Gdy znikną ostatnie lodowce
Kapitál
W słynnej sztuce teatralnej Maxa Frischa Biedermann i podpaľači gości porządny, zamożny mieszczanin na swoim strychu dwóch podejrzanych mężczyzn. Chociaż widzi, jak noszą tam beczki z benzyną, instalują lont i otwarcie mówią o zakładaniu pożarów, zamyka oczy na rzeczywistość. Nie chce zakłócać swojego komfortu i nie chce dopuścić do siebie, co się dzieje. I chce z nimi pozostać w dobrych stosunkach. W końcu, w rozpaczy, aby utrzymać iluzję pokoju, sam podaje im zapałki. Cały dom się pali. Razem z nim i jego rodziną.
W słynnej sztuce teatralnej Maxa Frischa Biedermann i podpalacze uczciwy, zamożny mieszczanin na swojej strychu ukrywa dwóch podejrzanych mężczyzn. Chociaż widzi, jak noszą tam beczki z benzyną, instalują lont i otwarcie mówią o podpalaniu, zamyka oczy na rzeczywistość. Nie chce zakłócać swojego komfortu i nie chce dopuścić do tego, co się dzieje. I chce z nimi pozostać w dobrych stosunkach. W końcu, w rozpaczliwej próbie zachowania iluzji pokoju, sam podaje im zapałki. Cały dom się zapala. Razem z nim i jego rodziną.
Max Frisch tę sztukę pierwotnie napisał jako metaforę na powolny wzrost totalitarnych reżimów XX wieku, przed którymi społeczeństwo z tchórzostwa zamykało oczy. Jestem przekonana, że dokładnie w tej pozycji znajduje się dziś nasza globalna cywilizacja. Jesteśmy jak Gottlieb Biedermann, który patrzy bezpośrednio na beczki z benzyną na własnym strychu, ale zamiast gasić je, szuka w nich nowej okazji ekonomicznej.
W sztuce występuje także straż pożarna, która widzi zbliżający się pożar, pasywnie go komentuje, ale nic nie robi, by mu zapobiec. Dziś tę straż pożarną symbolizują światowi liderzy, intelektualiści i panele naukowe, którzy od dawna analizują katastrofę klimatyczną i wyrażają zaniepokojenie, ale działania praktyczne odkładają na później. Jesteśmy świadkami absurdalnego przedstawienia, gdzie akademickie debaty i biurokratyczne oświadczenia zastępują prawdziwe gaszenie planety, podczas gdy podpalacze w mundurach dalej podkładają zapałki.
Syreny nam nie pomogą
Przerażające filmy z Nepalu po niszczycielskiej powodzi dotknęły nas wszystkich. Załamanie lodowca na granicy nepalsko-tibetańskiej zmyło całe wsie. Katastrofa pochłonęła ponad 1428 ofiar (a ich liczba wciąż rośnie) i tysiące zaginionych. Jak powiedział profesor Anjal Prakash, jeden z głównych autorów raportów Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC): „Żadna syrena nie jest w stanie wyprzedzić osuwiska górskiego, które runie w ciągu kilku sekund.”
SYSTEMY ostrzegawcze zawodzą, ponieważ prawdziwa porażka nastąpiła znacznie wcześniej. Straty w ludziach są duże także dlatego, że obecny biznes buduje infrastrukturę i hotele w ryzykownych korytach rzek tylko dlatego, że jest to bardziej opłacalne finansowo. Międzynarodowe centrum rozwoju zrównoważonego obszarów górskich w swoich raportach potwierdza, że nowoczesna zabudowa ignoruje tradycyjną wiedzę lokalnych społeczności. Deweloperzy, dla szybkiego zysku, zajęli niebezpieczne obszary powodziowe, którym od pokoleń świadomie unikali mieszkańcy.
Nasi ekonomiści tylko wzruszają ramionami. Vladimír Baláž patrzy na tragedię przez chłodne liczby. W artykule Himalaje mają ostatnie słowo podaje, że trzęsienia ziemi i powodzie w regionach rozwijających się mają dla globalnych przepływów finansowych jedynie marginalne znaczenie, o ile można przekierować przepływy pieniędzy gdzie indziej. Swoją refleksję kończy zdaniem, które przechodzi dreszczem po plecach: „Prawa ekonomii obowiązują wszędzie: nieszczęście jednego jest szczęściem drugiego.”
Ten sposób myślenia jest bardzo niebezpieczny. Ukazuje absolutną ślepotę technokracji rynkowej. Odmawia dostrzeżenia ludzkich tragedii, ponieważ nie mieszczą się one w tabelach wzrostu. Do tego bezpośrednio przyczyniamy się my sami. Masowy i komercyjny turizm uczynił z Himalajów drapieżny biznes. Ze względu na komfort zachodnich podróżników, w dziewiczych dolinach powstają luksusowe ośrodki. Tysiące samolotów i helikopterów emitują zanieczyszczenia, by zapewnić „doświadczenia turystyczne”. Te samoloty topią dokładnie te lodowce, które ludzie przyjeżdżają podziwiać. Koszt katastrofy klimatycznej zapłacą jednak biedni mieszkańcy własnymi życiami.
Klimatyczna apokalipsa jako nowy rynek
Podczas gdy na jednym końcu świata topniejący lód zabija i niszczy, system gospodarczy na drugim końcu przewraca tę samą planetarną katastrofę w nową sferę zysku. Arktyczny lód znika w bezprecedensowym tempie, ale zamiast globalnego ostrzeżenia, rynek od razu szuka nowych możliwości.
Otworzy się morze? Tak poprowadzi nowa trasa handlowa.
Zniknie lód? Pojawią się nowe tereny dla żeglugi, wydobycia ropy, gazu i surowców mineralnych.
Pojawi się nowy korytarz między Chinami a Europą? Firmy od razu zaczną go wykorzystywać do szybszego przemieszczania towarów.
Dokładnie to dzieje się dziś na Arktyce. Chiny już uruchomiły regularny transport kontenerowy tą trasą, a podróż do Wielkiej Brytanii może trwać około 18 dni zamiast ponad 40 przez Kanał Sueski. Rosja, poprzez Rosatom, kontroluje dużą część Morskiego Szlaku Północnego i zapewnia jądrowe lodowce, bez których regularny transport komercyjny byłby znacznie trudniejszy. Arktyka staje się więc symbolem kryzysu klimatycznego także dla handlu. To, co katastrofa klimatyczna odsłania i uwalnia spod lodu, natychmiast staje się celem bezwzględnej walki o władzę i nowe rynki.
Otworzyła się nowa przestrzeń do zysku, a system ma silną motywację, by ją wykorzystać. Pytanie, co to zrobi z środowiskiem i ludźmi tam żyjącymi, często pojawia się dopiero później. A czasem wcale. Transport morski generuje masowe emisje i czarny węgiel (sadze), które osiadają na śniegu i lodzie, zmniejszając jego zdolność do odbijania promieni słonecznych. Dramatycznie przyspiesza to ocieplanie całego regionu arktycznego.
To jeden wielki (o)błędny krąg, bo kryzys klimatyczny topi lód, a potem roztopiony lód „otwiera nowe możliwości gospodarcze”. Te z kolei przekładają się na działalność gospodarczą, która z kolei powoduje kolejne transporty i wydobycie, czyli dalsze emisje i nacisk na ekosystem. A tym samym kryzys klimatyczny pogłębia się. Kapitalizm potrafi nawet z katastrofy klimatycznej uczynić nowy rynek. Dlatego twierdzenie Baláža, że „biznes będzie szedł dalej”, jest przerażającą kapitulacją wobec tej zdegenerowanej logiki zysku. Nasz system gospodarczy nagradza to, że ktoś zarobi na topnieniu Ziemi, zamiast go powstrzymać. Ślepa wiara naszych ekonomistów w niekończący się mechanizm rynkowy tylko legitymizuje fakt, że podczas gdy świat płonie lub się topi, biznes otwiera nową filię na jego gruzach.
Kto bierze zysk, a kto płaci rachunek?
Problem polega na tym, że dzisiejszy rynek nie dba o życie naszych dzieci, dopóki nie potrafi na tym od razu zarobić. Gdy pojawia się nowa przestrzeń do zysku, system ma po prostu nieubłaganą motywację, by ją wykorzystać. Nie zadaje pytania, co to zrobi z naszym światem. Zysk z szybszej transportu i dostępności surowców jest prywatyzowany na kontach państw i firm, które posiadają infrastrukturę. Przez zamarznięte arktyczne morza zaczynają płynąć ogromne statki towarowe, a drapieżna eksploatacja paliw kopalnych na północy jest uruchomiona. Zagrożenie wielkich katastrof naftowych w zamarzniętym morzu, gdzie ropa nie da się oczyścić, a zniszczone domy pozostają na barkach lokalnych mieszkańców. To są koszty, które nie mieszczą się w bilansach firm, bo ktoś inny musi za nie zapłacić.
Ekonomiści nazywają to negatywnymi efektami zewnętrznymi. Oznacza to, że korporacje przenoszą rzeczywiste koszty zanieczyszczenia i rabunku zasobów na całą społeczność, cynicznie uznając je za uboczne szkody, za które nie zamierzają brać odpowiedzialności ani ich pokrywać. Jeśli te ukryte koszty środowiskowe nie zostaną uwzględnione w cenie produktów i transportu, rynek nadal będzie nagradzał tych, którzy najbardziej szkodzą środowisku. Dane naukowe z ostatniego – Szóstego raportu oceniającego IPCC – dostarczają twardych dowodów na to, że żyjemy w rzeczywistości głębokiej niesprawiedliwości klimatycznej. Z raportów ONZ wynika, że dziś aż 3,3 do 3,6 miliarda ludzi żyje w obszarach silnie podatnych na zmiany klimatu. Najważniejsze jest jednak to, że w najbardziej narażonych regionach świata w ostatniej dekadzie odnotowano aż 15-krotnie więcej zgonów z powodu powodzi, susz i burz w porównaniu z krajami o niskiej podatności.
Pod względem ekonomii środowiskowej jest to czysta asymetria. Elity czerpią zyski, podczas gdy najbiedniejsze populacje, które prawie nic nie przyczyniły się do globalnych emisji, płacą ten ekologiczny dług własnym życiem. Arktyka i Himalaje stawiają nam więc to samo niewygodne pytanie: jeśli potrafimy z samego topnienia pokrywy lodowej Ziemi zrobić nowy biznes, czy w ogóle jeszcze potrafimy odróżnić okazję ekonomiczną od oznak globalnego upadku ekologicznego?
Albo czy naprawdę jesteśmy unikalnym gatunkiem, który działa i będzie działał tak, że nie przetrwa, bo mu się to nie opłaca ekonomicznie?
Oczekiwanie już nie jest strategią
Jako Zaniepokojone matki odmawiamy biernego siedzenia „na strychu” i czekania, aż płomienie zaczną sięgać przez podłogę do pokoju dziecięcego. Nie chcemy czekać na moment, gdy ta kryzys dotknie każdego z nas osobiście, bo wtedy będzie już za późno. To już nie jest legalna strategia.
Musimy zadawać pytania. I zadawać je głośno, co możemy zrobić już teraz, aby krótkoterminowy zysk firm nie był ważniejszy niż świat, w którym nasze dzieci będą mogły bezpiecznie żyć.
Nie możemy już tylko biernie czekać na biurokratyczną „straż pożarną”, która ma w rękach całą władzę i budżety, a zamiast działań praktycznych, wydaje tylko formalne oświadczenia.
Bo i oni wyrażają jakieś zaniepokojenie. Ale jest to inne zaniepokojenie niż nasze. Nasze zaniepokojenie jest motorem działania, podczas gdy u polityków to tylko alibi na ukrycie bezczynności. Z ich dotychczasowych kroków wynika, że nie gaszą ognia, a jedynie mu się przyglądają albo, pod naciskiem przemysłu paliw kopalnych, sami jeszcze podkładają ogień.
Musimy ten stan wspólnie zmienić. Łączmy się i domagajmy się zmian systemowych. Wywierajmy stały nacisk na polityków i wspierajmy rozwiązania chroniące przyszłość przed działalnością opartą wyłącznie na zysku, która całkowicie nie bierze pod uwagę natury, klimatu ani życia zwykłych ludzi. Jeśli tego społecznego nacisku nie wywrzemy wszyscy my, którym zależy na przetrwaniu, nikt inny tego nie zrobi za nas.
I przekażmy to także panu Balážowi i wszystkim, którzy twierdzą, że „biznes będzie szedł dalej”: Nie, panie Baláž. Gdy jako ludzkość upadniemy, żaden biznes już nie będzie kontynuowany. Ten „biznes” jest bowiem wyłącznie działalnością ludzką, a martwe społeczności nie handlują!
Nie pozwólmy, by Biedermanni tego świata podali podpalaczom ostatnią zapałkę!
Tekst powstał przy wsparciu fundacji Rosa Luxemburg Stiftung, z przedstawicielstwem w Czechach. Za treść odpowiada wyłącznie wydawca; poglądy wyrażone w tekście nie muszą koniecznie odzwierciedlać stanowiska fundacji.