Stare urazy w nowej wojnie. Polskie sympatie dla Ukrainy nie są bezgraniczne
Kapitál
Kiedy wybuchła wojna na Ukrainie, wydawało się, że Polacy i Ukraińcy nie mogą być sobie bliżsi. Po niemal pięciu latach względnego pokoju obie ziemie powróciły jednak do zwykłych kłótni, o których wszyscy chętnie zapomnieliśmy. Spór wokół Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) tylko ożywił stare nierozwiązane spory.
Kiedy wybuchła wojna na Ukrainie, wydawało się, że Polacy i Ukraińcy są już sobie najbliżsi. Po niemal pięciu latach względnego pokoju obie ziemie wróciły jednak do zwykłych sporów, na które wszyscy chętnie zapomnieli. Spór wokół Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA) tylko ożywił stare nierozwiązane konflikty.
W maju ukraińscy żołnierze postanowili nazwać swoją jednostkę imieniem „bohaterów UPA”. Prezydent Wołodymyr Zełenski wyraził na to zgodę, wywołując ostrą reakcję Polski. Tamtejszy prezydent Karol Nawrocki postanowił odebrać swojemu ukraińskiemu odpowiednikowi najwyższe odznaczenie państwowe, Order Białego Orła.
Propozycje, aby tak się stało, pojawiały się jednak w Polsce już w drugiej połowie maja. Rozpowszechniały je rosyjska i białoruska propaganda oraz antyukraińskie kanały. Już 18 maja z tą myślą wyszła Małgorzata Zych, polityczka, która w 2023 roku przepraszała Putina za to, że nazwała go zbrodniarzem wojennym. Zych jest członkinią partii Ogólnopolska Federacja „Bezpartyjni i Samorządowcy”, zaliczanej do podmiotów politycznych wspierających rosyjskie interesy.
Następnie odebranie odznaczenia domagał się polityk Paweł Usiądek, wiceprzewodniczący skrajnie prawicowego Ruchu Narodowego i członek Konfederacji, który w 2020 roku kierował sztabem wyborczym kandydata na prezydenta Krzysztofa Bosaka.
O odebranie odznaczenia apelował także były premier Polski Leszek Miller, znany ze swoich antyukraińskich poglądów. Politycy domagali się tego ze względu na oficjalny pogrzeb Andrija Melnyka, jednego z przywódców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, czyli OUN.
Dopiero 28 maja bezpośrednio do kancelarii prezydenta trafił wniosek. Poseł Konfederacji Grzegorz Płaczek napisał list, w którym wzywał do odebrania Zełenskiemu Orderu Białego Orła. Potem inicjatywę przejął Karol Nawrocki, którego działania przypominały sprytne podchody. Aby odznaczenie mogło zostać naprawdę odebrane, decyzja musiałaby zostać opublikowana w Dzienniku Urzędowym Monitor Polski, za co odpowiedzialny jest szef Rady Ministrów, czyli Donald Tusk, który jednak tego nie uczynił. Kolejnym problemem jest fakt, że dokument pozbawiający Zełenskiego odznaczenia nie został podpisany przez premiera. Dotychczasowa praktyka zakładała, że decyzję zatwierdzał zawsze kontrasignatura.
Prezydent Ukrainy więc raczej zwrócił odznaczenie, niż faktycznie je odebrał. Wysłał je do Warszawy, korzystając przy tym z Ukraińskiej Poczty, co jeszcze bardziej podkreślił reklamą. Dołączyła do tego cała seria ukraińskich polityków, którzy popierali działania Zełenskiego. Szef kancelarii prezydenta Kyryło Budanow oraz ambasador w Polsce Vasyl Bodnar zwrócili odznaczenie. Podobnie uczynił minister spraw zagranicznych Andrij Szymaha, a także były prezydent Leonid Kuczmę i jego następca Wiktor Janukowycz oraz Petro Poroszenko.
Order Białego Orła w historii Polski odebrano tylko raz, w 1932 roku, kiedy to podczas sanacyjnej rządów został odebrany przez ówczesnego opozycyjnego polityka i byłego trzykrotnego premiera Wincentego Witos. Już w 1939 roku odznaczenie zostało mu ponownie przyznane. Polacy jednak nigdy nie odebrali Benitowi Mussoliniemu.
Ukraina i Polska od dawna się kłóciły o historię
W latach dziewięćdziesiątych Ukraińcy w Polsce mieli bardzo złą opinię. Polacy bali się ich. Wpływ na to miała rzeź na Wołyniu oraz rywalizacja polskiego i ukraińskiego nacjonalizmu mającego swoje korzenie w przeszłości.
Chociaż Polska od lat dziewięćdziesiątych występuje jako strategiczny partner Ukrainy, relacje między nimi trudno nazwać innym słowem niż skomplikowane. Pierwszy spór, kiedy oba narody się pokłóciły o historię, miał miejsce w 2009 roku. Polska wtedy nie dopuściła zwolenników Bandery do kraju. Rany ponownie się otworzyły w 2013 roku podczas obchodów 70. rocznicy rzezi na Wołyniu. Trzeci raz spór wybuchł w 2015 roku, gdy po wizycie prezydenta Bronisława Komorowskiego na Ukrainie uchwalono ustawy zakazujące krytykowania formacji, które polska strona postrzega jako zbrodnicze. A gdy Sejm Polski uznał rzeź na Wołyniu za ludobójstwo, Ukraina odebrała to niemal jako ingerencję w jej politykę wewnętrzną. Natomiast wcześniejsza ustawa potępiająca głód na Ukrainie nie była w żaden sposób odrzucana.
Od momentu powstania niepodległej Ukrainy Polska konsekwentnie domagała się, by sąsiednie kraje pozwoliły na pochówek ofiar czystek etnicznych. Kijów jednak wydawał pozwolenia na ekshumacje bardzo rzadko. W 2017 roku dodatkowo moratorium całkowicie zablokowało dalsze poszukiwania ofiar na swoim terytorium.
Oficjalnym powodem było usunięcie pomnika UPA w Hrušowicach niedaleko miasta Przemyśla, do którego przystąpiła lokalna samorządowa władza, z zamiarem powrotu na miejsce po przeprowadzeniu badań archeologicznych i potwierdzeniu, że na miejscu rzeczywiście pochowano ukraińskich partyzantów.
Jednak podczas debat o zniesieniu moratorium, co ostatecznie się stało w 2024 roku, Ukraińcy warunkowali koniec zakazu tym, aby przywrócić do pierwotnej formy pomnik na górze Monarstyrz w Polsce, upamiętniający bojowników UPA poległych w walce z NKWD.
Pamiątkowa tablica została dwukrotnie uszkodzona wandali, najpierw w 2015 roku, a potem pięć lat później. Polska strona co prawda naprawiła pomnik, ale nie dodała dopisku, że partyzanci zginęli za niepodległą Ukrainę. Na tablicę nie wróciły też nazwiska poległych.
Po drugiej stronie mają ukraińsko-polskie relacje także wiele jasnych momentów. Zazwyczaj w kluczowych obszarach geopolityki. Chodzi o wieloletnie pogłębianie wzajemnej współpracy wojskowej, wsparcie bezwizowego ruchu z Ukrainą czy ostre potępienie budowy gazociągu Nord Stream 2 ze strony Polski, którego wybudowanie od początku oznaczało mniej pieniędzy dla Ukrainy, która w innym wypadku inkasowałaby za tranzyt gazu. Polska strona również jednoznacznie potępiła aneksję Krymu.
Po 2015 roku partia Prawo i Sprawiedliwość (PiS) zradikalizowała politykę pamięci i zaczęła forsować narrację o narodowych bohaterach i cierpieniach narodu polskiego. Politycy objęli instytut pamięci narodowej (IPN), który służył im do wychwalania martyrologii i nacjonalizmu.
Centralnym punktem polskiej polityki pamięci stała się Wołyń oraz operacja Wołyń, czyli państwowo kierowana przymusowa wysiedlenie mniejszości, do którego doszło w 1947 roku.
Autorzy noweli z 2018 roku o Instytucie Pamięci Narodowej oskarżyli nawet Ukraińców o nacjonalizm, czczenie struktur kryminalnych i próbę zniekształcania historii XX wieku. Pomimo sporów o przeszłość, więzi obu krajów pozostały mocne we wszystkich krytycznych momentach. Niezależnie od tego, czy był to rok 1991, 2004, 2014 czy 2022.
Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę spory zeszły na dalszy plan. Gładką współpracę zakłócały jedynie epizodyczne zatargi. Gdy w 2022 roku spadła na wsi Przewodów ukraińska rakieta obrony przeciwlotniczej i zabiła dwóch Polaków, Ukraina odmówiła przyjęcia odpowiedzialności za incydent. Później pojawiły się nieporozumienia związane z handlem. W próbie pomocy walczącej Ukrainie Unia Europejska tymczasowo zniósł cła i zdjęła obowiązek uzyskiwania zezwoleń na przewóz. Polska początkowo popierała te zmiany, ale potem, gdy na jej rynku zaczęło pojawiać się coraz więcej ukraińskich towarów i ukraińskich kierowców, rolnicy i przewoźnicy zaczęli protestować.
Warszawa wraz z Węgrami, Słowacją, Rumunią i Bułgarią zakazała importu niektórych produktów z Ukrainy, jednocześnie pozwalając na ich przejazd. Radykalni polscy rolnicy sprzeciwiali się jednak także temu kompromisowi. Wylewali ukraińskie zboże i blokowali drogi przy granicach z Ukrainą. W odpowiedzi na to Wołodymyr Zełenski na jesieni 2023 roku oskarżył Polskę w ONZ, że wspiera zainteresowania Rosji.
Prezydenci populistyczni
Wiadomo, że Zełenski nie wie wiele o polskiej polityce i jej niuansach. I dlatego jest prawdopodobne, że przy podejmowaniu decyzji, czy zatwierdzić nazwę jednostki dla żołnierzy, bardziej kierował się sytuacją krajową niż możliwymi reakcjami z zagranicy. W końcu jego polityczna przyszłość zależy głównie od opinii społeczeństwa. A za każdym razem, gdy Zełenski tak naprawdę narzucił swoje zdanie, wzrastała mu u siebie poparcie. Wiadomość dla ukraińskiej opinii publicznej byłaby tym razem mniej więcej taka: prezydent spełnił życzenie żołnierzy, a jego polski odpowiednik odebrał mu z tego powodu odznaczenie państwowe, które jednocześnie było uznawane za wyraz uznania dla odwagi ukraińskiego narodu w walce z Rosją. W efekcie Ukraińcy zjednoczyli się wokół prezydenta podobnie jak wcześniej po konflikcie z Trumpem w Białym Domu.
Jednakże do rozpalania krajowej publiczności przyłączył się także Karol Nawrocki, który od początku swojego urzędowania zaostrza relacje z Ukrainą. Zachowanie obu prezydentów jednak z pewnością ukształtowała krajowa polityka, ponieważ oboje musieli zyskać na popularności.
A polska strona w tym zakresie podjęła jeszcze bardziej kalkulowane decyzje. Gdyby bowiem jedynym problemem było czczenie kontrowersyjnych postaci ukraińskiej historii, to niezadowolenie pojawiłoby się już dawno. Było ku temu wiele powodów. Na przykład już w styczniu tego roku prezydent Zełenski nazwał inną jednostkę wojskową imieniem Wasyla Kuka, ostatniego dowódcy UPA. W marcu Ukraina ogłosiła zamiar wybudowania narodowego panteonu i zorganizowała pogrzeb Andrija Melnyka, przywódcy jednej z frakcji OUN, zmarłego w Luksemburgu. Podczas ceremonii Zełenski podkreślił ciągłość między UPA a dzisiejszą ukraińską armią, która walczy z tym samym wrogiem – Rosją. Obiecał także pogrzeb państwowy Jevhena Konowalca, założyciela i od 1929 roku przywódcy OUN, którego w 1938 roku zamordował w Rotterdamie agent sowiecki. Żadne z tych wydarzeń nie wywołało poruszenia w Warszawie, Nawrocki obudził się dopiero w maju, gdy spadły mu notowania. Imiona Kuk, Melnyk czy Konowalec Polakom niewiele mówią, za to UPA jako całość działa świetnie. Do tego dołączają jeszcze słowo bohater, i mamy dosłownie czerwony wrzask.
Decolonizacja na żywo
Impulsywność po obu stronach uniemożliwia dojście do wzajemnego zrozumienia. Chociaż nie jest to nic dziwnego, biorąc pod uwagę ciężar historycznych okoliczności i nawarstwienie komunistycznej propagandy. Całe dziesięciolecia Związek Radziecki wpajał Ukraińcom własną imperialną narrację o banderowcach jako najgorszych z najgorszych. Podobny narratyw stosowało też socjalistyczne Polsko, które przedstawiało członków UPA wyłącznie jako zbrodniarzy, zabijających cywilów i komunistów. Jednocześnie nie dotykało to jednego z największych polskich traum, rzezi na Wołyniu. O tym wydarzeniu socjalistyczny kraj nie informował, bo teren, na którym się ono wydarzyło, już należał do ZSRR i nie było to dla ludzi wygodne, by przypominać, że kiedyś był to polski.
Obecna ukraińska nadwrażliwość jest odpowiedzią na wieloletni ciężar sowieckiej propagandy, której kraj ten próbuje się pozbyć. Ukraińcy czują się także ofiarami polskiego kolonializmu pierwszej i drugiej Rzeczypospolitej, co polska strona całkowicie nie rozumie. Ich narodowa narracja przejęła wzorce imperialnego dyskursu XIX wieku. W tym narratywie kluczowe jest przekonanie, że tak zwane Kresy (krawędzie) czyli także obszar Wołynia, nie były kolonizowane ani polonizowane przez Polaków, lecz cywilizowane.
Polska odmawia przyjęcia, że jej historyczna obecność na terytorium dzisiejszej Ukrainy miała cechy kolonialne. Za jedyny problem historyczny uznaje rzeź na Wołyniu, na którą można zwrócić uwagę przy każdej debacie o wspólnej historii.
Podczas gdy Polska w swoim postrzeganiu Ukrainy częściowo zamarła, ona sama zaczęła się emancypować. Rewolucja godności przyniosła dekomunizację i odcięcie od dziedzictwa ZSRR. Jej symbolem stało się burzenie pomników W. I. Lenina. Usuwanie pomników Puszkina było z kolei charakterystyczne dla początku dekolonizacji. Z tym wiąże się także zmiana postaw wobec OUN i UPA. Chociaż jeszcze w 2014 roku 66 procent mieszkańców wschodniej Ukrainy miało do nich negatywny stosunek, po aneksji Krymu przez Rosję i podczas walk na Donbasie zaczęli zmieniać swoje zdanie.
Kluczowa przemiana spojrzenia na własną historię nastąpiła po ataku Rosji na Ukrainę w 2022 roku, a cała dekolonizacja nabrała szybszego tempa. Ukraińcy nie chcieli już być pod wpływem kulturowym ani mentalnym imperialnego sąsiada.
Proces ten jednak oznacza budowę nowej pamięci narodowej. Do powszechnej świadomości zaczęły powracać postacie ukraińskiej historii, takie jak hetman Ivan Mazepa, przywódca polityczny i bojownik o niepodległość Ukrainy Symon Petliura czy polityk i dowódca wojskowy Pavlo Skoropadkyj, ale także przywódca ukraińskich nacjonalistów Stepan Bandera czy członkowie UPA. Ukraińcy tworzą obecnie nową przestrzeń, w której symbolicznie wprowadzają obrazy i historie, które ich jednoczą i pozwalają tworzyć opowieść o sobie samych, nieobciążoną rosyjskim i sowieckim dyskursem. Właśnie do tego wzorca narodotwórczego wpisuje się też opowieść o OUN-UPA, które ze względu na swój antysowiecki charakter pasuje do obecnej wojny z rosyjskimi okupantami. Ogólnie rzecz biorąc, UPA na Ukrainie nie jest kojarzona z ukraińsko-polskim konfliktem i rzezi wołyńskiej, lecz raczej z tradycją oporu wobec agresora, który pozostaje niezmienny. Partyzancka formacja jest tu rozumiana przede wszystkim jako symbol walki o niepodległość.
Na jej historycznym fundamencie można także bardzo skutecznie budować paralelę z dzisiejszym czasem. Podczas gdy UPA walczyła przeciwko ZSRR, dzisiejsza Ukraina broni się przed jego następczym państwem: Rosji. I choć może to budzić kontrowersje, dziedzictwo UPA dziś pomaga jednoczyć społeczeństwo. Za pozytywnym mitem tej formacji stoją prozachodni ukraińscy politycy i historycy, którzy z jednej strony dają Ukrainie szansę widzieć ją na nowo, ale z drugiej strony przesuwają się ku przeciwnej skrajności, malując własną historię, pomijając zbrodnie, które UPA popełniła na swoim sumieniu.
Ofiarami UPA w lecie 1943 roku padło od 40 do 80 tysięcy polskich cywilów mieszkających na Wołyniu, którzy odmówili opuszczenia swoich domów na podstawie ultimatum ukraińskich partyzantów. W odwetowych i tzw. prewencyjnych akcjach polskiej Armii Krajowej (AK) i lokalnej samoobrony zginęło około 30 tysięcy Ukraińców. Do zbrodni popełnionych przez UPA należą także morderstwa motywowane antysemityzmem oraz współpraca z nazistowskimi Niemcami pod koniec wojny. W związku z trwającą wojną łatwiej jest podkreślać antysowiecki opór, który można datować na lata 1944–1960, kiedy to ostatnia partyzancka grupa została zlikwidowana.
Polaków i Ukraińców dzieli odmienny obraz Wołynia
Polacy i Ukraińcy różnią się w tym, jak postrzegać wydarzenia na Wołyniu. Pierwsi widzą je jako ludobójstwo, drudzy jako skutek konfliktu, za który ponoszą pewną odpowiedzialność obie strony. Większość Polaków i Polek postrzega OUN i UPA jako formacje, które należy jednoznacznie potępić.
Historyk Timothy Snyder pisze, że AK planowała zmierzyć się z Ukraińcami o etnograficznie ukraińskie terytorium, które po I wojnie światowej przypadło Polsce. Nawet powstanie rozległych ukraińskich jednostek partyzanckich nie mogło Ukraińcom pozwolić zapomnieć o polskich roszczeniach terytorialnych. Do wojny etnicznej przygotowywały się także ukraińskie nacjonalistyczne grupy, w szczególności OUN i jej zbrojna część UPA. Innymi słowy, Snyder sugeruje, że obie strony szykowały się do etnicznego konfliktu.
Ukraińscy historycy często argumentują, że rzeź na Wołyniu była w zasadzie spontanicznym polsko-ukraińskim konfliktem, który wywołała antyukraińska polityka polskiego państwa. Wskazują na brutalną asymilację, katolicyzację, palenie cerkwi prawosławnych i kampanie pacyfikacyjne. Chociaż do takich działań dochodziło, to jednak nie można ich porównywać z tym, co wydarzyło się podczas wojny na Wołyniu.
Problemem, który nie pomaga rozwiązać sporów z przeszłości, jest także mitologizacja historii. Współczesna ukraińska kultura wojskowa przyjęła czarno-czerwone flagi, nacjonalistyczne hasła i postacie związane z radykalnym ruchem walczącym w przeszłości o ukraińską niepodległość. Ukraińcy już jednak demitologizują te symbole, łącząc je z obroną Kijowa, Mariupola, Bachmutu czy Awdijiwki, a nie z wydarzeniami sprzed ponad 80 lat. Polska często nie dostrzega tego braku kontekstualizacji. UPA dziś odgrywa na Ukrainie rolę mitu, do którego ludzie mogą się odwoływać jako do symbolu oporu wobec rosyjskiej imperialnej polityki, ale coraz mniej jest świadomych, co się za nim kryje. Młodsze pokolenie nie będzie już tak mocno identyfikować się z II wojną światową, lecz z kluczowymi punktami tej współczesnej.
Dla Ukraińców dziś istotne jest, czy mają prawo budować własną politykę pamięci i decydować o swoich bohaterach samodzielnie, niezależnie od tego, co o nich myśli otoczenie ktoś. Na Ukrainie legenda o UPA pomaga utrzymywać morale społeczeństwa, a w Polsce mobilizować elektorat. Obaj prezydenci swoimi nieprzemyślanymi zachowaniami jedynie dostarczają argumentów rosyjskiej propagandzie, która może twierdzić, że na Ukrainie są naziści.
Antyukraińskie nastroje szerzą politycy z najwyższych szczebli
W Polsce w związku z nadaniem jednostce imienia bohaterów UPA wzmocnił się populizm antyimigracyjny. Skutkiem są ataki na Ukraińców czy próby sprawdzania urzędników z obcymi nazwiskami. Były polityk PiS i obecnie niezrzeszony Janusz Kowalski na przykład rozsyłał maile do ministerstw z żądaniem, by przesłały mu listę urzędników ukraińskiego pochodzenia, a obecny stan opisał jako ukraińską inwazję na administrację rządową.
Politycy PiS zaczęli też wskazywać na ukraińskie pochodzenie polskiego polityka Andrzeja Szeptyckiego i domagać się oczyszczenia administracji z podobnych osób. Kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek pytał nawet w Sejmie, dlaczego w rządzie są Ukraińcy obrażający Polaków. Ten sam polityk później próbował zmusić Unię Europejską do natychmiastowego zaprzestania finansowania uzbrajania i odbudowy Ukrainy, dopóki ta nie przyjmie polskiej narracji historycznej. Innymi słowy, dopóki Ukraina nie zaakceptuje poglądu polskiej prawicy na historię, nie może liczyć na wsparcie.
Jego słowa złagodził potem przewodniczący partii Jarosław Kaczyński, który dzięki radykalizmowi Czarnka mógł odegrać rolę bardziej rozsądnego. Wyraził poparcie dla Ukrainy, a także obiecał, że zajmie się wypowiedziami polityka. Nie powstrzymało to jednak Przemysława Czarnego od nazywania Ukrainy banderowską i mówienia o niej jako o śmiertelnym zagrożeniu. W swoim przemówieniu podkreślił, że banderyzm stanowi dla Polski takie samo niebezpieczeństwo jak agresywna polityka Rosji.
W miarę jak niekulturalne zachowania polskich najwyższych polityków wobec Ukrainy narastają, rośnie także liczba ataków na Ukraińców i Ukraińki. Stosunek Polaków i Polek do przyjmowania uchodźców z Ukrainy jest obecnie najgorszy od 2014 roku. Ludzie uważają też, że pomoc Ukrainie jest zbyt duża. Mimo że za polskimi granicami trwa wojna, polskie społeczeństwo z nią nie ma bezpośredniego kontaktu, więc stopień powagi sytuacji nie jest odczuwany przez wszystkich tak samo. Poparcie dla Ukraińców w Polsce spadło do najniższego poziomu sprzed wojny, a dokładnie 60 procent Polaków i Polek nie życzy sobie dziś swoich sąsiadów w Unii Europejskiej.
Nie ulega wątpliwości, że Ukraina walczy i przetrwała także dzięki Polsce. Polska jednocześnie paternalistycznie uważa, że to jej zasługa, iż mieszkańcy Ukrainy uczą się zachodnich wartości. W Polsce pojawia się też przekonanie, że silna Ukraina w przyszłości nie będzie traktować poważnie swojego dużego, szczęśliwszego sąsiada i spróbuje go opanować.
Obecnie okazuje się także, że polskie sympatie do Ukrainy nie są bezgraniczne i w dużej mierze są determinowane przez wydarzenia w Kremlu. Warszawa bowiem, słowami byłego premiera Mateusza Morawieckiego, prowadzi twardą politykę „żelazo za krew”, czyli dostarcza Ukrainie broń, by mogła walczyć i nie rozprzestrzeniać konfliktu na własne granice. Jej sojusznictwo z Kijowem jest więc głównie motywowane chęcią utrzymania Rosji jak najdalej od ciała. Ten pragmatyzm nie jest zły, bo na końcu jest korzystny dla obu stron. Dziś jednak niestety retorycznie wydaje się, że największym zagrożeniem dla Polski jest Ukraina, od której nadal bezwzględnie oczekuje przeprosin, co rozumie jako bezwarunkowe przyjęcie własnego punktu widzenia poglądu. Jednak od pubertaty ukraińskiej, pełnej emocji, tego teraz nie doczeka się.
Obaj prezydenci powinni dziś w snach obawiać się rosnącej rosyjskiej propagandy wpływającej na ich społeczeństwa i szerzącej nienawiść między oboma narodami, tak jak to robiła ta sowiecka. Jej celem było, podobnie jak teraz, skłócenie Polaków i Ukraińców. Jeśli się to uda, Ukraina straci szansę na dekolonizację, a Polska na ekshumacje i pochówki swoich zmarłych.
Tekst jest częścią projektu PERSPECTIVES — nowej marki dla niezależnego, konstruktywnego i wieloperspektywicznego dziennikarstwa. Projekt jest finansowany przez Unię Europejską. Wyrażone poglądy i stanowiska są opiniami i oświadczeniami autora(-ów) i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i stanowiska Unii Europejskiej lub Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Edukacji i Kultury (EACEA). Unia Europejska ani EACEA nie ponoszą za nie odpowiedzialności.