępnia swoje terytorium, infrastrukturę i zasoby armii rosyjskiej. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego oznacza to współwinną agresji. Nie ma tu dwóch interpretacji,” mówi były dyplomata białoruski Pavel Slunkin.
Ale to właśnie tutaj, jego zdaniem, zachodnia analiza często robi krok dalej, który nie jest już tak oczywisty.
Ze względu na udział reżimu białoruskiego w wojnie, automatyczny wniosek jest taki, że interesy Moskwy i Mińska całkowicie się pokrywają.
„To najczęstszy błąd,” mówi Slunkin. „Tak, Rosja i Białoruś są w tym samym obszarze militarnym. Tak, reżimy się wspierają. Ale to nie oznacza, że ich interesy w pełni się pokrywają.”
Ta konkluzja ma nie tylko znaczenie akademickie.
Rzeczywiście, bezpośrednio wpływa na to, jak Europa ocenia ryzyko dalszej eskalacji wojny.
Jeśli Białoruś całkowicie utraciła swoją autonomię i wszystkie decyzje w Mińsku podejmowane są przez Kreml, nasuwa się oczywiste pytanie: dlaczego przez ponad trzy i pół roku wojny armia białoruska ani razu nie przekroczyła ukraińskiej granicy?
To pytanie jest szczególnie istotne dziś, gdy aktywnie dyskutuje się w środowisku ekspertów o możliwości ponownego użycia terytorium Białorusi.
Odpowiedź nie jest taka, że Aleksandr Łukaszenka nagle okazał się bardziej niezależnym politykiem, niż się powszechnie uważa.
Według Slunkina, białoruski przywódca działa głównie zgodnie z logiką własnego przetrwania politycznego.
„Dla Łukaszenki obecny model jest niemal idealny. Dostarcza Moskwie niemal wszystkiego, oprócz najdroższego zasobu — własnej armii. Utrzymuje lojalność wobec Kremla, ale jednocześnie unika decyzji, które mogłyby zdestabilizować sytuację wewnątrz kraju.”
A sedno jest nie tylko w politycznych kalkulacjach Łukaszenki. Samo Moskwa, według Slunkina, nie jest szczególnie zainteresowana zmianą obecnej formuły udziału Mińska. Gdy w 2022 roku decydowano o wysłaniu białoruskich wojsk, Kreml był przekonany, że operacja zakończy się szybko i samodzielnie — nie było potrzeby dzielenia się przyszłym zwycięstwem z sojusznikiem. Od tego czasu kalkulacje się zmieniły, ale wniosek pozostał ten sam: Rosja nie potrzebuje 15-20 tysięcy niezmotywowanych białoruskich żołnierzy przeciwko ukraińskiej armii, która przez trzy lata wojny zdobyła bezkonkurencyjne w Europie doświadczenie bojowe. Bezpieczne zaplecze jest dla Moskwy znacznie cenniejsze: rafinerie ropy, które nie są bombardowane, lotniska i szpitale, które funkcjonują bez zagrożenia atakami, magazyny i logistyka, które po prostu działają bez awarii. Dodatkowo, pozycja Białorusi pozostaje dodatkowym narzędziem nacisku na państwa bałtyckie i Polskę. Zamiana tego cichego schronienia na garść dodatkowych bagnetów, które uczyniłyby Białoruś samą legitymizowaną cel wojskową dla Ukrainy, z punktu widzenia Kremla byłaby po prostu bezcelowa.
To tutaj widać różnicę między reżimem a społeczeństwem.
Łukaszenka nie odmówił udziału w wojnie. Odmówił tylko formy udziału, która mogłaby zagrozić stabilności jego własnej władzy.
Aby zrozumieć, dlaczego to ryzyko okazało się tak poważne, konieczne jest spojrzenie poza sam reżim i na społeczeństwo białoruskie — tę część Białorusi, która praktycznie zniknęła z zachodniej dyskusji o wojnie.
Reżim wszedł do wojny. Społeczeństwo nie
Jednym z okoliczności, które zachodnie rozważania o Białorusi niemal całkowicie pomijają, jest opinia publiczna.
W państwach autorytarnych opinia publiczna jest często ignorowana. Gdy jedna osoba podejmuje wszystkie kluczowe decyzje, wydaje się logicczne skupiać wyłącznie na jej motywacjach. Jednak w przypadku Białorusi to właśnie postawy społeczne w dużej mierze wyjaśniają, dlaczego udział kraju w wojnie okazał się znacznie ograniczony niż wielu oczekiwało na wiosnę 2022 roku.
Nezależne badania socjologiczne konsekwentnie odnotowują ten sam trend: większość Białorusinów nie popiera bezpośredniego zaangażowania swojego kraju w wojnę na Ukrainie.
Zgodnie z najnowszymi badaniami Chatham House i Centrum Nowych Idei, tylko 14 procent respondentów wyraża bezpośrednie poparcie dla rosyjskiej inwazji, podczas gdy ogólnie około jedna trzecia (27 procent) aprobuję lub raczej aprobuję działania militarne Rosji. Jeszcze bardziej wymowne jest nastawienie do ewentualnego wysłania białoruskiej armii na Ukrainę: tylko dziewięć procent Białorusinów uważa, że ich armia powinna wziąć udział w wojnie.
Na pierwszy rzut oka wygląda to paradoksalnie. Społeczeństwo białoruskie pozostaje jednym z najbardziej prorosyjskich w Europie. Na dzień listopada 2025 roku, 44 procent Białorusinów popiera unijną więź geopolityczną z Rosją. Dla znacznej części populacji jest to główny partner polityczny i kulturalny. Jednak ta sympatia niemal nie przekłada się na poparcie dla wojny.
Białoruska socjolożka Daria Urban wyjaśnia, że to tutaj wielu zewnętrznych obserwatorów popełnia podstawowy błąd:
„Na Zachodzie często panuje uproszczona logika: jeśli Białorusini mają pozytywne nastawienie do Rosji i wybierają sojusz z nią, to automatycznie muszą popierać rosyjską wojnę. Ale tak nie jest. Wysoka liczba zwolenników unii z Federacją Rosyjską w dużej mierze wynika z braku innych wyborów. W warunkach totalnej izolacji, Rosja jest postrzegana jako najmniejszy opór, jako jedyna namacalna rzeczywistość, a nie jako świadomy wybór ideologiczny na rzecz wojny.”
Według Urban, nastawienie Białorusinów wobec Rosji i ich stosunek do wojny istnieją na zupełnie różnych płaszczyznach:
„Społeczeństwo nie jest socjologicznie monolityczne; różne grupy ludzi żyją na niepokrywających się płaszczyznach informacji i wartości. I fakt, że ktoś nie chce, aby jego kraj poszedł na wojnę, nie oznacza automatycznego legitymizowania Łukaszenki. Białorusini mentalnie nie są gotowi wejść w ten konflikt. Mamy popularne wyrażenie „nigdy więcej” zakorzenione na poziomie podświadomości, więc ludzie masowo nie pójdą walczyć.”
W jej ocenie prawda leży gdzieś pośrodku. Średni obywatel dostosowuje się do systemu nie z miłości do niego, lecz z powodu braku alternatywy: sam Łukaszenka również nie chce bezpośredniego udziału swojej armii, ale pozwala reżimowi uczestniczyć w wojnie tylko w takim zakresie, aby nie wymagało to mobilizacji społeczeństwa. Przedstawia tę linię jako swoje główne osiągnięcie — rzekomo „zachował pokój”.
„Większość ludzi postrzega Rosję jako bliski kraj, ale jednocześnie kategorycznie nie chce, aby Białoruś stała się bezpośrednim uczestnikiem działań wojennych. Dla ludzi to są zupełnie różne, niezwiązane ze sobą pytania.”
Po masowych protestach w 2020 roku, reżim Aleksandra Łukaszenki znalazł się w głębokim kryzysie legitymizacji. Pełnoskalowa inwazja Rosji nie przywróciła go automatycznie. Raczej pojawił się nowy, niewypowiedziany społeczny kompromis: wielu było gotowych tolerować kontynuację autorytarnego rządu tylko pod warunkiem, że Białoruś nie zostanie bezpośrednio wciągnięta do wojny.
Dlatego Łukaszenka znalazł się w podwójnej pozycji: Moskwa oczekuje maksymalnego wsparcia, ale decyzja o wysłaniu armii oznaczałaby kolizję z nastrojami własnego społeczeństwa.
To nie oznacza, że opinia publiczna decyduje o polityce reżimu autorytarnego.
Ale determinuje cenę decyzji politycznych.
Dlatego, jak wyjaśnia Pavel Slunkin, odmowa bezpośredniego udziału armii nie powinna być postrzegana jako przykład niezależnej polityki zagranicznej Mińska.
„To była decyzja nie w interesie Ukrainy, a nawet nie w interesie Europy. To była decyzja w interesie utrzymania władzy.”
W rezultacie powstała sytuacja, która słabo wpisuje się w schemat znany z zachodnich analiz.
Reżim białoruski stał się pełnoprawnym uczestnikiem rosyjskiej machiny wojennej.
Społeczeństwo białoruskie nie.
To sprzeczność wyjaśnia wiele z tego, co wydarzyło się w kraju przez ostatnie trzy lata: od masowej niechęci do walki po rosnącą popularność narracji, że Łukaszenka rzekomo „zachował pokój” dla Białorusi.
Ale jeśli społeczeństwo tak bardzo różni się od reżimu, to dlaczego Zachód nadal postrzega Białoruś jako tylko jeden monolityczny obiekt?
Daria Urban wyjaśnia źródła tej ślepoty poprzez sposób, w jaki Zachód w ogóle konstruuje informacje o regionie:
„Ostatnio przeprowadziliśmy badanie wizerunku medialnego Białorusi i odkryliśmy straszną rzecz: Białoruś nie ma wyraźnego obrazu w Zachodzie. Jej społeczeństwo jest postrzegane jako jakiś monolityczny organizm, całość. Nie ma wyraźnej stanowiska; o Białorusi pisze się rzadko. Ale radziłabym zachodnim analitykom i politykom, aby przyjrzeli się społeczeństwu białoruskiemu szczegółowo, aby zrozumieć, jakim naprawdę jest społeczeństwem.”
Analiza zachodnia od trzech lat sprowadza cały kraj do rozmiaru bunkra Łukaszenki, bo tak jest łatwiej. Łatwiej nałożyć ogólne sankcje na monolit niż radzić sobie z odcieniami szarości. Dla Europejczyka wychowanego w państwie prosperującym, z prawem i porządkiem, fizycznie trudno wyobrazić sobie tkankę życia w totalnym strachu. Ochotniczka Katsiaryna Shulhan jeszcze ostrzej widzi tę różnicę między zachodnimi percepcjami a rzeczywistością Białorusi:
„Chciałabym, żeby Zachód w końcu zrozumiał: Białoruś to pełnoprawna dyktatura w samym centrum Europy. Ale żeby to pojąć, trzeba naprawdę zrozumieć, co oznacza dyktatura. Gdy mówimy Europejczykom, że wolność słowa została zniszczona, a ludzie masowo są więzieni, kiwają głowami, ale oceniają to według własnych kategorii. Nie rozumieją, jak źle jest i jak ciężko żyć Białorusinom z tym. Ludzie wychowani w zdrowym społeczeństwie po prostu nie są w stanie zejść na ten poziom zrozumienia. Dla nich to jest jakaś abstrakcja — tak, bezprawie, tak, sądy działają przez telefon… To samo z wojną: dopóki nie dotrze do twojego domu, nie jesteś w stanie w pełni uwierzyć, że to możliwe. Tak samo z naszą dyktaturą: to, co stało się codzienną normą przetrwania dla Białorusina, dla Europejczyka jest ekstremalnym, niewyobrażalnym koszmarem.”
Ta niezdolność do „zejścia na poziom zrozumienia” białoruskiej „niewolności” prowadzi do rzeczywistości, w której nawet obraz prawny wojny na Zachodzie zastępowany jest hasłami plakatowymi. Słowo „współsprawca” staje się synonimem pełnoprawnego uczestnika wojny; „brak protestów na ulicach” zamienia się w „społeczeństwo się zgadza”; a zamknięty, represyjny kraj, w którym nawet zadanie pytania socjologowi jest niebezpieczne, zaczyna być postrzegany jako kraj, w którym wszyscy rzekomo nie dbają.
Daria Urban dostrzega w tym bardziej szczegółowy, niemal codzienny błąd — związany nie z propagandą, lecz z własną polityką Zachodu. Wzrost sympatii do unii z Rosją w ostatnich badaniach, według niej, wcale nie oznacza, że Białorusini masowo zakochali się w tej unii.
„Jeśli społeczeństwo skłania się ku unii z Rosją, to nie oznacza, że ją popiera,” wyjaśnia. „To po prostu oznacza, że Europa odcięła się od nich: wizy, konta bankowe, jakiekolwiek legalne sposoby dotarcia na Zachód stały się praktycznie niedostępne dla zwykłych Białorusinów. A Rosja jest po prostu najmniejszym oporem, gdy nie ma innej drogi.”
Ponieważ Europa odgradza się od zwykłych Białorusinów za pomocą ogólnych sankcji, surowych ograniczeń wizowych i zamkniętych granic, coraz trudniej jest ludziom wewnątrz kraju zrozumieć, czym naprawdę jest demokracja. Nie da się szczerze przyjąć i pokochać wartości demokratyczne, studiując je wyłącznie z zagranicznych podręczników.
„Aby zrozumieć i zaakceptować wartości demokratyczne, Białorusini potrzebują na własne oczy zobaczyć społeczeństwo prawa, podróżować i komunikować się,” mówi. „Bariery ze strony UE tylko utrzymują sytuację w dyktaturze.”
Nieznana Białoruś
Jeśli patrzeć tylko na państwo, obraz wydaje się prosty. Ale przesunięcie uwagi z reżimu na społeczeństwo ujawnia sprzeczności, które rzadko pojawiają się w zachodnich analizach.
Od początku wojny pełnoskalowej, na ukraińskiej stronie walczyło kilkaset białoruskich ochotników. Dokładna liczba jest niemożliwa do ustalenia; wielu pozostaje anonimowych, by chronić bliskich wciąż mieszkających na Białorusi. Jednocześnie, badacze szacują, że jeszcze więcej obywateli Białorusi walczy za Rosję. Ten niewygodny fakt nie może być zignorowany.
Społeczeństwo białoruskie jest podzielone. Ale linia podziału nie przebiega tam, gdzie często wyobrażają to sobie zagraniczni obserwatorzy.
Aleksandr przybył na Ukrainę zaledwie kilka dni po rozpoczęciu inwazji.
"Dla mnie to był drugi policzek od reżimu Łukaszenki. Pierwszy był w 2020 roku, gdy sfałszowano wybory. Drugi, gdy moja ziemia została użyta do ataku na sąsiedni kraj. To jest mój dom. Nikt nie pytał mnie o zgodę."
Jego decyzja była również strategiczna.
"Zrozumiałem: jeśli Kijów upadnie, to Ukraina upadnie potem. A jeśli Ukraina upadnie, to dla mnie jako Białorusina, szansa na zobaczenie niepodległej Białorusi zniknie na dziesięciolecia."
Dla Aleksandra wojna nigdy nie była tylko o Ukrainie. To także walka o przyszłość Białorusi.
Dlatego sprzeciwia się coraz częstszemu opisowi Białorusi jako zwykłego agresora. Nie kwestionuje odpowiedzialności prawnej państwa białoruskiego. To, co go martwi, to fakt, że ludzie stojący za państwem zniknęli z pola widzenia.
Przypomina konferencję bezpieczeństwa europejskiego, na której zaapelował do uczestników, by nie popełnili „trzeciego błędu”.
"Nie wykluczajcie całkowicie Białorusi. Nie odrzucajcie setek tysięcy Białorusinów w kraju i na emigracji, którzy uważają reżim Łukaszenki za nielegalny i są gotowi sprzeciwić się rosyjskiej ekspansji. Ci ludzie mogą się okazać bardzo ważni w przyszłości."
Jego zdaniem, problem jest głębszy niż polityka.
"Niewiele się znamy. Ukraińcy słabo znają Białorusinów. Litwini słabo znają Białorusinów. Żyjemy obok siebie, ale prawie nic o sobie nie wiemy. A kiedy nie rozumiesz swojego sąsiada, zaczynasz wyciągać błędne wnioski."
Doświadczenie Katsiaryny Shulhan odzwierciedla inną stronę tej niewidzialnej Białorusi. W pierwszych dniach inwazji zgłosiła się jako wolontariuszka w Przemyślu, pomagając ukraińskim uchodźcom w tłumaczeniach, zakwaterowaniu i pomocy humanitarnej.
"Nie było ani jednej myśli o tym, kto jest winny," wspomina. "Musieliśmy działać w tej sytuacji, a nie rozstrzygać, kto ma rację."
Nigdy nie czuła potrzeby publicznego wyjaśniania, że sprzeciwia się wojnie.
"Cel był ważniejszy niż słowa," mówi.
Obecnie koordynuje pomoc dla białoruskich ochotników walczących na Ukrainie, łącząc ich z ukraińskimi organizacjami weteranów i pomagając im uzyskać wsparcie psychologiczne, prawne i medyczne. W tej pracy doświadczyła innej rzeczywistości, która często umyka uwadze Zachodu: Białorusini walczący za wartości, które Europa twierdzi, że broni, często wracają do niepewności prawnej, bez statusu weterana, pozwolenia na pobyt czy wsparcia instytucjonalnego.
Ta luka między reżimem a społeczeństwem znajduje odzwierciedlenie także w opinii publicznej. Pomimo lat represji i zniszczenia niezależnego życia politycznego, niemal każde niezależne badanie przeprowadzone od 2022 roku wykazuje konsekwentnie niski poziom poparcia dla bezpośredniego wejścia Białorusi do wojny. Nawet wielu Białorusinów o ogólnie pozytywnym nastawieniu do Rosji sprzeciwia się wysłaniu białoruskiej armii na Ukrainę.
Według byłego dyplomaty Pavla Slunkina, to właśnie jest często pomijane w zachodnich analizach.
"Gdy Białoruś jest postrzegana wyłącznie jako przedłużenie Rosji, społeczeństwo białoruskie znika. I wraz z nim znikają możliwości zrozumienia ograniczeń, w jakich podejmuje decyzje Łukaszenka."
Bez wątpienia, Białoruś stała się częścią rosyjskiej machiny wojennej. Ale społeczeństwo żyjące w kraju nadal kieruje się inną logiką polityczną.
Przyszłość Białorusi nie będzie zależała tylko od rosyjskich baz, rakiet czy infrastruktury wojskowej. Będzie także od milionów Białorusinów, którzy pozostaną, gdy wojna się skończy.
Jeśli zachodnie rządy nadal będą traktować Białoruś jako jednorodny obiekt polityczny, ryzykują wzmocnienie tego samego efektu, którego się obawiają. Społeczeństwo odcięte od Europy i izolowane przez bezwzględne polityki może stopniowo odchodzić w stronę Rosji, nie z przekonania, lecz dlatego, że nie pozostaje żadna znacząca alternatywa. Po Łukaszence, Europa może stanąć przed dokładnie tym Białorusią, którą już uważa za istniejącą: krajem całkowicie wchłoniętym w orbitę polityczną Moskwy, z niewielkimi więziami z Europą.
Ta więzienie, które z zewnątrz wygląda na czyste
Alaksandar Klacko przekroczył granicę w lutym 2022 roku, walcząc nie tylko o niepodległość Ukrainy, ale także o przyszłość Białorusi. W tym samym czasie Katsiaryna Shulhan stała po polskiej stronie tego samego konfliktu, pomagając ukraińskim uchodźcom w tłumaczeniach, zakwaterowaniu i pomocy humanitarnej. Nikt nie spodziewał się, że Zachód zauważy ich wybory. A jednak to właśnie takie wybory, a nie wypowiedzi Łukaszenki, będą kształtować to, co pozostanie z Białorusi, gdy reżim w Mińsku w końcu zniknie.
Czy Europa wysłucha prośby Aleksandra, by „nie wykluczać całkowicie Białorusi” i uzna pracę ludzi takich jak Kateryna, którzy od lat budują więzi między społeczeństwami, w których oficjalna dyplomacja zawiodła, będzie miało wpływ nie tylko na przyszłość Białorusi, ale także na bezpieczeństwo Europy. Jeśli Zachód nadal będzie oceniać cały naród przez mury jego więzienia, widząc tylko czystą fasadę, ryzykuje przeoczenie ludzi, którzy wciąż żyją za tymi murami. Na razie czas działa na korzyść Kremla. Ale wciąż jest czas, by spojrzeć poza mury, póki jeszcze są ludzie, z którymi można się zaangażować.
Viktar Baranau jest białoruskim politologiem, dziennikarzem śledczym i działaczem społecznym, obecnie mieszkającym w Polsce. Specjalizuje się w geopolityce Europy Wschodniej, bezpieczeństwie regionalnym i metodach wywiadu open-source (OSINT).