Europejski moment Mołdawii i pytanie o państwowość

New Eastern Europe
Europejski moment Mołdawii i pytanie o państwowość

Moldova nigdy nie była bliżej do dołączenia do Unii Europejskiej. Jednakże, w miarę jak Bruksela przyspiesza rozmowy akcesyjne, Chișinău staje w obliczu serii kryzysów, które ujawniają nierozwiązane pytania dotyczące zarządzania, kontroli terytorialnej i tożsamości narodowej. Jej postęp w kierunku członkostwa może więc zależeć nie tylko od reform, ale także od tego, czy kraj będzie w stanie umocnić fundamenty swojej suwerenności.

Na chwilę w połowie czerwca 2026 roku, europejska droga Mołdawii wydawała się niezwykle prosta. Podczas Drugiej Konferencji Międzyrządowej UE-Mołdawia w Luksemburgu 15 czerwca, Unia Europejska otworzyła pierwszy i najważniejszy z sześciu klastrów negocjacyjnych z Mołdawią i jej sąsiednią Ukrainą: klaster „fundamenty”, obejmujący kluczowe obszary takie jak praworządność, instytucje demokratyczne i walkę z korupcją. Po prawie dwóch latach paraliżu spowodowanym veto Węgier na Ukrainę, proces w końcu zaczął się poruszać. Z Brukselą konsekwentnie chwalącą reformy Mołdawii, opisując ją jako jednego z najsilniejszych wykonawców rozszerzenia, deklarowany cel Chișinău, czyli zakończenie negocjacji do 2028 roku i przystąpienie do UE do 2030, przestał wydawać się całkowicie nierealny. Sądząc wyłącznie po harmonogramie akcesji, Mołdawia weszła w drugą połowę 2026 roku w najsilniejszej pozycji od czasu uzyskania niepodległości.

Test zarządzania

Trzy tygodnie od tego momentu, rzeczywistość wkroczyła do gry. Wtedy premier Alexandru Munteanu zrezygnował 3 lipca 2026 roku w skandalu korupcyjnym sięgającym rodziny prezydenckiej i załamaniu jego flagowego programu reform fiskalnych. Rząd upadł razem z nim. W tym samym czasie, przywództwo Mołdawii ponownie otworzyło dyskusję o przyszłości konstytucyjnej kraju, publicznie rozważając możliwość zjednoczenia z Rumunią. A w tle wciąż czai się pytanie o Transnistrię, na które ani Chișinău, ani Bruksela nie przedstawiły jasnej mapy drogowej.

Widząc to osobno, te wydarzenia wyglądają jak znane cechy polityki mołdawskiej: kolejny skandal korupcyjny, kolejny kryzys rządowy, kolejna runda spekulacji na temat Transnistrii i relacji z Rumunią. Jednak razem wskazują na głębsze pytanie. Każde dotyczy innego wymiaru suwerenności Mołdawii – zdolności państwa do samodzielnego rządzenia, jego zdolności do sprawowania suwerenności nad własnym terytorium oraz zaufania własnej elity politycznej do przyszłości Mołdawii jako niezależnego państwa. Pytanie to nie dotyczy już tylko tego, czy Mołdawia może dołączyć do UE, ale jakim państwem się stanie, aby to zrobić.

Wyzwanie Mołdawii nie polega już na przekonaniu Brukseli, że należy do Europy. Już wygrała tę argumentację. Podczas Szczytu UE-Mołdawia w czerwcu 2026 roku, prezes Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wyraźnie stwierdziła, że „Mołdawia wykazała wyjątkową odporność … pokazała, że należy do naszej europejskiej rodziny”. Trudniejszym zadaniem jest teraz pokazanie zarówno swoim europejskim partnerom, jak i sobie, że posiada instytucjonalną zdolność i demokratyczną odporność, które ostatecznie zakłada członkostwo w UE.

Pierwszy wymiar tego pytania dotyczy zarządzania, które niedawno zostało wystawione na próbę w skandalu patronackim. W połowie czerwca, niezależne źródło informacyjne Ziarul de Gardă ujawniło, że dyrektor MoldATSA, państwowego przedsiębiorstwa zarządzania ruchem lotniczym w Mołdawii, zdobył swoje stanowisko na podstawie głównie sfałszowanego CV. Twierdził między innymi, że ma karierę pilota w Air Canada – co linia lotnicza zaprzeczyła. Afera rozwinęła się następnie w skandal „Verișoara” („mała kuzynka”), gdy wyszło na jaw, że kuzynka prezydent Maia Sandu była zatrudniona w tej samej firmie. Została zatrudniona bez otwartego konkursu, z wynagrodzeniem, które sama Sandu uznała za niemożliwe do uzasadnienia.

W jednym sensie, instytucje działały zgodnie z oczekiwaniami. Skandal został wykryty przez niezależny portal informacyjny. Narodowe Centrum Antykorupcyjne wszczęło postępowanie karne, urzędnicy (w tym kuzynka Sandu) zrezygnowali, a kierownictwo PAS publicznie przeprosiło. Wykrywanie i odpowiedzialność, innymi słowy, funkcjonowały tak, jak się od nich oczekuje w każdym kraju kandydackim do UE. Ta sama sprawiedliwość kilka tygodni wcześniej skazała najpotężniejszego oligarchę kraju, Vladimira Plahotniuca, na 19 lat więzienia. Skazano go za rolę w tym, co często nazywa się „kradzieżą stulecia”, gdy z mołdawskich banków zniknęło miliard dolarów amerykańskich w 2014 roku. Tym razem zawiodło wszystko, co miało działać wcześniej; weryfikacja, zasady rekrutacji, nadzór zarządu. Chociaż skandal nie cofnięcia Mołdawii do czasów oligarchicznej dominacji sprzed 2020 roku, to ujawnił inny problem – lukę między reformami a dojrzałością instytucjonalną.

Niemniej jednak, szkoda polityczna była znaczna. Tygodnie po tym, jak Bruksela otworzyła klaster negocjacyjny skupiający się na praworządności i walce z korupcją, najsilniejszy atut Mołdawii – jej reputacja jako kraju odnoszącego sukcesy w reformach – stracił na znaczeniu. Skandale administracyjne można zwykle rozwiązać. Drugie wielkie wyzwanie Mołdawii od 30 lat.

Słoń po drugiej stronie Dniestru

Formalnie, odłączony terytorium Transnistrii nie powinno stanowić przeszkody dla członkostwa Mołdawii w UE. Niemniej jednak, powody, dla których powszechnie uważa się, że jest ono przeszkodą, są dość proste do zrozumienia. Region odłączył się od Chișinău po krótkiej wojnie w 1992 roku i od tego czasu stacjonuje tam około 1500 rosyjskich żołnierzy. Obszar funkcjonuje jako enklawa zależna od Rosji, utrzymywana przez subsydiowany rosyjski gaz i polityczne protektoraty.

Jednak wysoki przedstawiciel UE Kaja Kallas zapewniła Mołdawian podczas wizyty w Chișinău w maju, że Transnistria nie będzie przeszkodą w akcesji. Marta Kos, komisarz ds. rozszerzenia, wyraziła również przekonanie, że rozwiązanie zostanie znalezione przed przystąpieniem Mołdawii do UE. Ta uspokajająca retoryka może być rozumiana na dwóch poziomach. Po pierwsze, nic w traktatach UE nie zakazuje krajowi podzielonemu dołączenia – Cypr wszedł w 2004 bez porozumienia z Turcją – więc Komisja Europejska nie obiecuje niemożliwego. Po drugie, Bruksela prawdopodobnie nie udzieli Moskwie skutecznego veto nad rozszerzeniem, pozwalając, by kwestia transnistrijska decydowała o przyszłości Mołdawii. Stwierdzenie, że region nie jest przeszkodą, to więc sposób na odmowę Rosji tego narzędzia wpływu.

Za tym publicznym stanowiskiem kryje się jednak bardziej skomplikowana rzeczywistość. Kos również podkreśliła, że rozszerzenie nie może wprowadzać nowych „Trojanów” do UE. Chociaż wyrażenie to powstało z myślą o demokratycznym regresie, a nie specyficznie o Mołdawii, odzwierciedla obawę wielu państw członkowskich o przyjęcie kraju, który nadal gości rosyjskie wojska na terytorium, które w praktyce nie jest pod kontrolą. Komisja może argumentować, że Transnistria nie jest przeszkodą w akcesji, ale ostatecznie ratyfikacja musi nastąpić przez 27 państw członkowskich – z których wiele pamięta niepowodzenie w 2004 roku w przypadku Cypru, które nie doprowadziło do porozumienia.

Na razie ten status quo pozostaje możliwy, ponieważ sama Transnistria się zmienia. Od odcięcia energii w styczniu 2025 roku, wywołanego wygaśnięciem umowy tranzytowej gazu z Ukrainy, dostawy Gazpromu znacznie się zmniejszyły. Prawie 77 procent eksportu Transnistrii trafia teraz do UE, podczas gdy integracja z prawobrzeżną Mołdawią postępuje w kilku sektorach. W rezultacie, wpływ Rosji na region znacznie osłabł. W braku lepszej alternatywy, Chișinău uczynił stopniową integrację główną strategią: dostosować gospodarkę, odłożyć kwestię rozwiązania i mieć nadzieję, że sama się rozwiąże.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację geopolityczną i niską zdolność państwa mołdawskiego, strategia ta może być uznana za racjonalną. Jednak jest to także strategia odroczenia, w której ani Chișinău, ani Bruksela nie przedstawiły jasnej mapy drogowej na dzień, gdy przestanie działać. W miarę postępu procesu klaster po klastrze, ten dzień coraz bardziej się zbliża. Słoń nie musi się ruszać, bo przestrzeń wokół niego się kurczy.

Plan B?

Brak długoterminowego planu rozwiązania sprawił, że odnowiona dyskusja o unii z Rumunią jest niezwykle istotna. Chociaż Transnistria jest fizycznym przejawem nierozwiązanej tożsamości państwowej Mołdawii, debata o zjednoczeniu oferuje inną wizję państwowości.  Osobiste sympatie prezydent Sandu do unifikacji nigdy nie były tajemnicą, ale nie zadeklarowała politycznego zobowiązania. Obecnie nadal tak jest. Unia z Rumunią nie jest wymieniona w żadnym programie rządowym, a Sandu przyznaje, że większość Mołdawian by jej nie poparła. Jednak w 2026 roku pytanie to zaczęło pojawiać się w debacie publicznej coraz częściej. W serii wywiadów Sandu przyznała, że gdyby odbyło się referendum, zagłosowałaby za unią. Jej zastępca, Eugen Osmochescu, poszedł dalej, otwarcie opisując to jako „Plan B” w przypadku zastoju procesu akcesji. Obaj jednak podkreślali, że celem jest nadal akcesja do UE jako niezależnego państwa.

Unia z Rumunią zajmuje wyjątkowe miejsce w polityce mołdawskiej i dotyczy pytania, które towarzyszy republice od czasu uzyskania niepodległości: czy Mołdawia jest trwałym projektem narodowym sama w sobie, czy tymczasowym rozwiązaniem przed ostatecznym zjednoczeniem. Dla części pokolenia, które wyprowadziło Mołdawię z ZSRR, niepodległość była sama w sobie postrzegana jako tymczasowa, a państwo jako produkt paktu Ribbentrop-Mołotow. Niezależnie od tego, czy popiera się tę wizję, czy nie, jest to najstarsze pytanie republiki. Dlatego argument Sandu za zjednoczeniem nie powinien być traktowany jako kwestia historyczna czy kulturowa, lecz głównie egzystencjalna. Jej argument opiera się na odporności: będąc jednym z najbiedniejszych krajów Europy, Mołdawia uznaje, że coraz trudniej jest jej „przetrwać jako demokracja… [i] opierać się Rosji”. Ta różnica ma znaczenie, ponieważ sugeruje, że odnowiona debata o unii nie jest napędzana głównie więziami kulturowymi, lecz wątpliwościami władz, czy Mołdawia jest w stanie wytrzymać naciski zewnętrzne.

Co więcej, czas pojawienia się odnowionej debaty prawdopodobnie nie jest przypadkowy. PAS staje się coraz bardziej konkurencyjna wobec partii unijnych na prawo, Sandu kończy swój ostatni kadencję konstytucyjną, a Mołdawia prawdopodobnie doskonale zdaje sobie sprawę, że rozmowy o zmianie granic przyciągają uwagę europejskich stolic. Jak na zawołanie, w czerwcu automatycznie „przeszedł” projekt ustawy o unifikacji przez Izbę Deputowanych Rumunii, gdy upłynął termin rozpatrzenia. Senat, który ma ostatnie słowo, jest powszechnie oczekiwany, że ją odrzuci.

Wobec powyższego, ten Plan B wydaje się mało realny. Opiera się na niezwykle słabych fundamentach. Poparcie publiczne, choć rośnie, nadal jest poniżej konstytucyjowego progu wymaganego do zmiany suwerenności Mołdawii. Około 850 000 Mołdawian już posiada rumuńskie obywatelstwo (w tym prezydent), co oznacza, że w praktyce mogą już korzystać z jego korzyści, nie formalizując unii. Przede wszystkim, Plan B nie odpowiada na problem, który Sandu przywołała, aby uzasadnić debatę – rosyjskie zagrożenie. Unia obejmująca Transnistrię oznaczałaby, że rosyjskie wojska będą obecne zarówno w UE, jak i NATO. Unia bez regionu odłączonego formalizowałaby podział Mołdawii. Dlatego Plan B przebiega przez ten sam nierozwiązany teren co dylemat transnistrijski. Lepszym rozumieniem jest więc traktowanie go jako przekazu politycznego; sygnału pilności dla Brukseli lub próby zdobycia głosów wewnętrznych wyborców.

Jednakże, opierając się na tej narracji, Mołdawia ryzykuje podważenie własnej sprawy. Dyskusja o zjednoczeniu wzmacnia jeden z najbardziej ulubionych narracji Kremla – że mołdawski stan jest tymczasową umową, w którą jej własni liderzy nie wierzą. Przepisywanie ustawy z czerwca pokazało, jak łatwo ta narracja może zostać użyta jako broń. Chociaż została wprowadzona przez marginalną frakcję i szybko odrzucona przez głównych polityków rumuńskich, dała Moskwie idealny pretekst. W ciągu kilku dni rosyjskie MSZ stwierdziło, że „nie jest tajemnicą, iż Bukareszt planuje aneksję Mołdawii”, a prorosyjskie grupy w Chișinău oskarżyły partię Sandu o inżynierię upadku kraju. Komentarze Chișinău na temat przyszłości, choćby dobrze intencjonowane, nieumyślnie stają się paliwem dla propagandy Kremla.  

Pytanie pod spodem

Dlatego wydarzenia 2026 roku mają większe znaczenie niż upadek i powstanie kolejnego rządu PAS. Te kwestie nie są identyczne, ani nie mają tych samych przyczyn. Jednak ujawniają trzy nierozwiązane pytania dotyczące tego samego podstawowego problemu – konsolidacji mołdawskiej państwowości.

To nie oznacza, że Mołdawia zawodzi. Wręcz przeciwnie, jej odporność i tempo reform są naprawdę godnymi podziwu osiągnięciami w kontekście intensywnej presji rosyjskiej. Występując przed Parlamentem Europejskim we wrześniu 2025 roku, Sandu dobrze to ujęła: UE „nigdy nie chodziło o perfekcję. Chodziło o ochronę – kruchych demokracji, aż staną się silne”. To dlatego istnieje proces akcesji. Jednak ochrona zakłada coś pod powierzchnią kruchości – państwo, którego suwerenność i przyszłość polityczna są wystarczająco skonsolidowane, by wytrzymać naciski zewnętrzne. Krucha demokracja może się wzmocnić w UE, ale państwo, którego suwerenność i integralność terytorialna pozostają niejasne, stoi przed innym wyzwaniem.

Im bliżej Mołdawia zbliża się do UE, tym trudniej będzie uniknąć tych odłożonych pytań. Bruksela może otwierać klastry, zapewniać pomoc finansową i oferować gwarancje bezpieczeństwa. Czego nie może zrobić, to tego, czego Mołdawia sama jeszcze nie rozwiązała – wybrać, jakim państwem chce być.

 

Clara Sandgren jest naukowcem społecznym i lingwistą specjalizującym się w Rosji i Europie Wschodniej. Kończy studia w ramach międzynarodowego programu magisterskiego Erasmus Mundus w zakresie Studiów Europy Środkowej i Wschodniej, Rosji i Eurazji (CEERES) i pracowała jako redakcyjny stażysta w New Eastern Europe.