„Pitch Your Single Friend”, czyli randki dla tinderosceptycznych

Krytyka Polityczna
„Pitch Your Single Friend”, czyli randki dla tinderosceptycznych

Unikamy słów „swatanie” czy „szybkie randki”. Ja nazwałabym to platformą do spotkania się i pogadania bez matchowania – mówią organizatorki, które przeniosły amerykański format randkowy na polski grunt. The post „Pitch Your Single Friend”, czyli randki dla tinderosceptycznych first appeared on Krytyka Polityczna.

Kamila wie, że aplikacje randkowe to piekło, więc wchodzi na scenę w Resorcie Komedii, łapie za mikrofon i prezentuje pierwszy slajd:

– Dlaczego powinnaś poznać Tomka? Już tłumaczę – zaczyna i przez następne pięć minut próbuje odpowiedzieć na to pytanie.

– Mimo iż ma wąsa, to was nie zmanipuluje – uspokaja. – Jak dokonacie wyboru i umówicie się z Tomkiem już teraz, w gratisie dostaniecie kota Pępuszka. Tomek bierze udział w losowaniu na maraton w Paryżu. Przejmuje się innymi ludźmi. Jest weganinem.

Opisywany mężczyzna siedzi na scenie kilka metrów od Kamili i razem z setką osób z widowni patrzy w ekran, na którym przeskakują jego zdjęcia i opis. Być może znajdzie dziś partnerkę. Albo przynajmniej umówi się na kilka randek.

Tego wieczoru Kamila też otrzyma swój pitch.

– To jest Kamila – przedstawia wolną przyjaciółkę Tomek. To jedyny duet tego wieczoru, w którym pitchowana i pitchujący zmieniają się rolami.

Z prezentacji Tomka o Kamili dowiadujemy się, że: ma 24 lata, 178 cm wzrostu, wykształcenie wyższe, dwa kotki. Łatwo jej zaimponować, nie je mięsa, a jej typem mężczyzny jest chłop z wąsem.

Slajd z listą zielonych flag jest bardzo długi. Tomek twierdzi, że Kamila jest: opiekuńcza, wrażliwa, dobrze gotuje, lubi tańczyć, jest niekarana, lojalna, zabawna, kreatywna i zaszczepiona.

Tylko jedna czerwona flaga: nadal ma kontakt z eks.

– To ja jestem jej eks – przyznaje Tomek, a na sali słychać poruszenie i śmiech.

– Bo nie znasz imion jej kotów? – zaczepia ktoś z widowni, wypominając Tomkowi, że zawahał się w slajdzie o zwierzątkach domowych.

– Przygarnęła koty po rozstaniu.

– A czemu się rozstaliście? – pyta inna osoba z widowni.

Tomek tłumaczy krótko: ona chciała dzieci, on nie. Wszystko się zgadza, można przejść do kolejnej prezentacji.

Polskie „Pitch Your Single Friend”

Wydarzenie opiera się na amerykańskim formacie randkowym – przyjaciele przygotowują prezentacje na temat zaprzyjaźnionych singielek i singli. Podczas jednego eventu odbywa się osiem prezentacji.

Dotychczas w Polsce miały miejsce cztery takie wydarzenia. Ostatnie z nich – pod koniec września w warszawskim Resorcie Komedii. Mimo iż format pitchu brzmi dostojnie i korporacyjnie, można na nim usłyszeć:

– Moja przyjaciółka i ja znamy się dłużej, niż nie znamy. Szuka rudego mężczyzny.

– Mój przyjaciel szuka dziewczyny, która zgodzi jechać do Sopotu na gofry nocą i wrócić rano do pracy.

– Moja przyjaciółka była twarzą spółdzielni mleczarskiej.

Prezentacje są zróżnicowane – niektórzy skupiają się na „specyfikacjach” przyjaciela (wzrost, zainteresowanie ćwiczeniami fizycznymi, umiejętność wybudowania czterometrowego bałwana), inni – na sile przyjaźni (wspomnienia wspólnych wyjazdów, piękne momenty grania jazzu dla krów). Część prezentujących radzi sobie tak dobrze, że porywa tłum charyzmą i humorem. Inni są wyraźnie spięci, mylą się i przejęzyczają, spuszczają wzrok. Z widowni patrzy na nich prawie setka obcych ludzi.

W porównaniu z amerykańską polska wersja przypomina raczej dużą domówkę. W Los Angeles podobne wydarzenia gromadzą nawet po dwa tysiące ludzi. Odbywają się w wielkich salach, niczym profesjonalne konferencje. Koordynowanie tak dużych inicjatyw wymaga specjalnego systemu, newslettera, wysyłania przypominajek. Gdy organizatorki polskiego pitchu odzywają się do Amerykanów, ci proponują udostępnienie narzędzi za 200 dolarów miesięcznie.

– Tyle to udaje nam się zarobić na całym evencie. To nie przystaje do polskich realiów, biorąc pod uwagę nasze finanse i potrzebę kameralnej atmosfery. Zrobimy to po swojemu – komentują i odmawiają.

Atomówki zapraszają na bazarek

Polską edycję tworzą we trzy, obdarzone potrzebą pomagania innym niczym społeczne hybrydy Erosa z Atomówkami: Maria, Misia i Kasia.

Kasia ma 35 lat, jest projekt menadżerką w DKMS i improwizatorką teatralną.

Misia ma 39 lat, tworzy komunikację dla organizacji pozarządowych i małych polskich marek. W godzinach pracy i po – mama. Wkurzają ją aplikacje randkowe i komercjalizacja potrzeb społecznych.

Maria ma 40 lat i to ona wpadła na pomysł zorganizowania całego przedsięwzięcia. Na co dzień zarządza projektami w IT. Od dawna ma w sobie potrzebę, by robić coś więcej, wychodzić poza zawodowe zainteresowania.

W październiku złamała rękę, zyskała czas wolny. Trafiła na wzmiankę o „Pitch Your Single Friend” z USA, zaczęła śledzić temat. Wysłała wzmiankę Misi i Kasi. Obie zareagowały entuzjastycznie.

– Robimy to? – zapytała.

Misia i Kasia wcześniej się nie znały, ale randkowy projekt połączył je w trio.

Najpierw musiały zebrać zgłoszenia, sprawdzić, czy ktokolwiek będzie zainteresowany.

– Zrobiłyśmy krótki formularz, w którym należy napisać, kim jesteś i dlaczego chcesz zaprosić przyjaciółkę lub przyjaciela do pitchu. Bierzemy pod uwagę kolejność zgłoszeń, bo tak jest najbardziej fair – tłumaczy mi Maria. – Oczywiście, gdyby ktoś napisał w zgłoszeniu, że jego przyjaciel jest fanem Hitlera, to pewnie byśmy się zastanowiły, ale tak poza tym dajemy szansę każdemu. Zależy nam, by przychodziły osoby z różnych baniek.

Maria pozostaje w kontakcie ósemką pierwszych zgłoszonych. Zdarza się, że się wysypują – do czasu eventu zdążą kogoś poznać, zmieniają zdanie. Wtedy na ich miejsce wchodzą osoby z listy rezerwowej.

Zgłoszeń jest dużo, tak samo jak zainteresowanych zasileniem widowni. Na wydarzeniach w Warszawie bilety wyprzedają się dwa tygodnie przed imprezą, a ludzie bez przerwy dopytują, czy mimo braku miejsc da się kogoś jeszcze wcisnąć.

Sama idea jest z jednej strony biznesowa niczym korporacyjne spotkanie wokół projektu, z drugiej – trochę retro, jak bycie zeswatanym przez ciotkę, która rozprawia o twoich atutach na weselu. Takie skojarzenia ma wielu ludzi. Organizatorki są tego świadome, ale podkreślają, że wolałyby uciec od kapitalistycznej nomenklatury:

– Unikamy słów „swatanie” czy „szybkie randki”. Ja nazwałabym to platformą do spotkania się i pogadania bez matchowania. Niektórzy mówią na to „sprzedawanie przyjaciela”, postrzegają prezentacje jak pitch deck w korporacji. My myślimy o tym tak, jakbyśmy organizowały bazarek, na którym możesz grzebać w różnych ciuchach – tłumaczą Misia i Maria.

Czy to koniec aplikacji randkowych?

Na przerwie między prezentacjami łapię Tomka i Kamilę.

– Przyszliśmy tu, bo ile można siedzieć na apkach randkowych? – komentuje Tomek. – Oczywiście mamy je oboje, trudno z nich zrezygnować, szczególnie jeśli pracuje się zdalnie i ma się tylko garstkę znajomych.

Tomek z nadzieją testuje Hinge. Według twórców aplikacja ta ma być inna niż pozostałe randkowe padalce – bez reklam i „zaprojektowana do usunięcia”. Hinge chwali się, że istnieje po to, by łączyć ludzi, a nie uzależniać ich od platformy. Z tego powodu stworzyła dodatkowe narzędzia, takie jak opcja dodawania komentarzy czy odpowiadania na konkretne pytania w profilu, co w założeniu ma ułatwiać rozpoczęcie rozmowy. Czy nie jest to tylko rozbieg przed przemianą w Tindera dla alternatywek – zobaczymy.

Powiedzieć, że apki randkowe się zgównowaciły, to nic nie powiedzieć. O frustracji i bezsensie niekończącego się swipowania opowiada mi cała horda heteroseksualnych koleżanek. Od chodzenia na randki z Tindera bardziej nie znoszą tylko samego korzystania z Tindera. Idea znalezienia tam kogoś jest prawie całkiem skompromitowana – w internecie roi się od skeczy na temat ludzi poznawanych przez apki, a na Facebooku popularnością cieszy się grupa o nazwie „Bękarty Tindera”, która służy do „ostrzegania kobiet przed bękartami” (oszustami, frajerami, you name it). Screeny z żenujących rozmów mogłyby śmiało doprowadzić do przeciążenia oddziału toksykologii, a w poczekalni między związkami prawie każdy tinderowiec ma do opowiedzenia dziwną anegdotę.

Według badań korzystanie z aplikacji randkowych jest wkurwiające. Oczywiście badacze tak tego nie ujęli, ale pewnie by to zrobili, gdyby nie konwenanse prac naukowych, więc pozwalam sobie stwierdzić to za nich. Wykazują za to, że szybkie, instynktowne przesuwanie profili wiąże się z niższą samooceną, a problemem jest sam mechanizm działania aplikacji.

W 2024 roku przez trzy miesiące obserwowali użytkowników aplikacji randkowych. Szybko okazało się, że stałym elementem przesuwania kandydatek i kandydatów są wypalenie i frustracja, podczas gdy starsze portale matrymonialne nie wywoływały tak negatywnych odczuć.

Na tej emocji rozwija skrzydła Hinge – aplikacja, która pozycjonuje się jako remedium na randkowe wypalenie (ang. dating app burnout) i znużenie swipowaniem (ang. swipe fatigue). Choć powstała już w 2012 roku, dopiero teraz zdobywa popularność w Polsce.

Poza biciem w tarabany, że pokolenie zet spędza mniej czasu na spotkaniach z innymi ludźmi niż osoby w tym samym wieku 20 lat wcześniej, twórcy aplikacji dostrzegają frustrację użytkowników. W końcu jeśli coraz więcej ludzi przerzuci się na szukanie randek w offlajnie, to to mniej przypadnie aplikacjom. Bumble zrezygnował z funkcji swipowania, Tinder organizuje wydarzenia randkowe na żywo, a Hinge podkreśla, że chciałby zbawić świat samotników i namówić ich do usunięcia aplikacji. Choć oczywiście Hinge do etycznych gigachadów nie należy. Należy za to do Match Group, czyli właściciela Tindera, a poza darmową wersją aplikacji stworzył też subskrypcje Hinge+ oraz HingeX, które dają użytkownikom funkcje premium, takie jak możliwość zobaczenia nadchodzących polubień.

Po pitchu

Spotkanie się z obcymi na żywo, zabawna prezentacja, entuzjazm widowni – wszystko razem ma działać jak odtrutka. Po ośmiu prezentacjach singli następuje czas na interakcje i zabawy: karty typu flirt, pogaduchy, możliwość zostawienia komuś wiadomości, czipsy. Organizatorki wymyśliły też wizualny system ułatwiający nawiązanie rozmowy: wstążki na nadgarstku, które sygnalizują, że jesteś otwarta na kontakt.

– Można zawiązać wstążkę osobie obok, to zawsze początek intymności – kuszą ze sceny.

Dwa tygodnie po pitchu pytam Tomka, czy na bazarku pełnym singli on lub jego eks wygrzebali kogoś dla siebie.

– Nie – odpowiada.

Historia nie ma więc happy-endu, ale dla dobra niniejszego tekstu Tomek nie wrócił też do swojej eks.

– Podczas pitchu ktoś zaprezentował naszego kolegę. Od wielu lat nie chodził na randki, nie mógł się przemóc – opowiadają Maria, Kasia i Misia. – Pitch pomógł mu się otworzyć, wybrał się na kilka randek.

Ludzie uczestniczący w pitchu zaczepiają je na mieście, opowiadają, że się udało – spodobał im się ktoś ze sceny lub z widowni.

Organizatorki mają dużo pomysłów na rozwój formatu: planują spin-offy z uczestnikami poprzednich edycji, pitche queerowe, może nawet przyjacielskie.

– Po ostatnim pitchu podszedł do mnie chłopak, który prezentował przyjaciela i powiedział, że jego dziewczyna jest bardzo nieśmiała, nie ma swojej przyjaciółki. Gdyby powstało wydarzenie z pitchami przyjacielskimi, nie tylko randkowymi, to chętnie by ją wysłał. Na pewno takich osób jest więcej – uważa Maria.

The post „Pitch Your Single Friend”, czyli randki dla tinderosceptycznych first appeared on Krytyka Polityczna.