Dokumentowanie weaponizacji informacji
New Eastern Europe
Piętnaście lat temu internet nadal niósł obietnicę wzmocnienia demokracji, wzmocnienia społeczeństwa obywatelskiego i wyzwania dla kontroli autorytarnej. Od tego czasu ten optymizm zderzył się z ciemniejszą rzeczywistością, ponieważ ta sama sfera cyfrowa stała się potężną przestrzenią dezinformacji, manipulacji i polaryzacji politycznej. Powrót do wczesnych lat Nowej Europy Wschodniej pokazuje, jak głęboko zmieniło się nasze rozumienie środowiska informacyjnego.
15. rocznica Nowej Europy Wschodniej stanowi doskonałą okazję do głębokiej analizy rosnącego archiwum magazynu. W tym eseju refleksyjnym wybrałem kilka numerów z pierwszych lat (2011-15) publikacji, aby zbadać, jak w przeszłości formułowano i analizowano problem dezinformacji. Celem jest śledzenie ewolucji tego zjawiska, które dziś jest częścią szerszego arsenału zagrożeń hybrydowych, oraz jak analiza tego problemu zmieniała się na przestrzeni lat. Archiwum odzwierciedla raczej stopniową zmianę w rozumieniu i analizie środowiska informacyjnego niż wyraźne odrębne etapy jego rozwoju.
Wczesny optymizm
Około 15 lat temu postrzeganie informacji i szerszej przestrzeni cyfrowej było inne niż dziś. Chociaż wiele osób i organizacji już podkreślało ciemną stronę nowych mediów i platform cyfrowych, wciąż istniała nadzieja, że sam internet może zmienić nasz świat na lepsze. Widać to było również w sferze politycznej, w walce między demokracją a autorytaryzmem, szczególnie w Europie Wschodniej.
W tekstach o Rosji, Ukrainie i Euromajdanie internet w ogóle, a media społecznościowe w szczególności, pojawiały się jako narzędzia samorzutnej organizacji, ograniczania kontroli nad mediami (zwłaszcza tymi przejętymi przez silne grupy interesów), dokumentowania przemocy oraz, last but not least, wzmacniania społeczeństwa obywatelskiego. Ten okres, choć ogólny obraz był znacznie bardziej skomplikowany, można opisać jako epokę “cyfrowego optymizmu”.
Przykładowym tekstem w tym zakresie jest „Nowy rodzaj rewolucji” Victorii Narizhnej (NEE 1/2014). Porównując podobieństwa i różnice między Rewolucją Pomarańczową 2004 a Rewolucją Godności 2013, Narizhna argumentuje, że nowe narzędzia technologiczne przyczyniły się do osiągnięcia zupełnie “nowych poziomów rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i kontroli społeczeństwa nad rządem, podczas gdy crowdfunding, nowy sposób pozyskiwania funduszy przez media społecznościowe i internet, okazał się bardzo skuteczny w zapewnieniu materialnej podstawy protestów”.
Potencjalnie pozytywną rolę internetu przypisywano również analizom dynamiki wewnętrznej w Rosji i Białorusi. Dobrym przykładem jest tekst Jadwigi Rogoży, „Rosja stabilności vs. Rosja zmiany” (NEE 2/2012). W tym artykule nadal można znaleźć przekonanie (bardzo powszechne w pierwszych latach ery internetu), że internet jest alternatywną przestrzenią do wyrażania poglądów i organizacji poza środowiskiem tradycyjnych mediów kontrolowanych przez państwo: „Wirtualny świat, jednak, zapewnił niemal nieograniczone możliwości wyrazu i oferował nowe formy organizacji. Użytkownicy internetu angażowali się w tworzenie grup tematycznych, szukali sojuszników w całej Rosji, walczyli o swoje prawa i interesy… Dla Rosjan internet stał się prawdziwą szkołą obywatelstwa.”
Wczesne etapy cyfrowej polityki często interpretowano przez pryzmat wzmacniania pozycji, a nie manipulacji. Podobną nadzieję można znaleźć w artykule Macieja Jastrzębskiego zatytułowanym „Białoruś online”, opublikowanym w pierwszym numerze NEE (1/2011): „rewolucja przez media społecznościowe” trwa nadal i nie sposób zgasić tego płomienia. Wspólnym schematem wywodzącym się z tego nurtu analiz było przekonanie, że reżimy autorytarne mogą kontrolować tradycyjną przestrzeń polityczną. Jednak internet tworzy lukę, przez którą uciszane społeczeństwo może się samorzutnie organizować.”
Analiza roli nowych środków komunikacji była również częścią artykułu Igora Lyubashenki „Kroniki EuroMaidan – sieciowego buntu”. Analiza jest wyważona i daleka od entuzjazmu wobec technologii, a autor unika uproszczeń. Główny nacisk kładzie na to, jak nowe technologie pomogły protestującym i zmieniły charakter organizacji społecznej oraz mobilizacji protestów: „Jeśli chodzi o komunikację, kanały cyfrowe odgrywały kluczową rolę w całym procesie… pierwsze wezwania do demonstracji pojawiły się w mediach społecznościowych, szczególnie na Facebooku. Specyfika ukraińskiego segmentu tego portalu społecznościowego polega na tym, że jest on wykorzystywany przez wielu popularnych opiniotwórców jako platforma blogowa i budowania społeczności. Wiadomość szybko się rozprzestrzeniała, a reakcja była natychmiastowa.” Warto zauważyć, że Lyubashenko, który napisał swój artykuł dwa do trzech lat po wspomnianych tekstach o Rosji i Białorusi, już wtedy dostrzegał negatywny wpływ internetu na demokrację.
Być może, choć wiara, że internet może przyczynić się do geograficznego i jakościowego rozszerzenia demokracji, wydaje się dziś naiwna, to jednak w dużej mierze była to powszechna idea 15–20 lat temu. Pozytywna rola internetu w ruchach protestacyjnych i mobilizacji społecznej była autentyczna, jak w przypadku tzw. „rewolucji Twittera” w Mołdawii w 2009 roku. Wówczas w dużej mierze nie dostrzegaliśmy bardziej złożonego obrazu i nie myśleliśmy, że platformy cyfrowe mogą również znacząco przyczyniać się do polaryzacji politycznej i być wykorzystywane przez złośliwe siły jako narzędzia przeciw społeczeństwom. Nie było też wyraźnego podziału między okresami, w których internet służył celom pozytywnym, a tym, w których był wykorzystywany do celów szkodliwych. W tym samym czasie Rosja już rozwijała i zaczynała wdrażać nowe cyfrowe instrumenty osadzone w starej sowieckiej tradycji „działań aktywnych”.
Propaganda jako narzędzie konfliktu
Rok 2014 nie stworzył weaponizacji informacji, ale uczynił ten wymiar środowiska informacyjnego znacznie trudniejszym do pominięcia. To był również rok, w którym wielu zdało sobie sprawę, że nowa przestrzeń informacyjna może być zbrojnie wykorzystywana. W polskiej społeczności ekspertów jednym z wczesnych systematycznych analiz tej nowej rzeczywistości była „Anatomia rosyjskiej wojny informacyjnej. Operacja krymska, studium przypadku” Jolanty Darczewskiej. Jedno z jej kolejnych opracowań, współautorstwa z Piotrem Żochowskim, „Aktywne działania. Kluczowy eksport Rosji”, podkreślało istotnie, że nowe narzędzia są tylko niektórymi spośród wielu. Jednocześnie weaponizacja informacji opiera się na starych mechanizmach i taktykach wymyślonych przez Związek Radziecki podczas zimnej wojny (a nawet wcześniej, przed II wojną światową) i później wdrażanych przez Rosję w erze postzimnowojennej.
Prace te odwoływały się do klasycznych stanowisk zajmujących się tym problemem, takich jak Dezinformatsia: Active Measures in Soviet Strategy Richarda H. Shultza i Roya Godsona, lub – poza literaturą ekspercką – do powieści szpiegowskiej rosyjsko-francuskiego autora Vladimira Volkoffa The Set-Up: A Novel of Espionage (1982). Jako przypis warto dodać, że Volkoff napisał również książkę zatytułowaną Krótka historia dezinformacji (1999), a pod koniec życia stał się zwolennikiem Władimira Putina.
Po aneksji Krymu i rozpoczęciu wojny na wschodniej Ukrainie trzeba było przypomnieć, że dezinformacja nie jest produktem ery cyfrowej. Związek Radziecki rozwijał i systematycznie wykorzystywał to, co nazywał „działaniami aktywnymi” – w tym dezinformację, fałszerstwa i agentów wpływu – dekady przed pojawieniem się mediów społecznościowych. Współczesna Rosja zaadaptowała wiele elementów tego szerokiego zestawu radzieckiego – w tym dezinformację – do zmieniającego się środowiska informacyjnego.
W swoim analizie z 2014 roku dla Nowej Europy Wschodniej zatytułowanej „Związek Radziecki kontra EuroMaidan” ukraiński dziennikarz Milan Lelich przedstawił, jak – na południowym wschodzie Ukrainy – prorosyjska Partia Regionów oraz inne lokalne organizacje kreowały obraz protestów Euromajdanu jako ruchu faszystowskiego, koordynowanego przez USA i zagrażającego porządkowi społecznemu. Opierało się to na już istniejącej i głęboko zakorzenionej nostalgii za Związkiem Radzieckim wśród lokalnej ludności. Lelich już wtedy podkreślał problem, z którym nadal się borykamy – że żyjemy w informacyjnych silosach (bańkach), a każda interwencja często kierowana jest do ludzi z naszej społeczno-politycznej bliskości, a nie do tych, którzy są od nas bardziej odlegli: „Głównym problemem jest to, że niezależne i prorządowe media oraz blogerzy często podburzają już podburzonych; czytają, przepisywają i repostują sami siebie. Tymczasem ogromna liczba przeciwników Majdanu pozostaje niezaangażowana.”
Artykuł Jamesa Sherra „Nieuchwytne poszukiwania miękkiej siły Rosji” (NEE 2/2014) ukazał, jak Rosja stosuje zachodnie pomysły (w tym przypadku) w całkowicie zniekształcony sposób: „miękka siła jest zawsze towarzyszona przez tajne działania i twardsze formy wpływu. Wyrażenia rosyjskie, takie jak prinudit k druzhbe (przymuszać do przyjaźni) i protiv kogo vy druzhite? (przeciw komu prowadzisz przyjaźń?) ukazują zrozumienie świata zupełnie obce dla zachodniego liberalizmu.” Sher kończy, że rosyjska miękka siła jest połączona z przymusem, działaniami tajnymi i innymi narzędziami państwowymi, a jej celem jest dzielenie, a nie budowanie atrakcyjności.
Od 2014 roku problem wojny informacyjnej wykracza poza rosyjską sferę medialną i konflikt rosyjsko-ukraiński. Na początku 2015 roku Matthew Kott napisał (NEE 1/2015) o zachodniej infosferze jako obiekcie rosyjskich ingerencji: „Szwecja stała się istotnym węzłem w internetowej wojnie informacyjnej o Ukrainę i reżim Putina.” Rok 2014 zmienił wszystko. Optymizm cyfrowy nie mógł już dłużej ignorować podatności systemu bezpieczeństwa w domenie informacyjnej, ani wrogiego wykorzystywania informacji. Zachód zaczął się adaptować. Ukraina opierała się presji rosyjskiej. Gdy instrumenty perswazji i nacisku okazały się nieskuteczne lub ograniczone, Rosja sięgnęła po bardziej przymusowe i militarne narzędzia.
Dezinformacja jako obszar bezpieczeństwa
Po 2014 roku słownictwo wojny informacyjnej na dobre weszło do naszego dyskursu. Ale to nie był jedyny zmian. Rozmowa (NEE 1/2015) między Wojciechem Przybylskim, Jānisem Kārkliņšem i Raulem Rebnem ukazała istotę wojny informacyjnej jako „celowe, płatne, informacyjne wpływy na nasze społeczeństwa i ludzi”. Dyskutowali także o trollingach, wykorzystywaniu mediów społecznościowych do szerzenia dezinformacji i podważania opinii publicznej, oraz o utworzeniu NATO Strategic Communications Centre of Excellence jako odpowiedzi instytucjonalnej. Było to ważne, ponieważ podkreślało nie tylko zmiany językowe, ale także instytucjonalizację problemu bezpieczeństwa informacyjnego.
W tym samym numerze Andrew Wilson w krótkim, ale przekonującym tekście zatytułowanym „Nasza ślepota na Rosję jest przygnębiająca” przedstawił mechanizm, który dziś nazwalibyśmy segmentacją odbiorców lub ukierunkowanym wpływem: różne narracje dla Francji, różne dla Niemiec, różne dla grup antyestablishmentowych. Jego kluczowa obserwacja jest taka, że Russia Today nie mówi odbiorcom „uwierzcie Rosji”, lecz zachęca ich do kwestionowania istniejących źródeł i wzmacnia ich wcześniejszy sceptycyzm.
Kilka miesięcy później esej Luke’a Hardinga „Leviathan zabił Borisa Nemsova” opisywał strategię tworzenia wielu konkurujących wersji wydarzeń, aby uniemożliwić odbiorcom wierzenie, że prawda w ogóle istnieje. Wyraźnie odnosi się do „metod dezinformacji” i łączy je z praktykami RT oraz tradycjami operacyjnymi KGB. To w istocie rozumienie dezinformacji, które znamy dzisiaj. Pytanie Hardinga „Jak można wiedzieć, która wersja jest naprawdę prawdziwa?” oddaje główny sens logiki dezinformacji – nie opiera się ona wyłącznie na przekonywaniu jedną wersją, lecz na mnożeniu konkurujących narracji i zaciemnianiu samego pojęcia prawdy. Prowadzi to do epistemicznego chaosu, a nie do prostego propagowania jednej narracji.
Patrząc na 15 lat wstecz, widzimy ścieżkę, którą przeszła nasza społeczność, adaptując się do zagrożeń nowoczesnego środowiska informacyjnego. To była rzeczywiście nauka przez działanie. Przejścia z jednego etapu do drugiego nie były wyraźnie wyodrębnione. Podczas gdy ruchy protestacyjne analizowano przez pryzmat wdrażania narzędzi cyfrowych i możliwości, manipulacje infospheres były już obecne. W pierwszych numerach Nowej Europy Wschodniej (2011-12) dyskusja o środowisku informacyjnym skupiała się głównie na rosyjskiej propagandzie krajowej. Pod koniec 2015 roku redakcja jasno stwierdziła, że „kampania dezinformacyjna prowadzona przez rosyjskich propagandystów nieustannie dąży do podziału Europy”.
Internet przyspieszył wszelkie procesy, ale nie uczynił nas bardziej odpornymi. Wręcz przeciwnie, często pozostawił nas bardziej zdezorientowanych i podatnych. Z pewnością staliśmy się lepsi w identyfikowaniu różnych zagrożeń i instytucjonalizowaniu naszych reakcji na nie. Nasz język również się rozwinął, obejmując nowe pojęcia i terminologię. Jednak szkody wyrządzone przez dezinformację sięgają głębiej niż tylko krążenie fałszywych lub mylących treści. Podważają fundamenty, na których opierają się społeczeństwa demokratyczne, przede wszystkim zaufanie, solidarność i wspólne poczucie rzeczywistości. Nasze reakcje pozostawały w dużej mierze techniczne: szkolenia, rozwój umiejętności, edukacja medialna i weryfikacja faktów.
Wszystko to jest konieczne, ale niewystarczające. Odporność informacyjna nie może polegać jedynie na lepszym rozpoznawaniu fałszerstw. Musi także oznaczać wzmacnianie zaufania instytucjonalnego i spójności społecznej, przy jednoczesnym zapewnieniu jakości i integralności szerszego środowiska publicznych informacji. Ostatecznie wyzwaniem jest nie tylko ochrona społeczeństw przed dezinformacją, ale także budowa społeczeństw mniej podatnych na jej skutki od samego początku. Czy jesteśmy w stanie to osiągnąć, pozostaje pytaniem, które nadal dyskutujemy.
Maciej Makulski jest liderem projektu w grupie analitycznej In Between oraz współredaktorem Nowej Europy Wschodniej.