Czy opowiadać mit Verne'a czy dobrze? O odysei Nolana

Kapitál
Czy opowiadać mit Verne'a czy dobrze? O odysei Nolana

Jak Nolan adaptuje grecký mýtus Odyssea? Czy potrafi przenieść jego ponadczasowe przesłania do współczesności, czy też jego realistyczny styl ginie w zagmatwanym przedstawieniu bogów i postaci kobiecych? Odpowiedź może zaskoczyć.

Mało co może być bardziej męczące, niż gdy algorytmy korporacyjne podają się za głos ludu i postanowią, że coś jest tematem. Dokładnie to się stało w przypadku Nolanowskiego Odyssey, aż można się w tym wszystkim pogubić w prostym pytaniu: Na ile jednemu z najbardziej odnoszących sukcesy reżyserów współczesności udało się opowiedzieć jedną z... najbardziej udanych historii w ogóle? Postaram się na nie odpowiedzieć, a choć byłem egzaminowany z greckiego religioznawstwa, to ostatecznie głównie oceniam to jako ktoś, kto już jako dziecko memorował greckie mity na pamięć, a Odysseus był jego ulubionym bohaterem od pierwszego triku.

Radikalna odmienność i ponadczasowe tematy

Aby móc zaoferować odpowiedź, nakreślę, jak właściwie postrzegać mit ogólnie i według czego oceniać dobre opowiadanie. To inna kwestia niż to, czy chodzi o wierne opowiadanie „oryginalnego mitu”, ponieważ nic takiego nie istnieje. To, co czyni opowieść mitem, jest właśnie fakt, że jest on nieustannie opowiadany w wielu wersjach. Homerycka Odyssea może być najstarszą zachowaną, najbardziej klasyczną, a może i najlepszą, ale nie jest o nic „prawdziwszą” Odysseą niż wersja dla dzieci od Petišku. (Podobnie jak Nižňanského Čachtická pani nie jest o nic „prawdziwszą” legendą o Batory niż wersja, którą zna się z ustnego folkloru od babci). Nawet jeśli porównuję Nolanowską Odyssey z Homerycką, nie chodzi mi o zgodność kopii z oryginałem, lecz o porównanie wersji. Nie interesuje mnie, czy wersja Nolana jest autentyczna, ale czy i gdzie jest ta Homerycka lepsza.

Nie chodzi tak o wierność litery mitu, lecz o zrozumienie jego ducha. A gdy twórca mitu go pojmie, może go przeciwko „oryginalnym” wersjom także radykalnie zreinterpretować. Meduza może być pierwotnym potworem, ale równie „autentycznie” może być reinterpretowana feministycznie jako bohaterka, która sprzeciwia się najeźdźczym siłom. Gdyby jednak ktoś z niej uczynił bezsilną ofiarę, odebrałby jej dokładnie tę moc, która określa jej charakter. Nie byłoby to już reinterpretacją, lecz nieporozumieniem, jakby ktoś kręcił opowieść, w której Achilles jest słaby.

Analogicznie nowe opowiadanie mitu nie musi rozwiązywać pytań, które rozwiązywali przed tysiącami lat w Grecji, wręcz przeciwnie, może artykułować odpowiedzi na pytania współczesności. Ostatecznie, dokładnie tak stało się w najbardziej „odniesieniu” do greckiego mitu opowiadaniu w XX wieku, czyli w opowieści Freuda o Ojdipie. Dla niego nie był kluczowy relacja ojca i syna jak w starożytności, lecz relacja syna i matki, w której widział klucz do zrozumienia wiktoriańskiego społeczeństwa. I to jest uzasadnione, bo relacja Ojdipa z Jokastą jest w opowieści. Gdyby jednak ktoś chciał przekazać przez Ojdipa przesłanie o znaczeniu uczciwej pracy, to byłoby właściwe zapytać, czy wybrał do tego naprawdę odpowiednią historię i czy nie wolałby opowiadać Remeslo má zlaté dno.

Chociaż jednak rozumie się mit, nadal pozostaje pytanie, jak go dobrze opowiadać. To widać w tym, dlaczego greckie mity rezonują od tysięcy lat. Jeśli to uprościć, udany mit trwa, ponieważ łączy dwa momenty: radykalną odmienność i ponadczasową aktualność. To właśnie dzięki odmienności mity potrafią fascynować już od wczesnego dzieciństwa. Otwarte świat, który jest dosłownie „pełen bogów”, którzy zwykle schodzą z Olympu, i potworów, gdzie smok strzeże złotych jabłek, a podziemia trojogłowy pies. Dodatkowo można na Pegazie lub na złotym baranku latać. Takie opowieści trudno nie kochać. A w tym czarującym świecie równocześnie rozgrywają się ponadczasowe tematy, na przykład wieczne błądzenie i serce łamiące tęsknoty za domem, jak w przypadku Odyssey. Dobre opowiadanie mitu potrafi ukazać obie te rzeczy, i opowiadać historię, która jest odległa od codziennego doświadczenia, a jednocześnie paradoksalnie bliska i wiarygodna.

Oczywiście, opowiedzieć dzisiaj historię z cyklopami i sirénami nie tylko tak, by była fantastyczna, ale także istotna dla współczesności, to tytaniczne wyzwanie. Przy najstarszych mitach to wyzwanie jest dodatkowo podkreślane tym, że powstały one w śród ludzi o odmiennym podstawowym pojmowaniu świata, gdzie uważano za oczywiste, że cykl życia kierują nieśmiertelne bogowie. To jednak wyzwanie, które każdy, kto chce zaadaptować Odyssey, podejmuje dobrowolnie, a o wspaniałej opowieści, która ma coś palącego do powiedzenia i dziś, stara się także Christopher Nolan. Udało mu się więc wyrazić magię, którą Odyssey zachwyca od tysięcy lat, i wytykać w niej przesłania, które rezonują z pytaniami dzisiejszych czasów?

Świat pełen potworów, ale nie bogów

Gdy chodzi o baśniowe przeniesienie magii z poezji na ekran filmowy, pierwszym zadaniem jest jednocześnie tym najtrudniejszym: jak ukazać bogów, tak kluczową część homeryckiego świata, jak ubóstwo fundamentem świata Dickensa. Jak przedstawić bogów, którzy, jeśli ujrzą śmiertelników i śmiertelniczki w ich prawdziwej postaci, są natychmiast spalone i spopielone wzrokiem na ich olśniewającą majestat i strach, tak jak to doświadczyła Semele w greckiej mitologii? O poziom niżej, ale nadal w tej samej sferze, jest pytanie o ukazanie wszystkiego, co uważamy za „nadprzyrodzone” lub „święte”. Jak skomponować nieodpartą pieśń Siren, by nie brzmiała jak letni trójkordowy hit z radia i jak ukazać Skyllę, by była naprawdę straszną potworem, a nie tanim potworkiem z Strażników wszechświata?

A nie jest to tylko najtrudniejsze, ale także najbardziej podstępne zadanie. Współczesny człowiek ma bowiem do dyspozycji rozwiązanie, które na pierwszy rzut oka wydaje się sprytne, lecz w rzeczywistości jest najmniej wyobrażeniowe: wszystko „nadprzyrodzone” racjonalizować, bogów albo psychologizować, albo ukazywać jako alegorie dla niezrozumianej przyrody. To banalne wyobrażenie, że ludzie w przeszłości byli trochę głupi i infantylni, nie wiedzieli, dlaczego słońce się porusza, więc tłumaczyli to tym, że je ciągnie jakiś bóg. Cała taka postawa oświeconej racjonalności nie rozumie tego, co rozumie każde dziecko z otwartą książką mitów: że mity nie są przede wszystkim próbami racjonalnego wyjaśniania świata, lecz opowieściami, które mają pochłaniać, które przemawiają przez siłę metafory, nie argumentu.

Czy Nolan poszedł tą niefortunną drogą? Trudno powiedzieć, ponieważ jego prezentacja bogów czy „nadprzyrodzonych” jest chyba najbardziej zagmatwaną stroną adaptacji. Na początku wygląda na to, że postaci naprawdę w pełni racjonalizuje. Wyraźnie widać to w rozmowie z Kalipso, w którym Odysseusz retorycznie się odgryza, dlaczego pisze o nieśmiertelności, czy jest może boginią. Kalipso jest oczywiście boginią, więc może mu obiecać nieśmiertelność. Podobnie racjonalizowana jest postać Mentora, którego postać u Homera Athéna „ubiera”, gdy towarzyszy Telemachowi. Tu zostaje tylko uwaga Telemacha, że ma Mentora „Athene’s eyes”.

Przede wszystkim Athéna jest boginią, która jako jedyna w filmie pojawia się konkretnie (w postaci Zendayi), lecz może to być tylko głos Odysseusza. U Posejdona można tylko zgadywać, czy jest pod powierzchnią morza, Zeus jest tylko wspomniany jako gwarant świętego prawa gościnności, Helios ma swoją wyspę, i to koniec. Większym problemem niż sama prezentacja jest jednak sposób, w którym mówi się o bogach. Odysseusz wygląda niemal jak oświecony ateista, który omyłkowo znalazł się w starożytności. Ciągle wątpi w bogów, raz ich nazwie „waszymi bogami” (bo najwyraźniej wierzy tylko w swój krytyczny rozum). Nawet powie, że nie mogą się „kierować ofiarami i znakami”, czyli takimi rytualnymi podstawami greckiego religijnego systemu, jak eucharystia jest podstawą chrześcijaństwa. To tak, jakby Nolan kręcił adaptację Księgi królewskiej, w której Salomon oświadczy, że nie może się kierować starą kamienną tablicą, którą przyniósł z góry dawno zmarły dziadek.

Jednak Nolan nawet w tej racjonalistycznej linii nie jest konsekwentny. Chociaż ciągle kwestionuje istnienie bogów, prawo gościnności Zeusa jest uznawane za absolutne – jakby kantowsko było wątpliwe działanie boga w świecie, lecz nie boża gwarancja moralności. Jeszcze bardziej zagmatwane staje się to, gdy okazuje się, że choć istnienie bogów jest niejasne, to kyklop, syreny, Skylla i martwe dusze w Hadesie istnieją dosłownie. Otwiera się tu więc dziwny świat, w którym trudno się połapać. Jakby w adaptacji Ewangelii wątpliwości co do istnienia Boga, lecz nikt nie kwestionowałby, że Maria urodziła Jezusa jako panna.

Iskierki inspiracji...

Nie jest tak jasne, czym właściwie jest wizja homeryckiego świata Nolana, czy jest historyzowana, czy mitologiczna. To jednak nie byłoby aż tak dużym problemem, gdyby sfilmowane mitologiczne fragmenty naprawdę zachwyciły. Porzucę więc teraz logikę adaptacji Nolana i skupię się na jej estetyce. I przyznam, że nawet w tej płaszczyźnie jestem zdezorientowany. W teorii wydaje mi się (już nakreślone) niejednoznaczne ukazanie, które pozostawia otwarte pytanie, czy w grze są siły boskie, czy tylko siły naturalne albo psychiczne, jako dobre rozwiązanie, które może dokładnie trafić w równowagę między „wyczuwaniem sił świętych” a wiarygodnością dla współczesnego widza. Nie krytykuję więc metody, lecz wykonania, bo bardziej ceniłbym niż strach, więcej tajemnicy.

Przede wszystkim w opowieści, gdzie głównym antagonistą jest dosłownie bóg dzikich mórz, chętnie poświęciłbym kilka minut z ostatniej bitwy i wolałbym zobaczyć Odysa targanego przez wszystkie możliwe koszmary otwartego morza. W ten sposób widz mógłby zobaczyć i poczuć, dlaczego Grecy uważali go za domenę strasznego i pomsty bogactwa. Również chętnie zobaczyłbym choćby zarysy działania Aten także w świecie, nie tylko w oddych głowie Odysa, bo to tradycyjnie ona pociąga za sznurki całej akcji.

To jednak tylko moje życzenia efektownych momentów. Muszę przyznać, że gdzie indziej Nolan się jednak wykaże. Dwa główne potwory, kyklop i Skylla, są naprawdę potworne. Również Hades działa mrocznie i strasznie, a tam nie przeszkadza adaptacyjna zmiana, gdy Nolan wybiera bardziej otwarty horror w odpowiedzi na subtelniejsze, przygnębiające zakończenie homeryckiego Hadesu. Co dla mnie jest szczytem całego filmu, to scena z syrenami, która jest genialna. To, że widz znajduje się w pozycji załogi, która nie słyszy pieśni, jest genialnie prostym sposobem na „upiększenie nieupiększalnego”, a opis Odysa pieśni to aż poetycka fenomenologia tego doświadczenia. Gdyby cały film był tak zainspirowany, uznałbym go za fantastyczny.

... w „mrocznym i realistycznym” świecie Nolana

To jednak tylko iskierki, a większość filmu nie utrzymuje takiego poziomu wrażliwości. Sedno problemu, moim zdaniem, stanowi styl Nolana, w którym łączy się jego logika z estetyką. Tak jak metafizycznie podąża za zasadą racjonalizacji, tak wizualnie podąża za zasadą pewnej realizmu. Jednak realizm w wydaniu Nolana jest tradycyjnie niejasny, brudna ciemność w odcieniach szarego i brązowego. Więc w adaptacji Odyssey, zawierającej tak piękne opisy, że zachwyciły nawet Goethego, nie zobaczymy okazałej sali Menelaosa, która lśni złotem i srebrem jak księżyc i słońce, lecz tylko przelotnie oświetlone brudne pomieszczenie. I tak wyglądają wszystkie wnętrza. Na zewnątrz z kolei nie widzimy idyllicznych gajów z jelchami, topolami i aromatycznymi cyprysami na wyspie Kalipso, nie widzimy też nieujarzmionej bujnej dziczy na wyspie kyklopów, gdzie nie trzeba uprawiać ziemi, bo wszystko rośnie obficie. Nawet na Heliosowej wyspie słońce chyba ani razu nie zaświeci. Widzimy tylko zamienne krajobrazy, które zachwycają jedynie scenami na morzu, bo samo morze jest zachwycające.

I znowu odrzucam wierność, przeszkadza mi zamiana fascynujących scen na nudę. Jeśli Nolan ma mroczniejszą wizję świata niż Homer, to mógł w sali Menelaosa pokazać śliską, odrażającą przepych, zamiast bujnych jagodowych bagnisk z komarami. Nic takiego nie widzimy: z tą ciemnością widać tylko niewiele. To wyjaśnia początkowe pytanie, jak Nolanowi udało się odtworzyć opowieść z siłą starożytnego mitu. I właśnie przez jego „dark, shitty and gritty” realizm, moim zdaniem, nie udało mu się to do końca. Film oferuje porywające momenty, jest to chyba dobry hollywoodzki blockbuster, ale nie jest dobrym opowiadaniem mitu: bawi, ale nie fascynuje.

Krossover, w którym Odysseusz jest przestępcą

Nadszedł czas, by odpowiedzieć na drugie pytanie, czy Nolan potrafi przekazać istotne i aktualne przesłanie. Ostatecznie, wyraźnie chce poprzez swój film mówić głównie o ludziach, o moralności, o wojnie. Tu jednak też nie ucieknie od początkowego zamieszania: w greckim micie bowiem słyszymy wzmianki o morskich narodach i końcu epoki brązu. Nolan tak łączy dwie odrębne historie: greckie mityczne dzieje bohaterów i nasze pozytywistyczne dzieje epoki brązu. Te historie jednak nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że datują się na podobny czas i lokalizują w podobnych miejscach. W greckich mitach nie ma żadnych morskich narodów, tak samo jak w naszych pozytywistycznych dziejach nie ma żadnych ludziolubnych olbrzymów.

To jest więc zasadniczo crossoverowa epizod – jakby na podstawie koncepcji Tolkiena, że dzieje Śródziemia to pradawna mityczna przeszłość naszej Ziemi, w adaptacji Władcy Pierścieni nagle zaczął rozwiązywać konflikt neandertalczyków z homo sapiens. Nolan robi to chyba dlatego, że chce opowiadać historię o zbrodniarzach i upadku cywilizacji, co w klasycznym opowiadaniu Wojny Trojańskiej i Odyssey byłoby trudne. Ten też jest o upadku wielkiej cywilizacji, ale tą cywilizacją jest Troja. Dla Greków ten opowieść oznaczała powstanie czegoś jak Grecja, w której autonomiczne miasta się zjednoczą. Wojna trojańska więc nie była o upadku ich cywilizacji, lecz implicitnie o jej założeniu. Aby więc Nolan mógł opowiedzieć swoją historię, musi „zaimportować” elementy z innych dziejów.

Na ich tle Odyssea staje się opowieścią o ostatecznym przestępstwie popełnionym w Trojie, o naruszeniu świętego prawa gościnności. Tu Nolan „trafia” w jedno z jej głównych tematów, bo prawo gościnności odgrywa kluczową rolę także u Homera, choć ten ukazuje je znacznie żywiej, podczas gdy Nolan raczej o nim mówi. W jego wersji jest ono wyłożone jako zasada cywilizacji w ogóle, i dlatego właśnie jego złamanie zamyka jej upadek i prowadzi do odkrycia, że straszne morskie narody, które niszczą cywilizacje, to cały czas Grecy sami. I to właśnie koń trojański – w starożytnym odczuciu jest to opus magnum Odysa, bo spryt był grecką cnotą par excellence – radykalnie zreinterpretowany jako ostateczny zbrodnia, złamanie Diowego prawa, którego Odysseusz nigdy nie przestanie żałować.

Tutaj chciałbym się zatrzymać, ponieważ to przesłanie, które na pierwszy rzut oka może brzmieć głęboko, gdy się nad nim zastanowimy, rozpada się. Pytanie już tylko, czy jego antywojenne przesłanie dobrze niesie historia, która dosłownie orchestruje bogini wojny. Może dałoby się to zrobić kreatywnie, ale Nolan postanawia oprzeć swoje przesłanie na ikonicznym obrazie opowieści, choć to nie ma sensu. Rozumiałbym, że Odysseus jest zmyłką od wspomnień o masakrach, które po wyjściu z konia Grecy popełnili, rozumiałbym, że żałowałby, że wziął udział w wojnie. Dlaczego jednak uważa za swoje największe moralne przewinienie właśnie koń trojański, który „zawinił” tylko tym, że złamał dziewięcioletni status quo tej wojny? Koń trojański nie jest bronią atomową, nie jest wynalazkiem, który przynosi nowe, nieznane dotąd rozmiary cierpienia – zbrodnie i straszności wojny istniały dawno przed nim. Dlaczego więc za nieprzebaczone naruszenie gościnności uznaje się to, co zakończyło wojnę, która przez takie naruszenie już się zaczęła – gdy Paris został przyjęty u Menelaa z jedynym celem, by uciec z żoną?

Jeszcze raz historia, w której kobiety są ofiarami... reżysera

A tutaj już wyłania się dla mnie większy grzech Nolana niż jego brak wyobraźni – myśli, że jest mądrzejszy od historii, którą adaptuje, i w związku z tym nie bierze tego pod uwagę. A to prowadzi do kolejnego grzechu: jako liberalny mężczyzna chce wskazać na ucisk kobiet, ale sam popełnia dokładnie odwrotnie, gdy poniża silne kobiece postaci, które już w opowieści się pojawiają. Penelopa z tego wyjdzie chyba najlepiej, gdy tylko nieszczęśliwie kończy swój monolog, mówiąc, że chce mężczyzny (Odysa), choć od dwudziestu lat siedzi na tronie. Homer wspomina, że jest ona najbystrzejszą i najmądrzejszą ze wszystkich kobiet, więc Nolan mógłby ją wcześniej wyzwolić, czynami, a nie słowami.

Kirke wypadła znacznie gorzej: wygląda jak stereotyp feministki – tak, jak ją wyobrażają niefeministki. Jest mizandryczną kobietą, która krzyczy, że mężczyźni to świnie i przyszli tylko po to, by ją zabić i zgwałcić. A Athena... Ach, Athena. Po Zeusie chyba najmocniejsze bóstwo greckiego panteonu. Tu jednak, po zniszczeniu jej posągu, widzimy tylko scenę, w której bezsilna płacze. (Jak mi przypomniała koleżanka Barbara Oudová Holcátová, to poniżanie kanonicznie potężnych postaci w adaptacjach jest najwyraźniej tradycją nowoczesnego Hollywoodu, i dotyczy na przykład Yennefer w serialu Wiedźmin albo Galadrieli w Pierścieniach mocy, a o hollywoodzkim nieświadomości nie mówi nic dobrego.)

Gdy na początku pisałem, że adaptacja Meduzy jako bezsilnej ofiary oznaczałaby katastrofalne nieporozumienie z charakterem, to u jednej z najpotężniejszych istot panteonu ludzkiej kultury to podwójnie obowiązuje. Jasne, że Nolan w swojej opowieści potrzebuje sceny, w której Odysseusz widzi boskie potępienie własnych czynów. Jednak gdy chodzi o Athene, niech nie widzi w jej oczach bezsilnego płaczu, lecz palący gniew, a zamiast zgniecenia jej głowy wizję, jak winni w przyszłości zostaną ukarani utopieniem w morskiej burzy! Nolan ostatecznie w imieniu swojego humanistycznego przesłania prezentuje „disempowerment of powerful women”, co nie miałoby miejsca, gdyby szanował dzieło, które adaptuje, i brał je pod uwagę. Bo bycie mniej feministycznym niż prawie trzy tysiące lat stare dzieło z prawie patriarchalnej kultury, nie jest czymś, co mógłby sobie nowoczesny liberał zlecić do laminowania.

A więc odpowiedź na drugie pytanie, czy Nolanowi udało się przez Odyssey wyrazić jakieś ponadczasowe przesłanie, jest raczej negatywna. Nie, że przesłanie o gościnności i straszach wojny nie byłoby ponadczasowe, ale nie działa, gdy się je narzuca siłą poprzez opowieść, której nie ma. Na koniec więc odgrywam Kassandrę, bo jestem przekonany, że mam rację, choć nikt mnie nie posłucha. I przepowiadam, że mimo komercyjnego sukcesu film Nolana nie stanie się tą wersją, która w przyszłości ludziom przy Odyssey się przypomni. A ten opowieść będzie nadal znana głównie tak, jak była znana dotąd: przez Homera i różne wersje dla dorosłych i dzieci, bo to one są i będą bardziej magiczne.