Sieci społecznościowe muszą być upaństwowione

Kapitál
Sieci społecznościowe muszą być upaństwowione

Sieci społecznościowe stały się hiperrealnością, która wpływa na nasze społeczeństwo, politykę i demokrację. Jak je regulować i czy można je zmienić, pozostaje pytaniem. Co oznacza ich status infrastruktury publicznej i jakie rozwiązania mogłyby zapewnić ich bardziej cywilizowane funkcjonowanie?

Na część społeczeństwa media społecznościowe stały się hiperrealnością: rzeczywistością bardziej prawdziwą niż życie na ulicy. Bez ramowego zrozumienia, jak działa na przykład Facebook, nie ma zasadniczej różnicy między przesuwaniem palcem po ekranie a przechadzką po rynku. Ludzie kłócą się i bawią na portalach społecznościowych, niektórzy mówią sami do siebie, inni apelują do współobywateli. Kto wyznaje hasło, że mamy taki parlament, jaki sobie zasłużyliśmy, powinien przyznać, że portale społecznościowe są wiernym obrazem nas samych. Większość użytkowników Facebooka stanowią ci sami ludzie, których spotykamy w urzędach, w czekarni u lekarza lub w pociągu. Jedyna różnica polega na tym, że Mark Zuckerberg rozdał wszystkim megafony.

Takie wyobrażenie jest, oczywiście, naiwne. Treści na portalach społecznościowych są nam bowiem pośredniczone: a gdzie jest pośrednik, tam jest też jego interes i ryzyko manipulacji. Portale społecznościowe dawno nie są – i chyba nigdy nie były – tylko neutralną technologią łączenia się z innymi ludźmi, jak na przykład telefon. Aby Facebook czy Instagram utrzymały pozór relewantności, muszą częściowo pracować także z materiałem rzeczywistości. Ten jednak przetwarzają w sposób, którego wynikiem jest wirtualizowana rzeczywistość. Im więcej „reprezentacji”, które poza portalami społecznościowymi nie reprezentują niczego (wymyślone wydarzenia, generowane obrazy czy filmy), tym bardziej z wirtualizowanej rzeczywistości portali społecznościowych staje się wirtualna rzeczywistość. Różnica między nimi polega na odległości od tego, jak i czym żyjemy poza ekranami.

Elity online

Obecnie fakt, że portale społecznościowe nie są prostym cyfrowym lustrem naszych „analogowych” żyć, jest już niemal powszechnie uświadomiony. Nasz dostęp do tych platform jednak temu nie odpowiada. Szczególnie poważny wpływ ma to na twórców opinii z znaczącym wpływem publicznym, takich jak na przykład dziennikarze czy politycy. Im bardziej specjaliści od narodowej mentalności diagnozują nas na podstawie portali społecznościowych, tym bardziej wzmacniają w „lepszej Słowacji” takie rozumienie społeczeństwa i polityki, które poprzez konkretne działania i decyzje (jak na przykład rezygnacja z załatwiania spraw z „postsedliakami”) ostatecznie sprzyja właśnie tym, przed którymi chcieli nas ostrzegać. A gdy chodzi o szczytową politykę, algorytmy, a więc interesy technologicznego wielkiego kapitału, są w niej reprezentowane coraz bardziej konsekwentnie niż obywatele – czyli interesy społeczeństwa i pracującej większości. 

W takiej sytuacji można łatwo odnieść wrażenie, że za stan obecnego świata odpowiadają głównie portale społecznościowe. Jak bardzo te platformy wspierają tendencje rozkładowe w społeczeństwie – czy to atomizację społeczną, podkopywanie instytucjonalnych rozwiązań konfliktów na rzecz siły, czy powiększanie nierówności – nie są ich źródłem. Jeśli uważamy rozwój w kierunku, który właśnie opisałem, za niepożądany, musimy myśleć i działać znacznie bardziej konsekwentnie, niż proponuje Samo Marec w swojej najnowszej książce Sociálne siete musia byť zničené.

Polityka między kociakami

Pierwsze zdanie z okładki dziś już można uznać za aksjomat, czyli twierdzenie, które nie wymaga dowodu: „Portale społecznościowe szkodzą nam, psują nasze relacje, rozkładają społeczeństwo i deformują politykę.” Literatura na ten temat jest już w słowackim nieprzebrana: Manfred SpitzerDigitalnej demencji wyjaśnia, jak w skutku nieumiarkowanego korzystania z portali społecznościowych upadają nasze zdolności poznawcze; Maik Fielitz i Holger MarcksDigitalnym faszyzmie ujawniają media społecznościowe jako motor prawicowego ekstremizmu. A wreszcie Sarah Wynn-WilliamsBezohľadných ľuďoch pokazuje, że platformy Meta nie powstały same z siebie. Wręcz przeciwnie, są wynikiem celowych decyzji powstających w środowisku, które jakiekolwiek względy na słabszych – a i przed technologicznego wielkiego kapitału wszyscy nimi jesteśmy – już nawet nie udają. W słowackim kontekście na przykład w książce Pravda a lož na Facebooku zajął się tym Vladimír Šnídl. Jeśli wolisz beletrystykę, polecam powieść Na brzegu śpiewa tłum autorstwa Michała Franki, o wpływie portali społecznościowych na życie konkretnych ludzi.

W wyliczeniu tytułów bezpośrednio lub pośrednio krytykujących portale społecznościowe nie wymieniłem żadnych książek po czesku ani po angielsku – nie wspominając o artykułach, podcastach, filmach czy filmach. Po prostu, nie musisz być użytkownikiem Facebooka ani Instagrama, aby rozumieć, że portale społecznościowe w obecnej formie – jak podkreśla Marec – są problemem. Niezadowoleni są właściwie wszyscy, może z wyjątkiem Elona Muska i Marka Zuckerberga. Według liberałów, treści krążące na portalach społecznościowych nie są wystarczająco regulowane, skrajna prawica czuje się cenzurowana. Jeśli chodzisz na TikToka po kociaki, irytuje cię tam polityka. A gdybyś chciał korzystać z YouTube wyłącznie jako źródła informacji, nie unikniesz narzucających się skeczów rozrywkowych. Podczas gdy wszyscy znamy gorliwych dyskutantów, którzy denerwują się, jak mogą być „tacy głupi” ci drudzy, my nie rozumiemy, jak mogą być takimi głupcami ci, którzy próbują argumentować przeciw botom, trollom i fikcji świata za ekranem.

Poznajemy fenomenologię portali społecznościowych.  A liczba ludzi, którzy o portali społecznościowych nie wiedzą nic, ale jednocześnie chcieliby poznać odczucie, jakie to jest być na Facebooku, bez zakładania konta, liczę na palcach jednej ręki na Słowacji. To właśnie dla tej grupy czytelników przeznaczone są pierwsze cztery piąte książki Marca. Problemy psychiczne, społeczne i polityczne spowodowane portalami społecznościowymi oraz skutki ich użytkowania nie trzeba już opisywać, ale raczej głęboko rozumieć i konsekwentnie rozwiązywać. W tym sensie wstępne dwieście stron książki z podtytułem „Jak algorytmy szkodzą nam i naszemu światu...” są wstępem do tego jedynego, o czym ma sens dyskutować: „...jak to zmienić”.

Tego jeszcze nie było

Marec rozważa rozwiązania na dwóch poziomach: co możemy zrobić jako jednostki i co jako społeczeństwo. Ponieważ ciekawszy jest raczej polityczny wymiar książki niż „lajfstajlowe” zalecenia, skupmy się na propozycjach Marca dotyczących regulacji portali społecznościowych. Jak brzmią? „Deanonimizacja, moderacja, zmiana algorytmów i ujawnienie kodu źródłowego. Przejrzyste zasady, ich przejrzyste stosowanie i przejrzysta egzekwowalność, przejrzyste procesy decyzyjne i przejrzyste mechanizmy kontrolne. Przejrzystość, przejrzystość, przejrzystość. I odpowiedzialność.” Wszystkie te środki mogłyby naprawdę przyczynić się do tego, aby portale społecznościowe stały się choć odrobinę bardziej cywilizowanym środowiskiem. Zatrzymajmy się przy dwóch z nich, które wywołują kontrowersje, a więc konieczność ich dopracowania: moderacji i zmiany algorytmów.

Portale społecznościowe – przynajmniej te w portfolio Meta – mają od dawna zasady moderacji, czyli usuwania „nieodpowiednich treści”. Problem polega na tym, że sama Meta praktycznie ich nie egzekwuje – jak podkreśla Marec, moderacja na Facebooku jest personelowo niedostateczna, decyzje moderatorów są nieprzewidywalne i nie istnieje funkcjonujący system odwołań w przypadku sprzeciwu wobec usunięcia treści lub zablokowania konta użytkownika. Liberalny nacisk na przestrzeganie zasad ze strony użytkowników i operatorów tych platform jest słuszny. Z lewicowego punktu widzenia jednak problemem jest, jak te zasady powstają i kto je ustala – „zasady społeczności” tu bowiem nie mają nic wspólnego ze społecznością. Wręcz przeciwnie, o tym kodeksie decyduje operator platformy, a społeczność nie ma na to żadnego bezpośredniego wpływu.

Możesz zapytać: A dlaczego miałoby to być problemem? W prywatnym przedsiębiorstwie to właściciel ustala zasady. Jeśli ci się nie podobają, możesz iść gdzie indziej. Ta analogia jednak nie pasuje. Ogólne portale społecznościowe, czyli globalne sieci bez określonego ukierunkowania treści, jak na przykład Facebook czy Instagram, nie są tylko jedną z usług spośród wielu, które można łatwo wymienić na inną, jeśli przestanie ci odpowiadać. Portale społecznościowe należy raczej rozumieć jako telegraf i telefon, ewentualnie radio i telewizję w pierwszych latach działalności: narzędzie komunikacji, które jest jakościowo zupełnie inne od wszystkiego, co mieliśmy dotąd. Telegraf i telefon przewyższały dotychczasowe technologie komunikacyjne swoją szybkością, radio i telewizja zasięgiem i rodzajem przekazywanych treści. I choć równolegle istniały inne kanały komunikacji, funkcjonalnie nie były one równorzędne z nowymi technologiami. Nie miało więc sensu ogłaszać: jeśli nie podoba ci się telefon, wyślij list; jeśli nie jesteś zadowolony z telewizji, czytaj gazety. Indywidualnie możemy zdecydować „nie być na bieżąco”, ale to nie zmienia faktu, że najnowsze technologie zmieniają społeczeństwo i pośrednio wpływają na życie ludzi, którzy ich nie używają.

Wiejska bajka

Portale społecznościowe stały się przełomową „technologią” dzięki połączeniu partycypacyjności i zasięgu. Telegraf i telefon interaktywnie łączyły ludzi, radio i telewizja są narzędziami masowej komunikacji. Portale społecznościowe łączą obie te funkcje: teoretycznie zwykły użytkownik Facebooka ma dziś możliwość dotarcia do więcej ludzi niż największe światowe gazety czy stacje telewizyjne i radiowe. To sytuacja bezprecedensowa w historii. Jeśli świat, dzięki portalom społecznościowym, jest już „wioską globalną”, to oznacza, że jej największy plac, gdzie są wszystkie sklepy i usługi, gdzie spotykają się niemal wszyscy znajomi i gdzie odbywa się większość wydarzeń politycznych, społecznych i kulturalnych, jest własnością grupy oportunistycznych miliarderów. Na starym głównym placu można się zbierać i rozmawiać, co się chce – burmistrz lub policjant mógłby to zakazać tylko wtedy, gdybyśmy łamali prawo. Tu jest kilka knajp, gdzie słowo daje i odbiera kierownik, ale każdy wie, w którym lokalu usłyszy jakie opinie, gdzie jest mile widziany, a gdzie nie, i ewentualnie pod jaką strzechą może się odwołać do gościnnej społeczności. Jednak większość ludzi niedawno przeniosła się z tych przestrzeni gdzie indziej. Inwestorzy z Doliny Krzemowej wybudowali w „wiosce globalnej” największy i najnowocześniejszy plac, na którym każdy może robić i mówić, co tylko chce. Rzekomo istniały tam jakieś zasady, ale nikt ich nie znał i nie dbał o nie, bo prawie nikt ich nigdy nie egzekwował. Stopniowo jednak doszło do kilku poważniejszych konfliktów, więc właściciele tego prywatnego placu – które jako „filantropi” oddali go za darmo do użytku publicznego – nałożyli kilka symbolicznych kar za naruszenia zasad społeczności. Niemal wszyscy byli niezadowoleni: niektórym kary wydawały się symboliczne, innym zaś drakońskie.

W tej sytuacji rada gminy może próbować zmusić właścicieli placu do konsekwentnego egzekwowania zasad, które sami ustalili. Jednocześnie jednak mogą powiedzieć: „Dobrze, jeśli wy tak, to my tak.” W zasadach społeczności pojawi się zakaz działalności ekstremistycznej. Liberałowska większość w rada gminy najpierw się ucieszy, że plac zaczyna się wreszcie cywilizować. Jednak stopniowo na placu przestanie pojawiać się lokalny Diogenes, nie będzie dopuszczane małe wydawnictwo filozofii politycznej, a długo nie odbyła się tam żadna demonstracja związkowa, która wcześniej zdarzała się dość często. Ale niech, komu będą brakować ci radikali? Nic im się nie stało – mogą się schować do swoich knajp albo protestować w bocznej uliczce, gdzie prawie nikt nie chodzi.

Osoba o umiarkowanym myśleniu, szlachetnym sercu i przyzwoitym zachowaniu (ale tylko wobec tych, którzy na to zasługują) – jak trzy liberalne pręty, które na klapie marynarki dobrego człowieka prezentują się jak symbol pobożności wobec bogactwa i własności prywatnej – nie może się takiemu zdarzyć. Jaką moc miałaby chcieć skrzywdzić taką łagodną duszę? A przecież z letniego programu na placu znikają kolejne punkty: pochód dumy, festiwal feministyczny i puste miejsce po petycji za nową ustawą klimatyczną. Właściciele placu dostaną kilka skarg, ale co można zrobić – nastała taka era. Już wcześniej, na wynajmie powierzchni reklamowych i sprzedaży danych o ruchu i zachowaniu ludzi na placu, zarobili więcej niż połowa tamtejszych mieszkańców, ale potencjał placu jest jeszcze większy. W nowym letnim programie jest na żywo nagranie podcastu Fiki Sulíka, przedwyborowe spotkanie Republiki i strzelnica festiwalowa, gdzie można wypróbować najnowsze modele amerykańskich karabinów szturmowych.

Ponieważ te zmiany zachodziły stopniowo, większość mieszkańców wioski nawet ich nie zauważyła – w końcu na plac chodzą głównie po znajomych i zakupy. Protesty niezadowolonych są daremne: ustalanie programu i zasad społeczności jest nienaruszalnym prawem prywatnego właściciela przestrzeni. A gdy lokalni dysydenci na opustoszałym starym placu, w knajpach i bocznych uliczkach – bo z nowego placu zostali wyrzuceni – starannie zebrali wystarczającą liczbę podpisów, by ograniczyć samowolę wizjonerów urbanistycznych z Stanów Zjednoczonych, ci w centrum wioski ugotowali gar gulaszu, zorganizowali walkę MMA i od razu zebrali trzy razy więcej podpisów, by nie tylko wszystko pozostało po staremu, ale też, by miasto sprzedało im kolejne okoliczne działki na rozbudowę ich placu.

Po prostu, dopóki portale społecznościowe są traktowane jako standardowy produkt rynkowy lub usługa, zasady ich użytkowania, a więc świadczenia, ustala przedsiębiorca. Tak jak ideologicznie konserwatywna agencja reklamowa mogłaby legalnie odrzucić zamówienie na billboard z rainbow message, tak prywatne portale społecznościowe mogą z ideologicznych powodów zdecydować o ograniczeniu zasięgu twoich wpisów lub zablokowaniu konta. Jeśli więc domagamy się lepszego moderowania portali społecznościowych, trzeba od razu dodać, kto i jak powinien decydować o zasadach tych platform.

Korzyść z jedności

Jeśli twierdzę, że zasady ogólnych portali społecznościowych nie mogą być pozostawione własnemu uznaniu właścicieli, to dlatego, że powodem jest ich wielkość i wpływ. Facebook z ponad trzema miliardami użytkowników nie jest już tylko jedną z licznych sieci społecznościowych – stał się publiczną infrastrukturą komunikacyjną, która musi mieć zupełnie inny status prawny i polityczny niż zwykły towar czy usługa rynkowa.

Sieć społecznościowa jest bowiem dzięki efektowi sieciowemu naturalnym monopolem. Efekt sieciowy oznacza, że wartość sieci komunikacyjnej (zarówno w znaczeniu transportowym, jak i informacyjnym) jest tym większa, im więcej miejsc lub użytkowników ją łączy. Gdy zaczęto wprowadzać stałe linie telefoniczne, dla zwykłych ludzi były one raczej bezużyteczne – nie mieli się do kogo dodzwonić. Im więcej gospodarstw domowych było wyposażonych w to połączenie, tym bardziej atrakcyjne było posiadanie telefonu. Podobnie jest z kolejami: są tym bardziej atrakcyjne, im więcej destynacji oferują. Portale społecznościowe działają na tej samej zasadzie: im więcej ludzi, instytucji i firm ich używa, tym wyższa jest ich wartość – i rasta nie liniowo, lecz wykładniczo. To jest powód, dla którego żadna konkurencja dla Facebooka czy Instagrama – wspomnijmy choćby Bluesky, Ello czy Mastodon – nigdy nie zdołała nawet zbliżyć się do ich dominującej pozycji na rynku, choć próbowały to zrobić bez reklamy, lepszej ochrony danych użytkowników czy przyjaźniejszego interfejsu użytkownika. Spróbuj jednak przekonać znajomych, by przeszli na komunikator, którego wcześniej nie używali, a zyskasz doskonałe wyobrażenie o tym, jak to działa na rynku platform komunikacyjnych.

Przemysł sieciowy jest zazwyczaj monopolistyczny. Rzadko w państwie istnieją dwie niezależne sieci autostradowe czy kolejowe, a w gminach zwykle nie ma więcej niż jeden wodociąg czy kanalizacja. Powodem nie są tylko wysokie koszty wejścia dla potencjalnego zainteresowanego, ani nieopłacalność budowy dublującej infrastruktury, ale przede wszystkim fakt, że jednolita sieć zapewnia znacznie wyższą wartość użytkową. W związku z monopolami cyfrowymi czasami mówi się też o możliwości ich rozbicia przez urząd antymonopolowy. W minionym stuleciu w Stanach Zjednoczonych rozdzielono takie wielkie korporacje jak Standard Oil czy AT&T. Problem takiego postępowania, na przykład w przypadku Facebooka, nie polega tylko na tym, że po pewnym czasie może dojść do ponownej konsolidacji rynku (nie zapominajmy o agresywnej polityce przejęć Meta, która kupując Instagram, spacyfikowała potencjalną konkurencję), ale przede wszystkim na tym, że rozbicie portali społecznościowych na poziomie narodowym w zasadzie wyeliminowałoby ich unikalną wartość użytkową, polegającą właśnie na globalnej sieci użytkowników.

Nagła polityczna realizacja

Jeśli portale społecznościowe dzięki swojej wielkości i unikatowej funkcjonalności mają kluczowy wpływ na społeczeństwo i jego przyszły rozwój, musimy je traktować jako publiczną infrastrukturę komunikacyjną. A ponieważ przekroczyły one regulacje rynkowe, muszą być regulowane politycznie. Dotyczy to nie tylko zasad korzystania z portali społecznościowych, ale także ich algorytmów. Marec w tej kwestii proponuje, aby posty były wyświetlane chronologicznie i tylko od ludzi i stron, które użytkownik aktywnie śledzi. Czemu nie?

Najciekawsze jednak przychodzi w pełnym zakończeniu książki, gdzie pisze się: „Jeśli zamiast skutku chcemy rozwiązać przyczynę, rozwiązanie ma charakter ekonomiczny: na portalach społecznościowych trzeba albo zakazać reklamy, albo ją opodatkować na tyle, by nie opłacało się jej prowadzić. (...) Jeśli chcielibyśmy naprawdę skutecznie rozwiązać problem portali społecznościowych i zamiast skutków zająć się przyczyną, to rozwiązanie wyglądałoby właśnie tak.”  A chociaż Marec trafia w sedno, sam nie wierzy, że coś takiego można politycznie wprowadzić. Dlaczego jednak dostrzega wyraźną różnicę między racjonalną możliwością zmuszenia portali społecznościowych do zmiany algorytmów a mało prawdopodobną możliwością zakazu reklamy na tych platformach? Oboje to bowiem ingerencja w ich model biznesowy. Meta za swoje ogromne zyski w dużej mierze zawdzięcza właśnie tym algorytmom, które według Marca powinny się zmienić, ponieważ motywują ludzi do generowania na Facebooku czy Instagramie większej ilości danych i wystawiają użytkowników na większą ilość reklam.

Usługa dla dwóch panów

To znamienne, że rozwiązania, które Marec proponuje, nie wykraczają poza ramy minimalizacji szkód – podobnie jak w regulacji hazardu czy przemysłu tytoniowego. Problem portali społecznościowych jednak nie może być uznany za rozwiązany, dopóki bogactwo ich właścicieli, którzy – jak słowa autora – „nie zajmują się demokracją i wcale się tym nie kryją”, pozostaje nietknięte. Nie jest przypadkiem, że dziewięć na dziesięć największych mediów społecznościowych należy do zaledwie sześciu miliarderów.

W tej kwestii Marec pisze: „To bezprecedensowa koncentracja bogactwa, ale to byłoby mniej więcej jedno, gdyby ktoś bardzo tego pragnął, nawet jeśli byłby nieskończenie bogaty. Z drugiej strony, to także bezprecedensowa koncentracja władzy i zwłaszcza – i chcę to podkreślić trzykrotnie i dodać cztery wykrzykniki – źródeł informacji. Aby zrozumieć, że to ogromny problem i wielkie niebezpieczeństwo, nie musimy cytować Orwella. Naprawdę nie mam nic przeciwko odmiennym poglądom ani bogactwu jednostek, ale z punktu widzenia życia zwykłych ludzi to są katastrofalne wieści.”

Świetnie, to już niemal słownik ekonomii politycznej. Coś tu jednak nie pasuje. Autor uważa koncentrację władzy i źródeł za problem, zdaje sobie sprawę z bezpośredniej zależności między kapitałem ekonomicznym a politycznym i popiera demokrację, której sens według niego polega na tym, „żeby ludzie, którzy nie są bogaci ani potężni, mieli głos, czyli większość z nas (...) – wy macie pieniądze i moc, ale nas jest wielu”. Jednocześnie jednak łaskawie stwierdza, że „kto po tym bardzo pragnie, niech będzie nawet nieskończenie bogaty”, i nie ma zastrzeżeń do „bogactwa jednostek”. Te dwa stanowiska się wykluczają. Jak bowiem mówi Jezus w Ewangelii Mateusza, „nikt nie może służyć dwom panom. Albo jednego będzie nienawidzić, a drugiego kochać, albo jednego się będzie trzymać, a drugiego pogardzać. Nie możecie służyć Bogu i mamonie” (Mt 6:24).

Raport Oxfamu z tego roku Resisting the Rule of the Rich wyjaśnia, że wzrost bogactwa jednostek kosztem społeczeństwa jest bezpośrednio powiązany z wzrostem tendencji autorytarnych. Kraje z największymi nierównościami ekonomicznymi stoją przed nawet siedmiokrotnie wyższym ryzykiem rozkładu demokracji niż kraje równościowe – a miliarderzy mają aż czterokrotnie większą szansę dostać się do funkcji politycznych niż zwykli ludzie. Jeśli jesteś bogaty, możesz zdobywać nieproporcjonalny wpływ polityczny zarówno bezpośrednio (dając datki, zakładając partię czy kandydując osobiście), jak i pośrednio (korupcją, lobbingiem czy mediami). Jeśli nie chcemy używać słowa plutokracja, nazwijmy to demokracją dolarową, którą znacznie lepiej od formalnej zasady „jeden człowiek, jeden głos” oddaje fakt, że „jeden dolar, jeden głos”. Liberałom bardzo zależy na tym, by nikt nie oskarżył ich o niechęć do sukcesu, a jednocześnie odwołują się do etosu społecznej odpowiedzialności, więc stoją na stanowisku, że niech wilk się naje, a owca zostanie cała. To brzmi niezwykle hojnie i daleko od wszelkich ekstremów. Kto jednak w sytuacji, gdy tuzin miliarderów posiada więcej majątku niż biedniejsza połowa ludzkości, odwołuje się do demokracji i interesu publicznego, a jednocześnie nie ma nic przeciwko „bogactwu jednostek”, musi albo cierpieć na kognitywną dysonansję, albo pleść, co mu na język przyjdzie. W parafrazie Pisma Świętego w polityce nie można służyć zarówno kapitalizmowi, jak i demokracji: jeśli jedno wspierasz, drugie zwalczasz; jeśli trzymasz się jednego, pogardzasz drugim.

Lepsze usługi cyfrowe dla wszystkich

Dotychczas była mowa tylko o regulacji, ale dostęp do portali społecznościowych może mieć też pozytywną formę: publiczną alternatywę dla komercyjnych platform. Wizję tego, jak mogłaby wyglądać i funkcjonować, przedstawia James Muldoon w esejupowiązanej książce. Ponieważ kluczową cechą portali społecznościowych jest ich globalność, każda ich bardziej jakościowa, niekomercyjna wersja z podobną lub nawet większą liczbą użytkowników mogłaby powstać tylko w wyniku międzynarodowej współpracy. Muldoon proponuje utworzenie Organizacji Globalnych Usług Cyfrowych (OGUC), która działałaby jako odrębna międzynarodowa instytucja lub jako jednostka organizacyjna Organizacji Narodów Zjednoczonych, podobnie jak na przykład Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny. (O tym, czy ma jeszcze sens uzupełniać i naprawiać ONZ, czy też trzeba ją założyć od nowa, następnym razem.)

Ta organizacja zapewniałaby niekomercyjne usługi cyfrowe – wyszukiwarkę internetową, platformy komunikacyjne i tak dalej – w interesie publicznym i podlegałaby demokratycznemu zarządzaniu i przejrzystej kontroli. Każde państwo członkowskie tej organizacji nominowałoby do jej zgromadzenia generalnego trzech delegatów z równymi prawami głosu – jednego nominowanego przez rząd, jednego przez społeczeństwo obywatelskie i jednego wybranego losowo przedstawiciela społeczeństwa. Zgromadzenie decydowałoby o strategicznym kierunku działania organizacji, wybierałoby jej zarząd i powoływałoby ekspertów technicznych. OGUC byłaby finansowana z podatków nałożonych na portale społecznościowe. Pieniądze te służyłyby rozwojowi bardziej zrównoważonej i znaczącej alternatywy, która w odróżnieniu od obecnych portali społecznościowych mogłaby naprawdę zbliżać ludzi, wspierać obywatelski udział w życiu społecznym i sprawach publicznych, a także udostępniać użytkownikom wysokiej jakości treści, dzięki czemu „odblokowałaby” emancypacyjny i progresywny potencjał tej technologii.

Nowoczesne problemy wymagają niemodernych rozwiązań

Skrajne, ale w pełni legalne rozwiązanie problemów z portalami społecznościowymi – pod warunkiem, że nie uda się ich skutecznie uregulować ani zbudować ich publicznej alternatywy – to ich wspólne własnościowe zarządzanie w interesie publicznym. Oczywiście, byłoby to możliwe tylko za pośrednictwem rządu amerykańskiego i przy finansowym udziale społeczności międzynarodowej (ale to już wykracza poza zakres rozważań Marca). Jeśli portale społecznościowe rozumiemy jako publiczną infrastrukturę komunikacyjną, nie byłoby to krok bezprecedensowy. W roku 1870 Wielka Brytania nacjonalizowała dotąd prywatne sieci telegraficzne, a w roku 1912 przejęła także sieci telefoniczne – i to nawet nie jedna z tych przełomowych technologii komunikacyjnych, które miały na społeczeństwo tak negatywne skutki psychiczne, społeczne i polityczne, jak portale społecznościowe. W 1927 roku nacjonalizowano BBC – wcześniej British Broadcasting Company, od tego czasu British Broadcasting Corporation – która mimo powtarzających się problemów do dziś pozostaje światowym wzorem mediów publicznych.  

Podobnie w strategicznym interesie państwa w przeszłości była nacjonalizacja infrastruktury transportowej, między innymi kolei – na przykład we Francji (1878), w Niemczech (1879), we Włoszech (1905) czy w Japonii (1906). A kto nie wierzy, że taki radykalny krok można wprowadzić wobec technologicznego wielkiego kapitału, może zainteresuje fakt, że Szwecja w latch siedemdziesiątych ubiegłego wieku nacjonalizowała całą sieć aptek, a państwo miało aż do 2009 roku monopol na sprzedaż leków. Uważny czytelnik z pewnością zauważy, że żaden z wymienionych przykładów nie pochodzi z reżimów komunistycznych ani z okresu bezpośrednio po II wojnie światowej, kiedy na całym świecie miała miejsce bezprecedensowa fala nacjonalizacji całych sektorów strategicznych. I zanim zostanę oskarżony o bolszewizm, przypomnę, że o zespół własnościowy Facebooka dyskutują w poważnych światowych mediach akademicy z renomowanych uniwersytetów już od ponad piętnastu lat.

Decyduje kurek z pieniądzem

Wiele problemów portali społecznościowych pozostało w książce Marca i w moim tekście nietkniętych – osobną uwagę wymagałaby ingerencja sztucznej inteligencji na tych platformach i biznes na danych użytkowników. Rozumiem argument, że to „tylko” podręcznik, który nie obiecuje niczego rewolucyjnego i nie wyczerpuje tematu. Jednakże budzi to wątpliwości – nie zawiera żadnych radykalniejszych perspektyw, nie proponuje żadnego konkretnego sposobu, jak politycznie wprowadzić konieczne regulacje, a jednocześnie w imieniu politycznego „realizmu” nie odważa się zbadać przyczyn zamiast skutków, choć sam autor na ostatnich stronach swojej książki sugeruje właśnie ten kierunek rozważań.

Marcowi trzeba przyznać, że w ostatnim czasie odważył się publicznie formułować tak odważne myśli – z pewnością choćby dla ratowania demokracji –, że na Słowacji nie musielibyśmy nazywać kilku setek tysięcy ludzi dezerterami czy łajzami. Ale bez ironii: w swoich tekstach z ostatnich miesięcy wykazuje zdolność autorefleksji i krytyki także wobec własnych szeregów, co jest rzadkie we wszystkich obozach medialnych i politycznych. Doceniam też, że w książce Sociálne siete musia byť zničené rozważa – w odróżnieniu od wielu kolegów – mniej w pojmach moralności, a więcej w pojmach ekonomii politycznej. To bardzo odświeżające czytać liberała, który słowa władzazainteresowania używa częściej niż dobrozło.

Każda konstruktywna próba rozwiązania problemów naszych czasów – w przeciwieństwie do cynicznego demoralizującego komentowania – jest mile widziana choćby jako sygnał, w jakim kierunku rozwija się myślenie w różnych częściach społeczeństwa. Do propozycji Marca na ograniczenie portali społecznościowych może się w pewnych warunkach przyłączyć także lewica. Z jej perspektywy jednak chodzi raczej o użytkowe ulepszenia niż o istotną zmianę kierunku, w którym rozwijają się portale społecznościowe. Sam autor w zakończeniu przyznaje, że tak naprawdę nie chodzi mu o dotarcie do sedna sprawy, a być może wystarczyłoby, „gdybyśmy skupili się na najbardziej palących problemach. Nazwijmy to przycinaniem krawędzi. [...] Już samo to doprowadziłoby do radykalnej poprawy sytuacji i nie, to nie jest doskonałe rozwiązanie, ale prawdopodobnie zgodzimy się, że nawet niedoskonałe rozwiązanie jest lepsze od braku jakiegokolwiek”.

Oczywiście, polityka „wszystko albo nic” jest bezsensowna. Nie rozumiem też, dlaczego mielibyśmy już z góry zadowalać się łagodzeniem objawów naszych trudności zamiast ataku na ich przyczynę. Niedoskonałe rozwiązanie może być uczciwym wynikiem niepowodzenia, ale nie powinno być priorytetem, że „tak to wystarczy”. Opowieść o portali społecznościowych to bowiem historia wspólnego mianownika wszystkich naszych głównych problemów społecznych, którym jest koncentracja władzy. Marec według własnych słów w książce nie formułuje „argumentu przeciwko kapitalizmowi jako takiemu, ale przeciwko jego nierestrykcyjnej formie”. I właśnie w tym tkwi podstawowy problem. Cokolwiek by portale społecznościowe nie były, dopóki będą z Elonem Muskiem i Markiem Zuckerbergiem powiększać swój majątek, ci i inni miliarderzy będą się z każdym kolejnym dolarem zbliżać do sytuacji, w której będą mogli kupić swoje algorytmy w polityce z powrotem i już nigdy nie pozwolą im odebrać.

Portret Martina Makary

Autor jest doktorantem w dziedzinie języka słowackiego i literatury

Tekst powstał przy wsparciu fundacji Rosa Luxemburg Stiftung, z przedstawicielstwem w Czechach. Za treść odpowiada wyłącznie wydawca; poglądy prezentowane w tekście nie muszą koniecznie odzwierciedlać stanowiska fundacji.