Ślepe miejsce Serbii

New Eastern Europe
Ślepe miejsce Serbii

Upomnienie Strasburga i milczenie Ankary opisują tę samą pustkę.

W poprzednim Artykule w Nowej Europie Wschodniej, argumentowałem, że strategia leżąca u podstaw polityki zagranicznej Serbii - balansowanie między Brukselą, Waszyngtonem, Moskwą a Pekinem - została zbudowana dla permisywnego systemu międzynarodowego, który już nie istnieje. Początek lipca dwukrotnie dostarczył dowodu, z dwóch kierunków naraz. Tygodnie od tego czasu dostarczyły trzecie i czwarte potwierdzenie, i tym razem wybory były własne Belgradu.

 

8 lipca, w ciągu kilku godzin od siebie, dwie instytucje, które będą kształtować przyszłość Serbii, wydały werdykty, które wyglądały jak przeciwieństwa i miały ten sam skutek. W Strasburgu, Parlament Europejski przyjął swój najnowszy roczny raport o kraju, który został ponownie opracowany przez sprawozdawcę Tonino Piculę. Dokument ostrzegał, że pogłębiające się relacje bezpieczeństwa Belgradu z Pekinem są niezręczne w kontekście jego deklarowanej orientacji europejskiej. Najbardziej widocznym aspektem tego jest zakup chińskich pocisków powietrze-ziemia CM-400AKG, a kilka tygodni wcześniej potwierdzony zakup systemu obrony powietrznej o dłuższym zasięgu HQ-9, czyniąc Serbię pierwszym europejskim operatorem tego systemu. W Ankarze, gospodarzem tegorocznego szczytu NATO, liderzy Sojuszu spędzili dwa dni na temat inwestycji obronnych, produkcji przemysłowej i wsparcia dla Ukrainy. Ani razu nie wspomnieli o Serbii ani o Bałkanach Zachodnich w oficjalnym tekście szczytu.

 

Jedna instytucja wyróżniła Serbię jako problem. Druga nie uznała za warte wymienienia. Czytając razem, oba werdykty opisują jeden stan. Serbia wślizgnęła się w martwe pole europejskiej myśli o bezpieczeństwie: widoczna tylko wtedy, gdy robi coś złego, niewidzialna za każdym razem, gdy kształtowana jest rzeczywista przyszłość kontynentu.

 

Co powiedział Strasbourg

Raport Piculi ma już, jak wiadomo, znaną strukturę, i ten odcinek nie odbiega od niej. Zapisuje, że Serbia nie poczyniła namacalnych postępów w kierunku otwarcia Grupy 3, mimo lat deklarowania członkostwa w UE jako strategicznego celu. Dokument również wiąże dalszy ruch wyraźnie z dostosowaniem się do sankcji UE na Rosję – warunku, którego Belgrad unikał spełnienia od ponad czterech lat od nałożenia sankcji po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku.

 

Najostrzejszą częścią tekstu jest sekcja dotycząca bezpieczeństwa. Posłowie do PE wyrazili zaniepokojenie tempem i głębokością współpracy obronnej Serbii z Chinami, traktując to jako dowód na to, że deklarowana europejska trajektoria Belgradu i jego rzeczywiste zakupy wojskowe już nie opisują tego samego kraju. To nie jest forma rytualnej krytyki. To język zwykle zarezerwowany dla opisywania rozbudowy armii rywala, a nie listy zakupów państwa kandydującego.

 

Trajektoria ma większe znaczenie niż pojedynczy głos. Raport został przyjęty stosunkiem głosów 468 do 116, przy 79 wstrzymujących się, wobec poprzednika, który przeszedł 419 do 113 w maju 2025 roku. Różnica się powiększyła, a nie zmniejszyła; jeśli już, to plik po prostu się pogłębił.

 

Co Ankara nie powiedziała

Komunikat NATO z Ankary, oparty na trzech wąskich tematach – inwestycje, zdolności przemysłowe i Ukraina – nie wspomniał o Serbii ani o Bałkanach Zachodnich w swoim oficjalnym tekście. To wyraźne odejście od wcześniejszych tekstów szczytów, które przynajmniej sygnalizowały region.

 

Ta cisza, choć, była instytucjonalna, a nie uniwersalna. Na marginesie, prezydent Chorwacji Zoran Milanović powiedział dziennikarzom, że uważa za swój obowiązek poruszyć temat rozbudowy armii Serbii na szczycie – w tym, jak powiedział, długodystansowe izraelskie pociski obok chińskich systemów. Ostrzegł też, że Chorwacja w końcu będzie musiała wyposażyć się w podobny sposób. NATO, według niego, „musi wiedzieć o tym”. Ale uwaga prezydenta skierowana do dziennikarzy na korytarzu nie jest linią w komunikacie, a Sojusz, zbiorowo, zdecydował się nie zapisywać tego, co jeden z jego członków mówi otwarcie. Ta luka – między tym, o czym poszczególni sojusznicy martwią się prywatnie, a tym, co Sojusz jest gotów formalnie zarejestrować – jest sama w sobie bardziej wymowna w ciszy.

 

Zmiana ma niewiele wspólnego z Serbią w szczególności. Odzwierciedla szerszy podział, który się dokonuje wewnątrz samego sojuszu. Waszyngton wycofuje sprzęt i personel z Europy i naciska na europejskich sojuszników, by przejęli główną odpowiedzialność za obronę konwencjonalną. Cały słownik szczytu to język sojuszu reorganizującego się wokół własnego rdzenia, a nie rozszerzającego swoją peryferię. W tej reorganizacji region, którego największe państwo nie może zdecydować, czy należy do zachodniej architektury obronnej, po prostu znika z pola widzenia.

 

Nikt nie wykluczył Serbii z rozmów w Ankarze. Sama się wykluczyła, na długo przedtem, odmawiając aktualizacji dokumentów strategicznych, które miałyby powiedzieć NATO i UE, że jest wiarygodnym partnerem, jakiego chce być. Strategia bezpieczeństwa narodowego Serbii, nadal formalnie obowiązująca od 2019 roku, postrzega współpracę z NATO jako wspólne interesy – pragmatyczną konieczność. Idzie dalej z sojuszem Moskwy: pogłębianie więzi z Kolektywnym Układem Bezpieczeństwa jest opisywane nie jako interes, lecz jako stałe zobowiązanie. Różnica nie jest przypadkowa. Jeden związek jest transakcyjny; drugi, na papierze, jest wyborem, który Belgrad ciągle odnawia.

 

W głębi, w ciszy Ankary, kryje się twardsza prawda, która powinna bardziej niepokoić Belgrad niż jakakolwiek rezolucja. Porządek bezpieczeństwa Europy jest właśnie odbudowywany, poprzez wspólne fundusze zakupowe, cele produkcji przemysłowej i stałe finansowanie Ukrainy. Jest też rekonstruowany bez czekania na niepewnych kandydatów, by odnaleźli drogę z labiryntu. Kontynent obciążony hybrydowymi zagrożeniami, atakami dronów i niepewnością co do zaangażowania Ameryki, traci cierpliwość do trzymania rezerwowego miejsca dla kraju, który nadal jest rządzony strategią bezpieczeństwa z 2019 roku. Zwłaszcza, że Waszyngton nadal traktuje dwustronną współpracę wojskową z Rosją i Chinami jako istotny punkt odniesienia.

 

Co zamiast tego zrobiła Belgrad

W tym samym tygodniu, Belgrad dostarczył trzeci punkt danych. W tych samych dwóch dniach, co głosowanie w Strasburgu, Zgromadzenie Narodowe Serbii wraz z Radą Najwyższą Ukrainy zorganizowało pierwszą w historii „Konferencję Przewodniczących Parlamentów Krajów Kandydujących do UE”. Serbska część tego wydarzenia odbyła się w Pałacu Serbii. W przemówieniu do zgromadzonych delegacji, prezydent Vučić powiedział, że nie oczekuje, iż UE podejmie decyzje o rozszerzeniu w najbliższych latach – choć, jak twierdzi, nie jest to powód, by przestać reformować. Choreografia była uderzająca: Belgrad zwołuje klub kandydatów w tym samym momencie, gdy jego własny wniosek jest oceniany w Strasburgu, siedząc obok gościa, Ukrainy, której akcesja jest nadal aktywnie rozgrywana krok po kroku, podczas gdy Serbia, otwarta dekadę wcześniej, nie dodała żadnego od lat.

 

Wkrótce pojawiły się jeszcze dwa ruchy, oba nie wymuszone. W połowie lipca, minister Boris Bratina udał się do Teheranu jako specjalny wysłannik Vučića na pogrzeb ajatollaha Khomeiniego, stojąc wśród delegacji zagranicznych obok wysokich rosyjskich i chińskich urzędników – kilka dni przed własnym Dialogiem Strategicznych z Waszyngtonem. 16 lipca Serbia dołączyła jako założyciel do Światowej Organizacji Współpracy w dziedzinie AI w Szanghaju, obok Rosji, Chin i około dwudziestu innych państw – szerokiej koalicji, a nie wąskiego bloku, ale jej podpis złożono dzień przed rozpoczęciem dialogu w Waszyngtonie. Teheran, Szanghaj, Waszyngton: trzy ruchy w trzy tygodnie, żaden nie narzucony przez nikogo innego. To już nie jest balansowanie na czterech filarach. To ich rozproszenie.

 

 

O co pytał Waszyngton w zamian

Uwaga Waszyngtonu, gdy nadeszła, przybyła w rejestrze, który Serbia dobrze zna: warunkowym i bilateralnym, a nie strukturalnym. Wspólne oświadczenie z Dialogu Strategicznego z 17 lipca w Waszyngtonie zawierało gwarancję Eximbank na 50 milionów dolarów dla Telekom Srbija na rozwój sieci 5G, korzystając z tego, co nazywano „zaufanymi dostawcami” – język, którego Waszyngton używa na całym świecie, aby odróżnić sojusznicze, zweryfikowane sieci od chińskiego sprzętu w krytycznej infrastrukturze. To nie jest fraza techniczna. To test bezpieczeństwa przebrany za standard zakupowy, i nie pasuje do ministra, który kilka miesięcy wcześniej rozmawiał o wdrożeniu 5G, inteligentnych miastach i współpracy AI z Huawei na marginesie Mobile World Congress.

 

W ciągu kilku dni pojawił się kolejny gest bilateralny. 24 lipca, prezydent Vučić ogłosił, że 35-procentowa taryfa USA na serbskie towary nałożona w poprzednim roku została tymczasowo zredukowana do zera – choć, jednocześnie, Waszyngton nałożył nowe taryfy od 10 do 12,5 procent na około osiemdziesiąt innych partnerów handlowych z powodu obaw o wymuszoną pracę. Vučić opisał to jako tymczasowe rozwiązanie oczekujące negocjacji, z przewidywanym powrotem do poziomu około 10-12 procent później.

 

Oba gesty potwierdzają ten sam schemat co język zaufanych dostawców: Waszyngton jest gotów bezpośrednio angażować Belgrad, na warunkach, które sam ustala i może wycofać, bez wpisywania Serbii do jakiejkolwiek wspólnej architektury. Taryfa może zostać zresetowana z dnia na dzień jednym telefonem; linia w komunikacie NATO nie. Ta asymetria jest sednem sprawy. Serbia jest transakcją, a nie integracją – traktowana jako bilateralny kontrahent, którego zachowanie można wycenić i dostosować, a nie jako partner, którego miejsce w systemie jest ustalone.

 

To nie jest tylko dylemat Serbii. Państwo liczące siedem milionów, położone w centrum geograficznym Bałkanów Zachodnich, posiadające systemy obrony powietrznej zakupione od Pekinu i strategię bezpieczeństwa, która nadal traktuje Moskwę jako stałego partnera, nie jest peryferyjnym ciekawostką dla europejskich planistów. To luka na mapie – korytarz, przez który chińskie, rosyjskie i Zatokowe interesy mogą się przemieszczać z niewielkim oporem, dokładnie wtedy, gdy kontynent utwardza swoje wschodnie i południowe flankowania. Ambiwalencja Serbii to nie tylko narodowa porażka; jeśli pozostanie nierozwiązana, jest stałą słabością własnej architektury bezpieczeństwa Europy.

 

Ani zagrożenie, ani partner

Porównaj ryzyko, instytucjonalne pominięcie i transakcyjną uwagę, a pozycja Serbii wyjdzie na jaw. Jest oceniana jako na tyle ważna, że zasługuje na krytykę – stąd język o rakietach w Strasburgu i uwaga Milanovicia w Ankarze – i na tyle ważna, by cicho ją kusić resetem taryf i gwarancją Eximbank. Ale nie jest na tyle ważna, by traktować ją jako strategicznego partnera, którego warto wymienić w oficjalnych zapisach obu instytucji. Ta kombinacja jest gorsza niż wrogość. Państwa piszą strategie dla swoich wrogów. Serbia nie otrzymuje ani uznania jako przeciwnik, ani zaufania jako partner. Otrzymuje pominięcie, przerywane transakcjami.

 

To jest pułapka czekająca na każde państwo bez zaktualizowanej strategii bezpieczeństwa narodowego, bez jasnej pozycji wobec Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa UE, i bez spójnej odpowiedzi na własną doktrynę „czterech filarów”. Balansowanie między Brukselą, Moskwą, Waszyngtonem a Pekinem działało tak długo, jak długo system nagradzał niejasność. Przestaje działać w chwili, gdy każdy inny aktor zaczyna budować konkretne budżety i zobowiązania sojusznicze, i po prostu idzie dalej, nie pytając, gdzie stoi Belgrad, albo czy w ogóle przychodzi.

 

Instrumenty do zamknięcia tej luki istnieją, a Serbia nadal nie korzysta nawet z podstawowych. SAFE i ReArm Europe pozostają otwarte dla państw kandydackich: Albania i Macedonia Północna podpisały partnerstwo w zakresie bezpieczeństwa i obrony z UE już w listopadzie 2024 roku, dając im dostęp do Europejskiej Agencji Obrony i projektów PESCO. Serbia nie zrealizowała nic z tego – nie z powodu braku zdolności, lecz braku woli, by w ogóle postawić to na agendę.

 

Ambiwalencja była kiedyś instrumentem Serbii. Szybko staje się jej werdyktem. Strasburg nadal pisze o kraju; Ankara już nie wspomina o nim, nawet gdy jeden z jej własnych członków podnosi alarm na korytarzach; a Waszyngton, na razie, woli zajmować się Belgradem pojedynczymi bilateralnymi gestami, zamiast wpisywać go w cokolwiek trwałego. Między oskarżeniem, pominięciem a transakcją, Belgrad spędził dekadę, twierdząc, że nie wybiera żadnej z trzech opcji. W tym lecie, po raz pierwszy, wyglądało na to, że wybór został cicho dokonany za niego. Europa już nie czeka na wybór Serbii. Po prostu uczy się budować swoje bezpieczeństwo bez niej.

 

Nikola Lunić jest serbskim analitykiem geopolitycznym i bezpieczeństwa oraz emerytowanym kapitanem Marynarki Wojennej. Wcześniej pełnił funkcję attaché obrony Serbii w Londynie i Oslo oraz dyrektora wykonawczego Rady ds. Polityki Strategicznej. Obecnie jest konsultantem ds. spraw strategicznych i regularnym wykładowcą gościnnym na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Osijeku. Jest autorem licznych analiz i wywiadów medialnych na tematy geopolityczne, bezpieczeństwa i spraw międzynarodowych publikowanych w Serbii, regionie Bałkanów Zachodnich oraz w międzynarodowych mediach, w tym CEPA i Kyiv Post.