Pomimo upadku. Osobisty esej o końcu życia i świata

Kapitál
Pomimo upadku. Osobisty esej o końcu życia i świata

To był dziwny rok. W całej Europie padały rekordy temperatur, długotrwałe susze niszczyły plony, pożary pochłaniały lasy. Konflikty wojenne i genocydy na całym świecie nie ustawały, sezon na mordowanie nie znał sezonu ogórkowego. Faszyści politycy stawali się coraz głośniejsi i bardziej nieustraszeni. A ja umierała moja mama.

To był dziwny rok. W całej Europie padały rekordy temperatur, długotrwałe susze niszczyły plony, pożary pochłaniały lasy. Konflikty wojenne i ludobójstwa na całym świecie nie ustawały, zabijanie nie zna sezonu ogórkowego. Faszyści politycy stawali się coraz głośniejsi i bardziej nieustraszeni. A ja w tym czasie traciłem mamę.

Na początku tego roku wydany przez historyka i teoretyka literatury Eda Solomona książka Writing during the Apocalypse. Reflections on the Great Unraveling, w której sam pyta siebie, czy w dzisiejszych czasach, które mają wszelkie oznaki nadchodzącego końca cywilizacji, jeszcze ma sens pisać i tworzyć. Po co się starać, gdy zagłada puka do drzwi, a książek już nikt nie będzie czytał? Jak walczyć literaturą z procesami, których nie da się odwrócić? Co może poezja wobec bezsilności?

Solomon odnotowuje symptomy oczekiwanej globalnej zagłady i słyszy ją w pędzie koni czterech jeźdźców apokalipsy, w tym przypadku są to wojna, pandemia, nieuregulowane technologie i kryzys klimatyczny. Każdemu jeźdźcowi poświęca jeden rozdział książki, w którym jednocześnie proponuje, jeśli nie antidotum, to przynajmniej środek łagodzący: pisanie jako protest, jako podtrzymywanie pamięci, jako tworzenie sensu i zachowanie wartości. Co jednak robić w sytuacji, gdy już nie ma leków ani pocieszających środków?

Wszystko, wszędzie, naraz

Parę dni przed końcem roku szkolnego moja mama zaczęła mieć problemy z koordynacją ruchów, kręciła się jej głowa, do szkoły wolała jechać autobusem. Była nauczycielką, jej uczniowie z klasy dziewiątej właśnie żegnali się ze szkołą podstawową, chciała być przy tym. Gdy zorientowała się, że nie potrafi podpisać świadectw uczniom, zgłosiła się na hospitalizację. W szpitalu zdiagnozowano u niej bardzo rzadką chorobę neurodegeneracyjną, która dotyka około jednego na milion ludzi. Ma bardzo szybki przebieg, zwykle pojawia się spontanicznie, bez przyczyny i bez ostrzeżenia, i zawsze jest śmiertelna. Nie ma na nią żadnego lekarstwa. Większość pacjentów od początku choroby dożywa od trzech do sześciu miesięcy, w niektórych przypadkach znacznie mniej.

Mojej mamie w tej chwili pozostawało siedem tygodni życia.

To były siedem bardzo szybkich i zarazem bardzo wolnych tygodni. Staraliśmy się nadążać za tempem choroby, która jednak zawsze była o krok do przodu. Mama znacznie szybciej traciła zdolności motoryczne i poznawcze, niż zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić.

Jedno życie i z nim jeden świat waliły się nam przed oczami, a my przez większość czasu tylko bezsilnie się temu przyglądaliśmy.

Podczas tego lata, naturalnie, nie miałem wiele czasu ani sił na czytanie, mama wkrótce wymagała nieustannej opieki. Jedną z książek, które udało mi się przeczytać, były rozważania Solomona o końcu świata i roli sztuki w tym nieczasie. Opiera się na obserwacji, dziś już bardzo powszechnej, że jeźdźcy apokalipsy nigdy nie galopują sami. Kryzysy, które kształtują naszą obecną rzeczywistość, nie dzieją się oddzielnie, t.j. mają miejsce jednocześnie, a do tego wzajemnie na siebie oddziałują, wzmacniają się, rosną wykładniczo. Rozrastają się jak nowotwory, których nie da się zatrzymać. Dziś na to mówimy polykryzy.

Częściowo rozumiemy to, potrafimy racjonalnie wyjaśnić. Technokratyczna oligarchia wspiera autorytarne reżimy, które potem prowadzą wojny i przyczyniają się do pogłębiania kryzysu klimatycznego. Ofiary konfliktów i zmian klimatycznych opuszczają swoje domy, a ich migracja służy politykom autorytarnym do podsycania nienawiści, rasizmu i niesprawiedliwości, co ostatecznie znowu sprzyja nowej technokratycznej elicie. Zaklęty krąg, który codziennie bezradnie obserwujemy w wiadomościach.

Wiele z tego dzieje się jednak na poziomie zimnych, pośrednich informacji i faktów, często mamy wrażenie, że to do naszych żyć jednak zbyt mocno nie dociera. W tłumaczeniu tego jednak nieustannie brzmi, jak tykające zegary w starym domu, jak buczenie wentylatora w szpitalnym pokoju. Myślałem o tym podczas tego lata, gdy ku mojemu zdziwieniu świat na tle gwałtownej choroby mamy nie zatrzymał się, wręcz przeciwnie, cała sytuacja, sama w sobie dość krytyczna, jeszcze się pogorszyła.

Chociaż w dużej mierze ignorowałem wydarzenia światowe, ich wpływu nie dało się uniknąć. Myślałem o tym, gdy woziłem mamę na jedno z wielu badań, a w radiu mówili o narastającym napięciu między Stanami Zjednoczonymi a Iranem i o wznowieniu walk. Uświadomiłem sobie to, gdy czytałem w czekarni szpitalnej wiadomości o kontynuującej się ludobójstwie w Gizie. Gdy dowiadywałem się o powodziowych zniszczeniach i pożarach. Tak, to wciąż tylko informacje, wiadomości, które na nas spływają, niezależnie od tego, czy ktoś właśnie umiera, czy nie. Ale w momentach, gdy śmierć siedzi z wami w pomieszczeniu, bardziej uświadamiacie sobie, co te nieustanne katastroficzne wiadomości z wami robią, w jakim świecie pełnym śmierci żyjecie. Jak ten świat pełen zagłady i okrucieństwa kształtuje wasz pogląd na życie, wasz nastrój, waszą zdolność do obrony przed osobistymi tragediami.

„Jeśli człowiek wie, że za dwa tygodnie zostanie powieszony, potrafi się niesamowicie skupić,” mówi James Boswell w Życiu Samuela Johnsona. Uważam, że to dotyczy nie tylko przenikliwej myśli, jak sugeruje Boswell, ale także wyższej wrażliwości i zranialności. Gdy jesteśmy blisko śmierci, odczuwamy ją intensywniej, nawet za murami naszych domów i za granicami naszych krajów. I odwrotnie. Osobiste jest od dawna polityczne, polityczne wybrzmiewa w osobistym. Przed niektórymi jeźdźcami apokalipsy nie ma ucieczki.

To jednak wciąż „tylko” skutek polykryzysu na zdrowie psychiczne, na umysł i ducha. O wiele intensywniej zacząłem odczuwać rozważania Solomona, gdy w Bratysławie wzrosły temperatury i w środku lata padły słowackie rekordy termiczne. Na początku sierpnia w stolicy osiągnęły niemal 41 stopni. W tym czasie moja mama była już całkowicie unieruchomiona i całe dni leżała na łóżku w swoim mieszkaniu w Petržalke. Ekstremalne upały są trudne dla prawie wszystkich, ale wiemy, że najciężej znoszą je najbardziej wrażliwi. Zdrowy człowiek potrafi choć trochę złagodzić ich skutki, pójść do lasu, do chłodu, ochłodzić się – ale bezwładny człowiek przed nimi nie znajdzie schronienia. Szwagier w końcu przyniósł mamie przenośną klimatyzację do rozgrzanej izby, ale to też nie było idealne rozwiązanie – ta przestrzeń dość szybko się schładza, jest to jednak chłód nienaturalny, który zdrowy człowiek jeszcze jako-tako zniesie, a niepełnosprawny wkrótce zacznie cierpieć z powodu wychłodzenia. I żadne regulacje ani naciskanie wszystkich możliwych przycisków nie pomagają, nieruchome ciało chłodzi się z upiornym, złowieszczym zwiastunem.

Na własnej skórze, i na skórze bliskiego, poznaje się prawdę, którą zgodnie odrzucają klimatolodzy i wielu liberałów: nie, technologie nie uchronią nas przed skutkami katastrofy klimatycznej. Ani te proste, jak klimatyzacja, ani te najbardziej zaawansowane. I w ogóle nie wtedy, gdy będziemy chorzy, starzy, biedni i wrażliwi.

Żywa rzeka

To tylko niektóre przypadki konwergencji globalnych kryzysów i osobistej tragedii, które zaobserwowałem podczas lata, o innych wolałbym nie mówić. Podobne przenikania jednak codziennie przeżywają zapewne miliony ludzi na całym świecie, szczególnie w obszarach, które są dotknięte skutkami światowych kryzysów znacznie bardziej niż mały kraj w środkowej Europie. Zostaje pytanie, które często sobie zadawałem w tych tygodniach i które jest też motywem przewodnim książki Solomona – jaką rolę w tym przenikaniu globalnego do intymnego, apokaliptycznego do osobistego, może odgrywać sztuka, a zwłaszcza pisanie? 

Jak wspomniałem wyżej, Ed Solomon widzi kojące możliwości literatury w zdolności odwoływania się do przeszłości (podtrzymywanie pamięci, zachowanie wartości), reagowania na teraźniejszość (protestujące pisanie) i patrzenia w przyszłość (poszukiwanie sensu). To nie jest żadne lekarstwo, a z poczucia autora wielokrotnie miałem wrażenie, że raczej chwyta się słomki, niż oferuje przekonujące odpowiedzi. Ale to przynajmniej coś.

Na końcu tunelu może nie być światła, ale to nie znaczy, że musimy cały czas błąkać się w mroku.

Dzięki epidemiom dżumy mamy Boccacciowego Decameron, światowa wojna oprócz niewyobrażalnego cierpienia przyniosła też romanse Remarque’a. Czy to odpowiednia plomba na przeżyte koszmary? Ani trochę. To zawsze za mało, zawsze za późno. Ale to jedna z nielicznych możliwości, by nadać bezsensownemu światu choć odrobinę sensu.

Amerykański poeta Wallace Stevens w jednej z wierszy pisze, że śmierć jest matką piękna. Tylko dzięki przemijalności możemy dostrzec piękno w rzeczach i ludziach – nie doceniamy nieskończoności. A im bliżej jest śmierć naszych bliskich i planety, tym bardziej możemy być wrażliwi na piękno. To podobne spostrzeżenie jak to Boswella – z pętlą na szyi postrzegamy ostrzej (Fučík o tym wiedział swoje), i to nie tylko w relacjach społecznych i międzyludzkich, ale także w pięknie odchodzącego świata.

Możemy dostrzec podobieństwa, które inaczej by nam umknęły, a które mogą nas czegoś nauczyć. Ja na przykład wyraźnie odczuwałem paralelę między losem, który czekał nas wszystkich (i zwłaszcza przyszłe pokolenia) w świecie ekstremalnych zmian klimatycznych, a tym, który przygotowała nieoczekiwana choroba mojej mamy. Oba te procesy były brutalnie szybkie, znacznie szybsze, niż przewidywali eksperci. W obu przypadkach jednostka może czuć się bezradna, stoi wobec czegoś, co jest większe od niej samej, bez możliwości obrony, bez możliwości pomocy. Jak już wspominałem w przypadku przenośnej klimatyzacji, technologie nie pomagają, zagłada postępuje zbyt szybko. Każdy sprzęt, który zdobyliśmy i którym chcieliśmy mamie ułatwić ostatnie dni, czy to wózek, czy przenośna toaleta, w ciągu kilku dni okazał się nieskuteczny, bo choroba rozwijała się błyskawicznie.

Podobnie jak w przypadku dziś już nieuniknionej katastrofy klimatycznej, czyny jednostki nic nie zmienią zasadniczo. Możesz segregować odpady, oszczędnie się odżywiać, nie latać i podpisywać petycje o zmniejszenie emisji CO2, ale na nieodwracalne skutki zmian klimatycznych to już nic nie wpłynie. To jednak nie znaczy, że nie ma sensu tego robić, choćby paradoksalnie. Śmierć naszych bliskich ani zanik bioróżnorodności nie da się powstrzymać, ale możemy się tego nauczyć akceptować.

A akceptacja to nie to samo co rezygnacja.

Akceptacja może być kreatywnym, twórczym procesem, w którym dla siebie – a w idealnym przypadku także dla innych – odnajdujemy nowy sens. Choćby w drobnych szczegółach, w detalach.

W ostatnich dniach życia moja mama prawie nie potrafiła już komunikować się, dlatego każde jej słowo było cenne. Nabywały niespodziewane znaczenia. Około trzy tygodnie przed śmiercią prowadziliśmy rozmowę, w której udało jej się jeszcze powiedzieć kilka jako-tak spójnych zdań. To dla mnie ważniejsze niż setki godzin rozmów, które odbyliśmy, gdy była zdrowa.

Po pogrzebie musiałem wyjechać z Bratysławy, z żoną wybraliśmy się na kilka dni na Morawę. W okolicy wsi Radějov poszliśmy na spacer po okolicznej przyrodzie, w internecie wyczytałem, że ludzie polecają spacer tzw. Doliną Księżycową, przez którą przepływa rzeka Mandát. To podobno piękna wycieczka, w lesie słychać szum rzeki. Spacer był ładny, ale rzeka nie szumiała, koryto było całkowicie wyschnięte, podobnie jak większa rzeka Radějovka, przepływająca przez wieś. Dolina Księżycowa spełniła obietnicę swojego imienia, była cicha, wyschnięta, jakoś groźna.

Po kilku dniach znaleźliśmy się na Orawie, pod Orawską Polhorą, znów na spacerze w lesie. Przy szlaku turystycznym natknęliśmy się na rzekę, też w dużej mierze wyschniętą, ale nie całkowicie. Słaby prąd jeszcze nawilżał kamieniste dno, wciąż rosły tam rośliny. Nie pamiętam, kiedy tak się ucieszyłem, widząc rzekę w ruchu. Pomimo wszystko jeszcze żyła.

Uczyć się umierania

Być świadomym piękna na tle upadku można, oczywiście, także bez sztuki, bez literatury. Ale jej obecność, jej istnienie, może pomóc człowiekowi. Oprócz esejów Solomona czytałem latem także powieść Přítelkyně z domu smutku, w której Eva Kantůrková zapisuje swoje doświadczenia z więzienia w czasach normalizacji, oraz tuż po śmierci mamy nowelę Tam Nicol Hochholczerovej, w której autorka mierzy się ze śmiercią starego ojca. Czas spędzony z tymi książkami pomógł mi, i nie tylko dlatego, że ich tematy były mi bliskie – także dlatego, że mówię raczej o spędzonym czasie, niż o aktywnym czytaniu. Pomagała mi świadomość, że istnieją, że ktoś tworzy mimo trudnych, krytycznych, tragicznych warunków, że ta twórczość komunikuje się z kimś, nawet przez przepaść czasu, przestrzeni i śmierci. „Pisanie jest święte, bo jest rytuałem narodzin sensu. Czasem w nim jest taka łaska, że ktoś znajduje ukojenie w samym akcie, w którym człowiek, który czyta, spotyka się z innym człowiekiem. Słowa i opowieści są tak ważne, jak zawsze były, bo jeśli coś znaczą dla jednego człowieka, to nie ma znaczenia, że nie znaczą nic dla innych,” mówi Solomon w jednej z najpiękniejszych fragmentów książki.

Pisanie i czytanie jako akt miłosierdzia, czego więcej chcielibyśmy znaleźć w ruinach rozpadającego się świata?

Słynna maksyma Michela de Montaigne mówi, że studiowanie filozofii oznacza uczyć się umierać. Na końcu jednej cywilizacji, na końcu jednego życia, filozofia i sztuka mogą nas jednocześnie uczyć czegoś przeciwnego – co oznacza (jeszcze) żyć. Co oznacza akceptować to, co nieuniknione, ale się nie poddawać, co oznacza szukać piękna w rozpadzie i nadziei w beznadziei, co oznacza tworzyć zniszczenie mimo wszystko.