Gdzie Wschód spotyka się z Zachodem

New Eastern Europe
Gdzie Wschód spotyka się z Zachodem

Ten tekst został opublikowany w pierwszym numerze "Nowej Europy Wschodniej" przez zmarłego Martina Pollacka, austriackiego pisarza, tłumacza i przyjaciela magazynu. Jego znaczenie jest równie silne dzisiaj, co pokazuje ta skrócona wersja.

Co Zachodnioeuropejczyk widzi na wschodniej części kontynentu? Co zobaczyłby nasycony Austriak, gdyby, zmieniając własne nawyki, postanowił zwrócić uwagę na Wschód zamiast na Zachód? A może, z jakiegoś powodu, odłożyłby na bok swoje drobne, codzienne troski i rozważał region, błędnie nazywany Europą Wschodnią? Ułóżmy to inaczej: Czego oczekują od tych krajów Zachodnioeuropejczycy? Co mogą tam znaleźć?

To jest uzasadnione pytanie, ponieważ zawsze istnieje luka między obrazem a rzeczywistością. Ulegamy przekonaniu, że widzimy rzeczy i posiadamy pewną wiedzę. Wymyślamy własne opinie. A jednak wszystko to są po prostu przypuszczenia, z góry ustalone poglądy, uprzedzenia, które nie zdałyby testu rzeczywistości. Rzadko rozważamy takie starcie. Nawet nie przyszłoby nam do głowy podjęcie próby przełamania stereotypów, które w wielu przypadkach były nam przekazywane z pokolenia na pokolenie. Stąd nasz stosunek do Europy Wschodniej kształtowany był przez takie nieuzasadnione osądy, fałszywe obrazy i stereotypy.

Europa Wschodnia – gdzie ona jest?

Problemy pojawiają się już przy próbie precyzyjnego zdefiniowania terminu „Europa Wschodnia”. Gdzie ona jest? Jakie są jej wschodnie i zachodnie granice? Które kraje ją obejmują? Czy nadal jest poprawne politycznie używanie tego terminu? Czy nie byłoby bardziej poprawne mówić „Europa Środkowa i Wschodnia”, „Europa Południowo-Wschodnia” i „Europa Północno-Wschodnia”? Nie tak dawno powszechnym przekonaniem było, że Europa Wschodnia to obszar zamieszkiwany przez Słowian. Ten obraz nadal nas prześladuje i wielu ludzi wierzy w ten absurdalny pomysł. Pomnóżmy: jak słowiańskie są Węgrzy, Albańczycy, Rumuni, Mołdawianie, Litwini, Łotysze czy Estończycy? Może powinni być uważani za Zachodnich Europejczyków?

Problem nie kończy się na tym. W terminologii geograficznej, przynajmniej z perspektywy Austrii, Europa Wschodnia jest niemal niemożliwa do jednoznacznego zdefiniowania. Rzut oka na mapę i widzimy, że Praga jest bardziej na Zachód niż Wiedeń, a to samo dotyczy Lublany, Rijek, czy Szczecina. Wszystkie te miasta byłyby przypisane do etykiety Europa Wschodnia, bez większego zastanowienia, choć ich mieszkańcy naprawdę czują, że żyją w Europie Środkowej.

Chodzi mi o to, że pojęcie Europa Wschodnia jest bardziej koncepcją polityczną niż geograficzną. Jej granice wyznaczono po 1945 roku i poddały się wpływom Związku Radzieckiego. Przez dziesięciolecia my, na Zachodzie (a oczywiście w tym kontekście termin Zachód jest równie nieprecyzyjny jak Europa Wschodnia), byliśmy zadowoleni, odnosząc się do krajów bloku wschodniego lub po prostu do Bloku Wschodniego. Patrzyliśmy na ten region jak na jednorodne terytorium pozbawione różnic czy granic. Dla nas Europa Wschodnia to obszar, na którym wszystko jest mniej więcej takie samo: polityka, gospodarka, styl życia, mentalność ludzi, a nawet miasta i wieś. Mieliśmy mgliste wyobrażenie, że krajobraz jest nieco inny, ale nie mieliśmy o tym pierwszej ręki wiedzy, ponieważ nigdy nie podróżowaliśmy na wschód.

I jeśli chodzi o podróże na wschód, niewiele się naprawdę zmieniło. Nawet dziś wyjazd na Ukrainę czy do Mołdawii jest postrzegany, tak jak to było lata temu, jako ryzyko. Wielu z nas po prostu woli tam nie jechać: sicher ist sicher.

Bogaci, dumni i nadmiernie pewni siebie

Ten okres wpłynął na naszą mentalność i zachowanie. Myśl, że nasz dom jest w lepszej części Europy, dawała nam dumę. Sprawiała, że czuliśmy się dość pewni siebie wobec naszych wschodnich sąsiadów, których uważaliśmy za naszych mniej uprzywilejowanych krewnych. Tak, nieszczęsne dusze, które od czasu do czasu mogły liczyć na naszą hojność i dobroczynność. Nawet w takich momentach woliliśmy zachować dystans. To są emocje, które wywołują; są one bardziej tolerowane niż kochane.

Poczucie wyższości z odrobiną litości, które w każdej chwili mogło zamienić się w nietolerancję, pozwalało nam traktować Czechów, Słowaków, Polaków, nie wspominając o Ukraińcach czy Białorusinach (o których istnieniu ledwo wiedzieliśmy), z tak aroganckim nastawieniem. Nigdy nie pozwolilibyśmy sobie na takie traktowanie Brytyjczyków, Francuzów czy Włochów. Nasi sąsiedzi na Wschodzie byli po prostu gorsi, pod wieloma względami. Byli biedni, nie mieli szczęścia, a my potrafiliśmy im przypominać o ich nędzy. Jak to często bywa w relacjach z biedniejszymi krewnymi, nie uważaliśmy za niestosowne okazywać im naszej wyższości. Nie wspominając o tym, że potrafiliśmy dawać im dobre rady, nawet nie znając, jak wyglądało ich życie. Gdy ignorowali nasze słowa mądrości, traktowaliśmy to jako brak wdzięczności. Ostatecznie byliśmy dumni z naszego sukcesu. To my, Zachód, mieliśmy być tym, czego słuchają.

Z czasem zaczęliśmy wierzyć, że może nasi sąsiedzi zza Żelaznej Kurtyny zasługują na swoje przeznaczenie. Może, przynajmniej częściowo, dzielili odpowiedzialność za swoje losy. W końcu my, albo może nasi rodzice i dziadkowie, byliśmy w stanie odbudować zniszczony kraj po wojnie i poświęcić się budowaniu „dobrej przyszłości”. Na pewno musiał istnieć powód, dla którego ci żyjący za Żelazną Kurtyną nie odnosili takiego sukcesu, a ich kraje przeżywały kryzys za kryzysem. Czy to naprawdę tylko system polityczny? A może to my, Wschodnioeuropejczycy, byliśmy mniej ambitni, mniej pracowici i mniej wytrwali od nas?

To, że Europa Wschodnia, twór Zimnej Wojny, zniknęła z map wraz z upadkiem Związku Radzieckiego i końcem komunizmu, zdarzyło się tak szybko, że nawet największy optymista nie mógł tego przewidzieć. Wkrótce potem, w podobnym tempie i z niespodziewaną odwagą, rozpoczął się proces rozszerzenia Unii Europejskiej na Wschód.

Straszny Wschód

Niegdyś pociągający entuzjazm wobec zjednoczonej Europy bez granic został zastąpiony, w najlepszym razie, niepokojącą wątpliwością lub, co gorsza, egoizmami narodowymi, drobnym i egocentrycznym myśleniem. W wielu krajach, także w Europie Wschodniej i Środkowej, widoczna jest popularność myślenia nacjonalistycznego i wrogości wobec mniejszości. Dla wielu ludzi na Zachodzie stało się to pretekstem, by znów odwrócić się od Wschodu. Dla nich ten region znów zaczyna wyglądać na nieprzewidywalny i zagrażający.

Jednak te same tendencje można dostrzec w demokracjach zachodnich, w krajach, które od lat służyły jako przykład liberalizmu i otwartości na świat. Dlatego nie ma powodu, byśmy my, na Zachodzie, patrzyli z litością na Wschód i ostrzegali go przed zagrożeniem nacjonalistycznych ruchów, które są nam dobrze znane. Powinniśmy raczej zastanowić się nad podobnymi tendencjami w naszych własnych krajach.

Ja mieszkam w południowej części Burgenlandu w Austrii, blisko granicy z Węgrami i Słowenią. Dziś, gdy oba kraje są członkami Unii Europejskiej, granica nie ma już znaczenia. A jednak wydaje się, jakby nigdy nie zniknęła. Istnieje, przynajmniej w naszych głowach. Między południową częścią Burgenlandu a regionami granicznymi Węgier i Słowenii nie ma znaczącej wymiany. Ludzie z mojego regionu są zazwyczaj dość powściągliwi i sceptyczni, gdy chodzi o drugą stronę. Stare obawy i nieufność kwitną i są szerzone.

Ironią jest, że przed 1918 rokiem Burgenland należał do węgiersiej, a nie austriackiej części dualistycznej monarchii Habsburgów. Jednak niewiele pozostało z więzi, które historycznie nas łączyły. Te więzi dawno zostały przerwane. Nowe są powoli nawiązywane i z wieloma trudnościami. Dziś każda próba ponownego otwarcia starych drzwi, które przed 1989 rokiem były zamknięte Żelazną Kurtyną, spotyka się z oporem ze strony Austriaków; wielu Austriaków mieszkających w pobliżu starej granicy nadal jest przeciwnych jej ponownemu otwarciu.

Ta widoczna odległość ujawnia ignorancję wobec języków naszych sąsiadów. Nie byłoby to tak zaskakujące, gdyby nie fakt, że kiedyś wielu mieszkańców Burgenlandu mówiło po węgiersku, a nawet po chorwacku (Burgenland jest również zamieszkiwany przez mniejszość Chorwatów). Dziś wielojęzyczność jest uważana za coś niezwykłego. To prawda, przynajmniej po naszej stronie granicy. Po drugiej stronie, czyli na Wschodzie, jest to zupełnie inna sytuacja. Tam wielu młodych ludzi mówi po niemiecku.

To wydaje się być cechą charakterystyczną wszystkich tych unikalnych części Europy, gdzie Wschód styka się z Zachodem. Wciąż potrzeba dużo cierpliwości, aby rozmontować istniejące uprzedzenia, przezwyciężyć obawy i podjąć prawdziwy dialog z naszymi sąsiadami. A przez prawdziwy dialog nie rozumiem przemówień łzawych, wypowiadanych drżącym głosem podczas uroczystości rocznicowych, w których uczestnicy obejmują się, wymieniając pocałunki. Przez prawdziwy dialog rozumiem prostą, codzienną rozmowę.

O tych trudnych nazwach

W kulturze potrzebna jest duża wytrwałość i cierpliwość, aby przezwyciężyć stare wzorce myślenia i osiągnąć zmiany. Dość często wydaje się, że obojętność i brak zainteresowania wynikają z drobnych szczegółów. Weźmy na przykład pisownię nazwisk. Ktoś mógłby powiedzieć, że to moja osobista fanaberia, by martwić się o tak drobną rzecz. A jednak wierzę, że za taką beztroską postawą wobec pisowni obcych nazwisk, zwłaszcza tych pochodzących z Europy Wschodniej, kryje się jakaś przyczyna. Na przykład wśród austriackich dziennikarzy panuje norma, by błędnie pisać polskie, czeskie i węgierskie nazwiska. Coś, co nikogo nie obchodzi. Nawet główne gazety nie są pewne, jak poprawnie napisać nazwisko znanego polskiego polityka. Czy to Kaczyński, Kaczyński, Kacsinski, a może Kaczyński? Przez wiele lat osobiście walczyłem o poprawną pisownię (zapomnijmy o wymowie) nazwiska Kapuściński, co było walką na ślepo. Jednocześnie nazwiska francuskich polityków czy pisarzy, na przykład, które również nie są łatwe dla Austriaków, są traktowane z szczególną uwagą, aby były pisane poprawnie, aż po ostatni akcent.

Niechlujstwo w tym zakresie, które jest także oznaką ignorancji i/lub poczucia wyższości, ma długą tradycję. O tym mówiłem już wielokrotnie. Po raz pierwszy poruszyłem ten temat w 1985 roku w eseju o prowokacyjnym tytule – Wezwanie do wschodzenia Wiednia. Wtedy napisałem: „Powszechnie wiadomo, że duża część wiedeńskiego spisu telefonów składa się z słowiańskich lub węgierskich nazwisk. Co irytujące, jest jednak fakt, że niewielu Wiedeńczyków potrafi lub wykazuje wystarczający wysiłek, by je poprawnie pisać, nie mówiąc już o wymowie… I to nie dlatego, że Wiedniacy są jakoś wrogowi wobec obcych nazwisk: francuskie czy angielskie nazwiska są tu lubiane. Sytuacja jest zupełnie inna, jeśli chodzi o nazwiska polityków czy innych dignitarzy z Węgier lub innych krajów słowiańskich. Tu języki się mieszają, tu radośnie rośnie imperializm kulturowy: kto, na ziemi, dba o to, czy nazwiska polskiego lidera robotników czy węgierskiego kompozytora są poprawnie wymawiane?”

Ta sama stara historia

Żelazna Kurtyna dawno została podniesiona. Druty kolczaste i miny to historia. Granice są otwarte. Nawet narody, które kiedyś były zamknięte w Związku Radzieckim, od 20 lat są państwami i można je odwiedzać bez ograniczeń. Mają własne dobre hotele, restauracje i równie wyrafinowane życie intelektualne jak to na Zachodzie. A jednak kurtyna nadal istnieje, jakby nic się nie zmieniło.

Jak to możliwe? Jak to wyjaśnić? Dlaczego tak trudno jest wypełnić tę ignorancję wobec Europy Wschodniej i Środkowej?

Uważam, że główne powody mają charakter głównie historyczny. Uprzedzenia, które ujawniają się w naszym stosunku do naszych wschodnich sąsiadów, sięgają głęboko w historię, sięgając nawet XIX wieku lub jeszcze dalej. Jak powszechnie wiadomo, takie uprzedzenia są najbardziej żywe i najtrudniejsze do wykorzenienia. Znowu odnoszę się do Austrii, choć jest to dość podobne w innych krajach zachodnich. Ale zostańmy przy Austrii. Tu brak zrozumienia dla historii i tradycji narodów Europy Wschodniej jest bardzo głęboko zakorzeniony. Już przed upadkiem monarchii Habsburgów, w austriackiej części, orientacja była głównie prozachodnia, choć Wiedeń był także miastem Polaków, Ukraińców, Czechów i Słoweńców.

Jednak nawet wtedy niemieckojęzyczni Austriacy byli zirytowani i nosili pewien poziom nieufności wobec wschodnich sąsiadów. Kto mógł sobie na to pozwolić, wybierał wakacje w austriackich górach, nad austriackim morzem lub przynajmniej nad austriackimi jeziorami, ale nie w Böhmen (tak nazywano wtedy Czechy) czy na równinach dzisiejszej Węgier. I niech to będzie podróż na Galicję, bo to byłoby najgorsze.

Jeśli ktoś zdecydował się na podróż w te odległe rejony, wracał z opowieściami o niezadowoleniu i stereotypowych skargach. Franz Grillparzer (1791–1872), austriacki poeta narodowy, znany z gderliwości i mizantropii, opisał tak swoją podróż po czeskim kraju: „W momencie, gdy przekraczasz granicę czeską, wszystko zwalnia i pogarsza się. Czy to tylko moja przekonanie, czy może to jest teren, w sumie chyba nie tak zły, w swojej istocie – jak to powiedzieć? – bardziej nudny, gorzki, dzikszy niż w Austrii. A żebracy przy bocznych drogach są liczniejsi i bezwstydniejsi”.

Do dziś jest to, albo przynajmniej podobne do tego, reakcja wielu Austriaków (i nie tylko Austriaków) patrzących na Wschód. Negatywne od początku, są nieufni i zawsze przekonani, że u nich, czyli na Zachodzie, jest znacznie lepiej. W tym sensie Grillparzer jest dość na czasie. Fakt, że ten wielki austriacki poeta narodowy, bez większych oporów, napisałby „Takacs” zamiast „Takács”, nie jest zaskoczeniem; to ta sama stara historia.

Martin Pollack był austriackim pisarzem, dziennikarzem i tłumaczem literatury polskiej. Był autorem wielu książek, m.in.: Der Tote im Bunker. Bericht über meinen Vater (Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu) (2004), oraz Kaiser von Amerika. Die große Flucht aus Galizien (Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji) (2010). Zmarł w 2025 roku.