Jeszcze nie nowa historia: Węgry między liminalnością a kontrfaktycznością

New Eastern Europe
Jeszcze nie nowa historia: Węgry między liminalnością a kontrfaktycznością

Ostatnie wybory na Węgrzech zachęciły do debaty na temat kolejnych kroków kraju. Taka zmiana nastąpi nie tylko na najwyższych szczeblach, ale także w całym społeczeństwie, przy czym czynniki zarówno przeszłe, jak i obecne będą miały wpływ na tę transformację.

W kwietniu opublikowałem esej zatytułowany „Przemocowa niewinność i kruchość przejścia demokratycznego”. Dotyczył on tego, co się stało, gdy Węgry usunęły w drodze wyborów rząd, który przez szesnaście lat rozmontowywał instytucje mające go ograniczać. Komentowałem artykuł dr Zsolta Unoki, węgierskiego psychoanalityka, który odwołał się do koncepcji Christophera Bollasa „przemocowej niewinności”, aby zbadać, czy zwycięzcy mogą oprzeć się tym samym psychologicznym wzorcom, które ukształtowały reżim, który zastąpili.

Zakończyłem ten esej z ambicją: że tym razem wkład Węgier może być inny. Nie ostrzeżenie. Model.

Od kwietnia rozwijam projekt, który opisałem w tym eseju. Zaprosiłem historyków, dziennikarzy, naukowców i przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego do wspólnego obserwowania tego, co się dzieje, co stanie się z obietnicami złożonymi oraz jaki wpływ mają zmiany na kraj. Będziemy również przyglądać się, czy osoby sprawujące władzę są gotowe usiąść z pytaniami, które rodzą ich decyzje.

Ta praca wywołała pytanie, do którego ciągle wracam. Nie chodzi o to, czy mam prawo to robić i o kwestię legitymacji. Raczej o to, z jakiej pozycji mówię, i co ta pozycja pozwala mi zobaczyć, a czego nie widzieć?

Urodziłem się w Budapeszcie. W wieku dwóch lat przeprowadziliśmy się do Szwajcarii. Mój ojciec poprosił o azyl polityczny, gdy miałem dziesięć lat. Straciłem prawo nazywania się Węgrem. Dorastałem w Genewie, w dysfunkcyjnej rodzinie ukształtowanej przez traumę Holokaustu i przedwczesną śmierć mojego brata. Gdy miałem osiemnaście lat, rodzina się rozpadła. To, co nosiłem z Węgier, to język, ale ograniczona znajomość, słownictwo dziecka. Nie kultura, nie ciężar 1989, nie nadzieja lat postkomunistycznych, nie oszustwa, i nie powolne szkody lat Orbána.

Węgierscy przyjaciele nie pytali o moją legitymację. Zadali coś bardziej bezpośredniego. Błagali, żebym nie przyjeżdżał i nie mówił im, jak mają robić rzeczy. Bo wiedzą, że nie wiem. Nie wiem, przez jakie trudności przeszli, ani jaką cenę zapłacili. Nie wiem, jak to jest żyć z mentalnością ukształtowaną przez dziesięciolecia nauki, by bać się mówić. To nigdy nie było moim przypadkiem, choć czasami sprawiało mi to kłopoty. Błagają, żebym nie myślał, że kilka miesięcy w Węgrzech pozwoli mi to zrozumieć.

Czuję potrzebę zapewnienia tym, którzy myślą, że mogę. Nie. Wiem, że nie.

Inne doświadczenia życiowe nauczyły mnie, że zrozumienie jest opcjonalne. To, co jest konieczne, to być otwartym na naukę, obserwację, słuchanie i akceptację, że rzeczy są inne na sposoby, których być może nigdy nie zdołam w pełni zrozumieć.

A kiedy pytają mnie, dlaczego zapraszam współtwórców, którzy nie urodzili się na Węgrzech, którzy dorastali gdzie indziej, którzy wyjechali trzydzieści czy czterdzieści lat temu, odpowiedź jest powiązana. Wierzę, że

węgierskie dziedzictwo, choć niepełne, łączy nas z krajem w sposób, który nie jest patriotyczny w sensie, jaki nadał temu słowu Orbán. Jest cichsze niż to. Głębsze. Kraj to nie tylko miejsce. To punkt odniesienia, który kształtuje cię, nawet gdy przekaz został przerwany.

Ale jest jeszcze jeden powód. To, co dzieje się na Węgrzech, to nie tylko węgierska historia.

Chodzi o to, czy demokracja może się odrodzić po systematycznym rozmontowaniu. Czy instytucje można odbudować, gdy zostały opróżnione. Czy społeczeństwo może odzyskać zdolność do wyobrażania sobie czegoś innego po latach mówienia, że nic nie da się wyobrazić. To nie są węgierskie pytania. To pytania tego momentu, w wielu miejscach jednocześnie. Współtwórcy, którzy wnoszą inne odniesienia, inne doświadczenia kruchości demokracji, widzą rzeczy, których sama bliskość nie może ujawnić.

Im więcej pracuję nad tym projektem, tym bardziej wierzę, że model jest możliwy. Ale nie będzie gotowych odpowiedzi. To nie są problemy poszukujące rozwiązań, lecz prawdopodobnie próby rozwiązań, które same w sobie będą rodzić nowe problemy. Bo sytuacja jest unikalna, rodzi pytania, które są unikalne.

Pracując nad tym projektem, ciągle wracam do perspektyw dwóch myślicieli, którzy zdają się być przeznaczeni do wspólnej pracy nad tym, z czym dziś mierzą się Węgry.

Árpád Szakolczai jest węgierskim antropologiem politycznym, który przez całą karierę myślał o liminalności: stanie zawieszonym między tym, co było, a tym, co jeszcze nie nadeszło. Społeczeństwa w przejściu nie przechodzą z jednego porządku do drugiego. Utknęły na progu. Węgry można powiedzieć, że od 1989 roku są właśnie tam.

Mark Hunyadi jest filozofem urodzonym w Genewie, którego rodzice uciekli z Węgier. Jego główną koncepcją jest „przeciwfaktyczność”: zdolność dostrzegania luki między tym, co jest, a tym, co mogłoby być, co powinno być i na co się ma nadzieję. Dla Hunyadiego jest to sedno tego, co czyni nas moralnymi istotami. Bez tego nie możemy krytykować teraźniejszości. Nie możemy wyobrazić sobie alternatywy. A jeśli nie możemy wyobrazić sobie alternatywy, nie możemy jej zbudować.

Potrzebuję ich obu w moim projekcie. Może też potrzebują siebie nawzajem.

To, co ich łączy, poza oczywistym, to cel. Liminalność Szakolczai nie ma być trwała. To próg, który powinieneś przekroczyć, wychodząc ku czemuś bardziej świadomemu i bardziej solidnemu. Przeciwfaktyczność Hunyadiego nie ma być wieczna. Powinna prowadzić do konkretnych działań, a nie do wiecznego wątpienia. Celem obu, zarówno progu, jak i wyobraźni, jest nie pozostawać w nich, lecz przez nie przejść.

To samo ostrzegają oba, niezależnie od siebie. Gdy liminalność staje się trwała, gdy wyobraźnia przeciwfaktyczna nigdy nie prowadzi do rozstrzygających działań, społeczeństwo nie upada. Zamiast tego traci swoją duszę. Pozostaje na progu, nieustannie wyobrażając, ale nigdy nie docierając.

Przez ostatnie 37 lat Węgry uległy przemianom. Ale nie do końca w kierunku, w jaki ludzie mieli nadzieję po tym, co obiecało 1989. Z Orbánem można niemal powiedzieć, że mutacja poszła w odwrotnym kierunku. Przeciwfaktyczność to właśnie to, co mimo wszystko utrzymywało nadzieję na ukończenie.

Ruch Orbána polegał na zaoferowaniu fałszywego wyjścia. Dotarliśmy do celu. Przestańcie marzyć, jesteśmy tutaj! W pewnym sensie liminalność została zawieszona. Nałożył swoją zmianę, nie chcąc podjąć koniecznej pracy z krajem.

Teraz, po 12 kwietnia, liminalność Węgier została ożywiona na nowo. Obietnice zostały złożone. Długo wyczekiwana mutacja musi się rozpocząć, a naród chce wierzyć, że tym razem będzie to pełne. A przeciwfaktyczność musi zrobić coś, czego dotąd nie musiała — nie tylko wyobrażać sobie, że zmiana jest możliwa, ale także jak powinna wyglądać.

To jest to, co ten projekt próbuje obserwować. Nie tylko naprawę instytucji. Coś trudniejszego i dłuższego. Odbudowę zdolności społeczeństwa do wyobrażania sobie, czym chce się stać, a potem faktycznego osiągnięcia tego.

Żaden rząd nie może tego dokonać sam. Żadne wybory tego nie zapewnią. To jest powolne, kulturowe, niepewne. Może to być też jedyna rzecz, która w końcu się liczy.

Gabor Farkas prowadzi podcast inSUBSTANTIA. Rozpoczyna dokument, serię podcastów i książkę o Węgrzech po wyborach w 2026 roku, i w sierpniu 2026 roku przeprowadza się do Budapesztu.