Październik w Paryżu
Kapitál
„Pewnego dnia musimy napisać historię własnej nieznaczącości – ujawnić gęstość naszego narcyzmu.” Roland Barthes, Imperium znaków Jeśli człowiek chce zrozumieć istotę historii, wystarczy porównać Heroda z wczesną prasą, pisze Walter Benjamin w swoim eseju Paryż, stolica XIX wieku. Opinie na temat tego, co kryje się za masowymi protestami we Francji, powstają zwykle na podstawie tego, z której części współczesnego świata pochodzi ich autor/autorka. Jeśli jesteście z tych europejskich krajów, w których po 1989 roku ogromną liczbę ludzi można było stopniowo uwieść znormalizowanym wyobrażeniem cywilizacyjnej uniwersalności świata euroatlantyckiego utożsamianej z nieograniczonym kapitalizmem, bardzo prawdopodobne, że będziecie mówić o spisku Chin, Iranu, islamistów czy Rosji atakujących ze światowej „dżungli” na „ogród Europy”. Jeśli jesteście z Francji albo po prostu nie uważacie zachodnich metropolii za niebiańską kawiarnię, w której ludzie niczym jaszczurki Baudelaire’a wygrzewają się tuż przy wejściu do raju, a ponadto macie to szczęście, że „nie boicie się” dołączyć do protestujących, będziecie mówić, że ludzie chcą „tylko” móc pozwolić sobie na jedzenie, otrzymać dobre wykształcenie i nie martwić się o dach nad głową. I gdyby tylko tam! Protesty w całej Europie i we współczesnym świecie pokazują, że ludzie mają po dziurki w nosie nierówności społecznych, podwójnych standardów prawa do „człowieczeństwa” i podtrzymywania pielęgnowanego wyobrażenia, że kolonializm skończył się wraz z ogłoszeniem niepodległości przez państwa. I że odmawiają uznania społeczeństwa porwanego przez miliarderów przy wydatnej pomocy spreparowanej zgody wschodnioeuropejskiej semiperyferii za wymarzony wolny świat dla wszystkich „zdolnych”. Paryż nie jest snem Również wtedy, gdy po raz pierwszy przyjechałam do Paryża, był październik. Piękna, ciepła jesień, a z Gare du Nord poszłam prosto na Montmartre, gdzie zdrzemnęłam się na ławce. Jeden z pierwszych paryskich obrazów w mojej pamięci przedstawia czarnoskórą kobietę, która weszła do Sacré-Cœur tuż za mną. Gorliwie przeżegnała się, pochyliła ku ziemi, a ja zobaczyłam, że modli się nie tylko cała jej dusza, lecz w drżeniu jej ciała także wszystkie pragnienia ludzi, których losy przywiodły ją tutaj. Z korony żhavých plamenů pozřela na mne Panna v Chartres Krev vašeho Svatého Srdce mne zalila na Montmartru Jsem z toho nemocen když slyším ta slova požehnaná Láska jíž trpím je má choroba tajná A obraz který tě posedl ti pomůže přežít úzkost a bdění Vždy u tebe dlí ten obraz jenž prchá k nevrácení... Z płonącym spojrzeniem wyszła na zewnątrz i zniknęła w morzu kijków do selfie. Na jednej ze ścian świecił wymalowany sprayem napis „Paryż nie jest snem”. Kiedy 17 października tego roku wysiadłam z metra jakieś dwa przystanki od Placu Republiki, gdzie o czternastej miała się rozpocząć kolejna z wielkich zapowiedzianych demonstracji, płynnie dołączyłam do tłumu młodych ludzi idących w tym samym kierunku co ja. Ogarnęło mnie przyjemne poczucie uświadomienia sobie, dlaczego ostatecznie pokochałam Paryż przed laty. Miasto, w wyobraźni ludzi z całego świata niemal mitologiczne, dla mnie nigdy nie było „snem” ani nie pociągało mnie w szczególny sposób. Zbyt nowoczesne, zbyt znane, drapieżne i bezwzględne, zbyt wyidealizowane, zbyt skonstruowane, szykowne. Nie doceniłam jednak nieodpartego uroku odwrotnej strony tego kotła nowoczesności, laboratorium europejskiej historii i kontrastów, obietnicy nadziei dla wszystkich wydziedziczonych tego świata. ... Uslzen vidíš chudáky emigranty odjížděti Věří v Boha modlí se ženy kojí své děti Jich zápach plní síň nádraží Saint Lazar Jako tři králové věří ve svou hvězdu v budoucí zdar Myslí že v Argentině se jejich osud změní A že se vrátí domů až nadělají jmění Jedna ta rodina si nese praporek červený jako vy srdce své Ten praporek a naše sny jsou stejně přízračné Někteří z emigrantů se zdrží a pobývají tu V brlozích ulice des Rosiers nebo des Écouffes Často jsem viděl je večer jdou se ven nadýchat vzduchu Zřídka se pohnou s místa jako figurky v šachu Nejvíce jsou to Židé a ženy jich s parukami Sedí bezkrevné a hlídají temné krámy... Z tym że wspomnianych Żydów zastąpili dziś w norach Algierczycy, Tunezyjczycy, Senegalczycy, Kongijczycy czy ludzie z podupadającej francuskiej prowincji, którzy nie potrafią znaleźć dla siebie miejsca w bezlitosnej machinie wielkiego miasta. Nie ma na świecie takiego wiersza o nowoczesności jak Zone ( Strefa ) Apollinaire’a. Jsi v Paříži, od soudce vyslýchan, jak zločinec zatčen a do vězení dán... Jest coś podnoszącego na duchu w fakcie, że pomimo historycznych niesprawiedliwości i różnic, które oddalają od siebie ludzi wszystkich warstw społecznych i pochodzenia, na paryskich demonstracjach panował dokładnie ten uniwersalizm, o którego potrzebie pisał Immanuel Wallerstein. Działo się to w czasie, gdy po rzezi w Iraku i faktycznym zrównaniu z ziemią Rakki i Mosulu wyraźnie było widać, że dotychczasowa uniwersalistyczna idea wyłącznie europejskiego pochodzenia nigdy nie może być sprawiedliwa – zawsze będzie rasistowska i jako taka potencjalnie rodząca faszyzm. Free trade , wolny handel narzucany kanonierkami i bombami sterowanymi komputerowo, będzie kierował swoje zyski niemal wyłącznie do finansowych elit Europy Zachodniej i państw białego kolonializmu osadniczego w Ameryce Północnej i Australii. A wolność pracy stanie się eufemizmem pracy niewolniczej. El pueblo unido jamás será vencido Ludzie wokół mnie żądają na transparentach dokładnie tego, co od miesiąca jest główną przyczyną protestów: lepszej edukacji, lepszych warunków mieszkaniowych, mniejszego rasowo uwarunkowanego dostępu do wysokiej jakości warunków życia, odrzucenia rządów oligarchii i wsparcia dla zbrojeń. Dominują studentki i studenci, dobrze widoczni związkowcy i związkowczynie, a także żółte kamizelki. Ludzie z Ameryki Łacińskiej wyrażają poparcie dla rodaków w kraju, którzy w podobnym czasie stawiają czoła brutalnym represjom policyjnym w Argentynie, zwłaszcza w Buenos Aires. A jak dowiaduję się później ze źródeł przekazujących informacje z obu Ameryk, represjom stawiają czoła również uczestnicy zgromadzeń i marszów w Ekwadorze, Kolumbii, Brazylii i USA. Na paryskim bulwarze ludzie spuszczają z balkonów płótna z napisami „Artyści są z wami” i tworzą improwizowane kameralne orkiestry grające Aznavoura, Quilapayún, Międzynarodówkę . Społeczeństwo jest tutaj dokładnie takie – internacjonalne. Paryż wciąż jest w pewien sposób stolicą świata, jak nazwał go w przededniu drugiej wojny światowej Walter Benjamin. Kiedy wbiegam po schodach na wzniesioną część bulwaru, widok jest podnoszący na duchu. Defilujący tłum nie ma końca. Z jednej strony wyłania się już posąg Marianny na Placu Republiki, z drugiej napływa rzeka śpiewających ludzi. Melodie nadają z okien przyglądający się mieszkańcy, a masa na dole dołącza. Podczas gdy światowe serwisy informacyjne przygotowują już pierwsze sformułowania o brutalnych demonstrantach i islamistach, w Paryżu ludzie śpiewają Emmenez-moi (Zabierzcie mnie) Aznavoura i dają się ponieść ku Placowi Republiki, gdzie tę piosenkę gra już Orquesta del Nuevo Mundo. Wszyscy znają jej słowa : „Zabierz mnie na kraniec świata, zabierz mnie do krainy cudów…” Nad głowami powiewają francuskie flagi, czasem także flagi innych państw, a tu i ówdzie palestyńska flaga lub transparent. Wkrótce dowiem się, że Benjamin Netanjahu zganił Emmanuela Macrona za jego przyjacielskie przypomnienie, by powściągnął się w wyniszczaniu Gazy – jeśli tego nie zrobię, wpełzną ci do Paryża, tego chcesz?! Teraz jednak widzę, że podobnie jak inne flagi, także flaga Palestyny jest manifestem, że nowoczesne społeczeństwo, którego pragną protestujący, musi być inne niż dotychczasowe. To ostatnie określa wojskowa relacja wyższej rasy i klasy wobec „dżungli”, na którą celuje z ogrodowej altany. Nie zdążyła jej jeszcze „ucywilizować” poprzez wycinanie lasów, prywatyzację zasobów, żywność modyfikowaną genetycznie, ludobójstwo i sztuczną inteligencję. Na początku XX wieku ówczesny prezydent USA Theodore Roosevelt ujął to jasno: „Będziemy kontynuować ich zabijanie, dopóki nie nauczą się słuchać naszej broni”. Tutaj topimy Algierczyków Pośrodku Placu Republiki nad melodią orkiestry stopniowo zaczyna dominować huk. Nie widzę ich w tłumie, ale jest jasne, że muzyków i muzyczki „spotkał” podobny los jak nas na dole. Szczypanie oczu staje się nie do zniesienia, z tyłu słychać wystrzały. Ludzie próbują opuścić plac, ale już się nie da: okazuje się, że wyjścia na wszystkie bulwary zablokowały policyjne kordony. Jeśli chcesz odejść, dostaniesz po głowie. Wszyscy się tłoczą, tłum gęstnieje. Zauważam, że posąg Marianny ma na sobie żółtą kamizelkę. Z jednej strony napis „Październik 2026, policja okalecza studentów”, z drugiej „Październik 1961, policja topi Algierczyków”. W tłum spada granat, wybucha panika, jeśli jej ulegniemy, stratować się możemy nawzajem. Duszę się, prawie nic nie widzę, nie mogę złapać oddechu. Mężczyzna w czarnej kominiarce i goglach pływackich bierze mnie pod pachę: „Madame, wszystko w porządku?” I odprowadza mnie do najbliższego muru. Pokazuje mi, jak trzymać głowę, a kiedy nabieram powietrza, zakrapla mi oczy. Człowiek aż chciałby krzyknąć – oto jeden z zamaskowanych wandali! Ale po chwili ja również wyglądam podobnie: twarz owinięta szalikiem, a zamiast gogli pływackich przynajmniej okulary przeciwsłoneczne, jeśli chcę wytrzymać. Po chwili zauważam, że rozdawanie kropli i ostrzeganie, w którym kierunku uciekać, jest czymś zwyczajnym – ludzie współpracują, pomagają sobie. Gdy wycofuję się razem z innymi, na miejscu zostają już tylko ostatnie grupki duszących się ludzi i grupki młodych mężczyzn rzucających kamieniami w policjantów. Nie potrafię pojąć, dlaczego uderzenie pałką otrzymuje młoda kobieta w chuście na głowie, podnosząca się z ziemi, ani dlaczego policyjne kordony nagle nacierają na nasz tłum, podczas gdy ci, którzy próbują oddać im ciosy, pozostawiają policjantów obojętnymi. To, co jednak widzę, to ewidentne wymierzenie działań policji we Francuzów o innym kolorze skóry. Czy to poprzez przedstawianie ich jako głównych grup włóczęgów, czy też przez to, że „kolorowe” kobiety obrywają znacznie bardziej niż my, pozostałe. To długa historia głęboko zakorzenionego rasizmu, który pozwala rządowi Macrona i policji stosować brutalną przemoc wobec demonstrantów, a zarazem podburzać ich przeciwko sobie. We Francji po wielu latach milczenia zwrócono uwagę na film Październik w Paryżu , który w 1961 roku potajemnie nakręcił amator, z zawodu immunolog, Jacques Panijel. Dokument o bezpośredniej policyjnej brutalności wobec buntu Algierczyków w Paryżu podczas wojny algierskiej był cenzurowany aż do 2011 roku. Prefekt Paryża Maurice Papon rozpoczął tak zwaną masakrę paryską, ogłaszając surową godzinę policyjną, która dotyczyła wyłącznie algierskich imigrantów. Do demonstrantów – około 40 tysięcy nieuzbrojonych mężczyzn, kobiet i dzieci – policja strzelała, biła ich pałkami i jeszcze żywych wrzucała do Sekwany. Odpowiedzialność za te czyny przyznał dopiero w 2012 roku prezydent François Mitterrand. Dior płonie! Opustoszałym bulwarem pędzą policjanci, tłum z Placu Republiki jest praktycznie rozproszony, przede mną i za mną płonące barykady z opon i rowerów. Teraz już spokojnie lawiruję między nimi w stronę ulubionej knajpy przy Rue Saint Denis. Mám rád tu pěknou ulici průmyslu a píle ležící v Paříži mezi třídou des Ternes a ulicí Aumont-Thiéville... Walki uliczne przeniosły się właśnie tam. Z dymu przed rozbitym Monoprixem wyłaniają się sylwetki siedzących bezdomnych pijących mleko i przeżuwających jedzenie, które włóczędzy przynieśli im po swoim rajdzie. Moja knajpa wygląda na zamkniętą, kiedy jednak pukam, wpuszczają mnie do środka i bez pytania nalewają mi wina. Czuję się jak w salonie u znajomych. I znów przemyka mi przez głowę Apollinaire: Stojíš nad zinkovým plechem ve výčepu ochlastů Popíjíš mezi nešťastníky kávu za dva sous... Portugalscy właściciele knajpy nie są żadnymi nieszczęśnikami. Przybyli do Paryża jako część wielkiej portugalskiej fali uchodźców w latach 60. i 70. ubiegłego wieku i nie czują się komfortowo, gdy mówi się o nich jako o imigrantach. Kiedy przed szybami baru gęstnieje dym, wybuchają petardy, płonie samochód i zaczynają się pościgi, zespoły informacyjne z całego świata nadają relacje z protestu niejako z naszej ulicy. Prawie nie wspomina się w nich o setkach tysięcy pokojowych demonstrantów, o niczym z tego, co widziałam również ja. Nie wspomina się także o tym, że macronizm od niemal dziesięciu lat grabi kraj na rzecz miliarderów. Majątek niektórych z pięciuset najbogatszych francuskich rodzin, według Attac France, od 2017 roku wzrósł ponad dwukrotnie. Podczas pandemii COVID-19 zwiększył się o około 170 miliardów euro i jest o połowę większy niż łączny majątek najuboższych, czyli ośmiokrotnie większy niż w 1980 roku. Francja ma ponadto wciąż duży wpływ na gospodarki kilku swoich byłych afrykańskich kolonii za pośrednictwem własnej polityki monetarnej. Należy też do największych eksporterów broni na świecie. Nic z tego jednak nie nazywa się grabieżą. Przypominam sobie, jak przed laty Vlado Godár, w związku ze zniszczeniem świętych miejsc na Bliskim Wschodzie, zapytał mnie, czy potrafię sobie wyobrazić, jak Europa zareagowałaby na zniszczenie świątyni watykańskiej. Teraz na Champs Elysées płonie Dior i wygląda na to, jakby świat nie doświadczył jeszcze większej apokalipsy. W grabieży ani w tym, jak podchodzi do niej policja, oczywiście nie ma nic podnoszącego na duchu. Ci, którym z witryn w luksusowych dzielnicach zniknęły diamenty warte setki tysięcy, prawdopodobnie mają je również ubezpieczone na setki tysięcy. A przed najbliższymi zamieszkami policja już postawiła wokół nich barykady. Co jednak powiedzieć tym, których małe rodzinne firmy skończyły z rozbitymi szybami, a lata pracy w jednej chwili zamieniły się w popiół? Nawiasem mówiąc, bardzo często są to właśnie drugie lub trzecie pokolenia imigrantów z Afryki Północnej czy Portugalii albo innych krajów europejskich. Moja portugalska karczmarka podchodzi do baru i oznajmia: „Już zabrali się za optyka obok”. Wychodzę na ulicę i obserwuję, jak rozgorączkowana grupa około dziesięciu osób próbuje żelazną roletą wyważyć wejście do małego sklepu. Moje „kazanie” o szkodliwości przemocy, dodatkowo z winem w ręku, zapewne poszłoby na marne. Zastanawiam się więc tylko ze zdziwieniem, dlaczego planowany rabunek w żaden sposób nie motywuje napływających oddziałów policji do zatrzymania i zapobieżenia grabieży. Zamiast tego pędzą do wozu strażackiego, w który rzekomo agresor rzuca granaty, jak wyjaśnia mi starsza pani stojąca obok. Kiedy w końcu strażak oblewa domniemanego agresora wodą z węża, okazuje się, że był to prowokator z szeregów policji. Komu opłaca się maskowanie przyczyn protestów? Nie ma skuteczniejszej broni, dzięki której establishment i skrajna prawica, przeciwko której rzekomo występuje, mogą utrzymać cugle propagandy i władzy, niż podjudzanie poszczególnych segmentów „plebsu” przeciwko sobie. Zwłaszcza gdy zbliżają się wiosenne wybory prezydenckie i już dziś ponad barykadami widać jasno, że centrystów i skrajną prawicę Marine Le Pen łączy więcej niż kiedykolwiek wcześniej – potrzeba ochrony kapitału kilku grup przed tak zwaną radykalną lewicą Jeana-Luca Mélenchona i Niepokorną Francją (La France insoumise). To najwyraźniej również przyczyna tego, dlaczego na naszej przestraszonej semiperyferii „sprzedaje się” wyobrażenie o (białych) protestujących jako szalonych bolszewikach pragnących ograbić uczciwie zarobiony kapitał multimilionerskich koncernów oraz o (czarnych) barbarzyńcach gotowych pożreć białych żywcem. Rezultat jest taki, że nawet przeciętny (czesko)słowacki demonstrant przeciwko „rządowi Ficy” siedzący przy komputerze i widzka przed telewizorem widzą w maszerujących tłumach coś, czego ja za nic nie potrafię zobaczyć: samych „czarnych i Arabów”, ani jednej rozgniewanej (białej) studentki czy emeryta! Nie widzicie? To Arabowie!!! Skolonizowany umysł zawsze będzie przesadnie starał się zachować twarz swojego pana, zamiast spróbować zebrać własną godność – te słowa Frantza Fanona dotyczą zarówno czarnych, jak i białych. Te protesty dotyczą ludzkiej godności Dnes jdeš po Paříži ženy jsou krví znamenány Bylo to na sklonku krásy jen nerad toho vzpomínám... Tak, właśnie tak, jak zaczęłam ten tekst. Opinie na temat tego, co kryje się za masowymi protestami we Francji, powstają zwykle na podstawie tego, z której części współczesnego świata pochodzi ich autorstwo. A także na podstawie tego, jak uczciwie można zmierzyć się z w pełni ujawnioną rzeczywistością, że współczesny świat w swojej obsesji na punkcie konsumpcji, indywidualizmu, arogancji i technokratycznej władzy ujawnił gęstość swojego narcyzmu. Podczas gdy miliarderzy bawią się latającymi samochodami, a sztuczna inteligencja zaczyna przypominać nowoczesny odpowiednik obozów zagłady, ludzie od Portugalii przez Hiszpanię, Francję, Niemcy, Albanię, Grecję czy Włochy aż po Amerykę Południową i Północną chcą, abyśmy mogli żyć godnie. Dlatego protestują. Pokolenia się zmieniły. Dziś ludzie rozumieją, że nowoczesność nie może już opierać się na wyścigu i pogłębianiu przepaści, ponieważ prowadzi to do frustracji i nierówności. A ich rezultatem zawsze jest przemoc. I w końcu wojna. Człowiek nie powinien być rozczarowany, gdy przypadkiem przychodzi do paryskiego muzeum oglądać obrazy jego sławnych rewolucji, a na ulicy zastaje prawdziwą rewolucję. W świecie, w którym możliwość demokracji ukradły miliarderskie koncerny i ich roboty, nie jest mądrze dziwić się, że ludzie w końcu zaczynają domagać się zwyczajnego człowieczeństwa. „Bardzo ważne jest zrozumienie, kto w rzeczywistości stosuje przemoc: ci, którzy wywołują cierpienie, czy ci, którzy się mu sprzeciwiają?” Pytanie Cortázara nie jest wyłącznie filozoficzne. Obecnie nie ma lepszego miejsca, by je sobie zadać, niż Paryż przed najstarszymi pasażami handlowymi świata, które wyrosły jako symbole „wszechświata fantasmagorii”, dziś wstrząsanego w posadach. A ty piješ ten líh palčivý jako života bol Tvého života jejž piješ jako alkohol Chceš domů pěšky jít a míříš stranou Auteuile Spát mezi svými modlami z Oceanie a Guineje Jsou to Kristové jiné víry a jiných bohoslužeb Nižší Kristové temných nadějí a tužeb Sbohem sbohem jsi ospalý Slunce uťatá hlava Se kuku kutálí Fragmenty wiersza Strefa Guillaume’a Apollinaire’a przytoczono w czeskim przekładzie Karla Čapka. Autorka jest tłumaczką, publicystką i eseistką Tekst powstał przy wsparciu fundacji Rosa Luxemburg Stiftung, z przedstawicielstwem w Republice Czeskiej. Za treść w pełni odpowiada wydawca; stanowiska przedstawione w tekście nie muszą koniecznie odzwierciedlać stanowiska fundacji.
„Pewnego dnia musimy napisać historię własnej nieznaczącości – ujawnić gęstość naszego narcyzmu.”
Roland Barthes, Imperium znaków
Jeśli człowiek chce zrozumieć istotę historii, wystarczy porównać Heroda z wczesną prasą, pisze Walter Benjamin w swoim eseju Paryż, stolica XIX wieku.
Opinie na temat tego, co kryje się za masowymi protestami we Francji, powstają zwykle na podstawie tego, z której części współczesnego świata pochodzi ich autor/autorka. Jeśli jesteście z tych europejskich krajów, w których po 1989 roku ogromną liczbę ludzi można było stopniowo uwieść znormalizowanym wyobrażeniem cywilizacyjnej uniwersalności świata euroatlantyckiego utożsamianej z nieograniczonym kapitalizmem, bardzo prawdopodobne, że będziecie mówić o spisku Chin, Iranu, islamistów czy Rosji atakujących ze światowej „dżungli” na „ogród Europy”.
Jeśli jesteście z Francji albo po prostu nie uważacie zachodnich metropolii za niebiańską kawiarnię, w której ludzie niczym jaszczurki Baudelaire’a wygrzewają się tuż przy wejściu do raju, a ponadto macie to szczęście, że „nie boicie się” dołączyć do protestujących, będziecie mówić, że ludzie chcą „tylko” móc pozwolić sobie na jedzenie, otrzymać dobre wykształcenie i nie martwić się o dach nad głową. I gdyby tylko tam!
Protesty w całej Europie i we współczesnym świecie pokazują, że ludzie mają po dziurki w nosie nierówności społecznych, podwójnych standardów prawa do „człowieczeństwa” i podtrzymywania pielęgnowanego wyobrażenia, że kolonializm skończył się wraz z ogłoszeniem niepodległości przez państwa. I że odmawiają uznania społeczeństwa porwanego przez miliarderów przy wydatnej pomocy spreparowanej zgody wschodnioeuropejskiej semiperyferii za wymarzony wolny świat dla wszystkich „zdolnych”.
Paryż nie jest snem
Również wtedy, gdy po raz pierwszy przyjechałam do Paryża, był październik. Piękna, ciepła jesień, a z Gare du Nord poszłam prosto na Montmartre, gdzie zdrzemnęłam się na ławce. Jeden z pierwszych paryskich obrazów w mojej pamięci przedstawia czarnoskórą kobietę, która weszła do Sacré-Cœur tuż za mną. Gorliwie przeżegnała się, pochyliła ku ziemi, a ja zobaczyłam, że modli się nie tylko cała jej dusza, lecz w drżeniu jej ciała także wszystkie pragnienia ludzi, których losy przywiodły ją tutaj.
Z korony żhavých plamenů pozřela na mne Panna v Chartres
Krev vašeho Svatého Srdce mne zalila na Montmartru
Jsem z toho nemocen když slyším ta slova požehnaná
Láska jíž trpím je má choroba tajná
A obraz který tě posedl ti pomůže přežít úzkost a bdění
Vždy u tebe dlí ten obraz jenž prchá k nevrácení...
Z płonącym spojrzeniem wyszła na zewnątrz i zniknęła w morzu kijków do selfie. Na jednej ze ścian świecił wymalowany sprayem napis „Paryż nie jest snem”.
Kiedy 17 października tego roku wysiadłam z metra jakieś dwa przystanki od Placu Republiki, gdzie o czternastej miała się rozpocząć kolejna z wielkich zapowiedzianych demonstracji, płynnie dołączyłam do tłumu młodych ludzi idących w tym samym kierunku co ja. Ogarnęło mnie przyjemne poczucie uświadomienia sobie, dlaczego ostatecznie pokochałam Paryż przed laty. Miasto, w wyobraźni ludzi z całego świata niemal mitologiczne, dla mnie nigdy nie było „snem” ani nie pociągało mnie w szczególny sposób. Zbyt nowoczesne, zbyt znane, drapieżne i bezwzględne, zbyt wyidealizowane, zbyt skonstruowane, szykowne. Nie doceniłam jednak nieodpartego uroku odwrotnej strony tego kotła nowoczesności, laboratorium europejskiej historii i kontrastów, obietnicy nadziei dla wszystkich wydziedziczonych tego świata.
... Uslzen vidíš chudáky emigranty odjížděti
Věří v Boha modlí se ženy kojí své děti
Jich zápach plní síň nádraží Saint Lazar
Jako tři králové věří ve svou hvězdu v budoucí zdar
Myslí že v Argentině se jejich osud změní
A že se vrátí domů až nadělají jmění
Jedna ta rodina si nese praporek červený jako vy srdce své
Ten praporek a naše sny jsou stejně přízračné
Někteří z emigrantů se zdrží a pobývají tu
V brlozích ulice des Rosiers nebo des Écouffes
Často jsem viděl je večer jdou se ven nadýchat vzduchu
Zřídka se pohnou s místa jako figurky v šachu
Nejvíce jsou to Židé a ženy jich s parukami
Sedí bezkrevné a hlídají temné krámy...
Z tym że wspomnianych Żydów zastąpili dziś w norach Algierczycy, Tunezyjczycy, Senegalczycy, Kongijczycy czy ludzie z podupadającej francuskiej prowincji, którzy nie potrafią znaleźć dla siebie miejsca w bezlitosnej machinie wielkiego miasta. Nie ma na świecie takiego wiersza o nowoczesności jak Zone (Strefa) Apollinaire’a.
Jsi v Paříži, od soudce vyslýchan,
jak zločinec zatčen a do vězení dán...
Jest coś podnoszącego na duchu w fakcie, że pomimo historycznych niesprawiedliwości i różnic, które oddalają od siebie ludzi wszystkich warstw społecznych i pochodzenia, na paryskich demonstracjach panował dokładnie ten uniwersalizm, o którego potrzebie pisał Immanuel Wallerstein. Działo się to w czasie, gdy po rzezi w Iraku i faktycznym zrównaniu z ziemią Rakki i Mosulu wyraźnie było widać, że dotychczasowa uniwersalistyczna idea wyłącznie europejskiego pochodzenia nigdy nie może być sprawiedliwa – zawsze będzie rasistowska i jako taka potencjalnie rodząca faszyzm. Free trade, wolny handel narzucany kanonierkami i bombami sterowanymi komputerowo, będzie kierował swoje zyski niemal wyłącznie do finansowych elit Europy Zachodniej i państw białego kolonializmu osadniczego w Ameryce Północnej i Australii. A wolność pracy stanie się eufemizmem pracy niewolniczej.
El pueblo unido jamás será vencido
Ludzie wokół mnie żądają na transparentach dokładnie tego, co od miesiąca jest główną przyczyną protestów: lepszej edukacji, lepszych warunków mieszkaniowych, mniejszego rasowo uwarunkowanego dostępu do wysokiej jakości warunków życia, odrzucenia rządów oligarchii i wsparcia dla zbrojeń. Dominują studentki i studenci, dobrze widoczni związkowcy i związkowczynie, a także żółte kamizelki. Ludzie z Ameryki Łacińskiej wyrażają poparcie dla rodaków w kraju, którzy w podobnym czasie stawiają czoła brutalnym represjom policyjnym w Argentynie, zwłaszcza w Buenos Aires. A jak dowiaduję się później ze źródeł przekazujących informacje z obu Ameryk, represjom stawiają czoła również uczestnicy zgromadzeń i marszów w Ekwadorze, Kolumbii, Brazylii i USA.
Na paryskim bulwarze ludzie spuszczają z balkonów płótna z napisami „Artyści są z wami” i tworzą improwizowane kameralne orkiestry grające Aznavoura, Quilapayún, Międzynarodówkę. Społeczeństwo jest tutaj dokładnie takie – internacjonalne. Paryż wciąż jest w pewien sposób stolicą świata, jak nazwał go w przededniu drugiej wojny światowej Walter Benjamin.
Kiedy wbiegam po schodach na wzniesioną część bulwaru, widok jest podnoszący na duchu. Defilujący tłum nie ma końca. Z jednej strony wyłania się już posąg Marianny na Placu Republiki, z drugiej napływa rzeka śpiewających ludzi. Melodie nadają z okien przyglądający się mieszkańcy, a masa na dole dołącza. Podczas gdy światowe serwisy informacyjne przygotowują już pierwsze sformułowania o brutalnych demonstrantach i islamistach, w Paryżu ludzie śpiewają Emmenez-moi (Zabierzcie mnie) Aznavoura i dają się ponieść ku Placowi Republiki, gdzie tę piosenkę gra już Orquesta del Nuevo Mundo. Wszyscy znają jej słowa: „Zabierz mnie na kraniec świata, zabierz mnie do krainy cudów…”
Nad głowami powiewają francuskie flagi, czasem także flagi innych państw, a tu i ówdzie palestyńska flaga lub transparent. Wkrótce dowiem się, że Benjamin Netanjahu zganił Emmanuela Macrona za jego przyjacielskie przypomnienie, by powściągnął się w wyniszczaniu Gazy – jeśli tego nie zrobię, wpełzną ci do Paryża, tego chcesz?! Teraz jednak widzę, że podobnie jak inne flagi, także flaga Palestyny jest manifestem, że nowoczesne społeczeństwo, którego pragną protestujący, musi być inne niż dotychczasowe. To ostatnie określa wojskowa relacja wyższej rasy i klasy wobec „dżungli”, na którą celuje z ogrodowej altany. Nie zdążyła jej jeszcze „ucywilizować” poprzez wycinanie lasów, prywatyzację zasobów, żywność modyfikowaną genetycznie, ludobójstwo i sztuczną inteligencję. Na początku XX wieku ówczesny prezydent USA Theodore Roosevelt ujął to jasno: „Będziemy kontynuować ich zabijanie, dopóki nie nauczą się słuchać naszej broni”.
Tutaj topimy Algierczyków
Pośrodku Placu Republiki nad melodią orkiestry stopniowo zaczyna dominować huk. Nie widzę ich w tłumie, ale jest jasne, że muzyków i muzyczki „spotkał” podobny los jak nas na dole. Szczypanie oczu staje się nie do zniesienia, z tyłu słychać wystrzały. Ludzie próbują opuścić plac, ale już się nie da: okazuje się, że wyjścia na wszystkie bulwary zablokowały policyjne kordony. Jeśli chcesz odejść, dostaniesz po głowie. Wszyscy się tłoczą, tłum gęstnieje. Zauważam, że posąg Marianny ma na sobie żółtą kamizelkę. Z jednej strony napis „Październik 2026, policja okalecza studentów”, z drugiej „Październik 1961, policja topi Algierczyków”.
W tłum spada granat, wybucha panika, jeśli jej ulegniemy, stratować się możemy nawzajem. Duszę się, prawie nic nie widzę, nie mogę złapać oddechu. Mężczyzna w czarnej kominiarce i goglach pływackich bierze mnie pod pachę: „Madame, wszystko w porządku?” I odprowadza mnie do najbliższego muru. Pokazuje mi, jak trzymać głowę, a kiedy nabieram powietrza, zakrapla mi oczy. Człowiek aż chciałby krzyknąć – oto jeden z zamaskowanych wandali! Ale po chwili ja również wyglądam podobnie: twarz owinięta szalikiem, a zamiast gogli pływackich przynajmniej okulary przeciwsłoneczne, jeśli chcę wytrzymać. Po chwili zauważam, że rozdawanie kropli i ostrzeganie, w którym kierunku uciekać, jest czymś zwyczajnym – ludzie współpracują, pomagają sobie.
Gdy wycofuję się razem z innymi, na miejscu zostają już tylko ostatnie grupki duszących się ludzi i grupki młodych mężczyzn rzucających kamieniami w policjantów. Nie potrafię pojąć, dlaczego uderzenie pałką otrzymuje młoda kobieta w chuście na głowie, podnosząca się z ziemi, ani dlaczego policyjne kordony nagle nacierają na nasz tłum, podczas gdy ci, którzy próbują oddać im ciosy, pozostawiają policjantów obojętnymi. To, co jednak widzę, to ewidentne wymierzenie działań policji we Francuzów o innym kolorze skóry. Czy to poprzez przedstawianie ich jako głównych grup włóczęgów, czy też przez to, że „kolorowe” kobiety obrywają znacznie bardziej niż my, pozostałe.
To długa historia głęboko zakorzenionego rasizmu, który pozwala rządowi Macrona i policji stosować brutalną przemoc wobec demonstrantów, a zarazem podburzać ich przeciwko sobie. We Francji po wielu latach milczenia zwrócono uwagę na film Październik w Paryżu, który w 1961 roku potajemnie nakręcił amator, z zawodu immunolog, Jacques Panijel. Dokument o bezpośredniej policyjnej brutalności wobec buntu Algierczyków w Paryżu podczas wojny algierskiej był cenzurowany aż do 2011 roku. Prefekt Paryża Maurice Papon rozpoczął tak zwaną masakrę paryską, ogłaszając surową godzinę policyjną, która dotyczyła wyłącznie algierskich imigrantów. Do demonstrantów – około 40 tysięcy nieuzbrojonych mężczyzn, kobiet i dzieci – policja strzelała, biła ich pałkami i jeszcze żywych wrzucała do Sekwany. Odpowiedzialność za te czyny przyznał dopiero w 2012 roku prezydent François Mitterrand.
Dior płonie!
Opustoszałym bulwarem pędzą policjanci, tłum z Placu Republiki jest praktycznie rozproszony, przede mną i za mną płonące barykady z opon i rowerów. Teraz już spokojnie lawiruję między nimi w stronę ulubionej knajpy przy Rue Saint Denis.
Mám rád tu pěknou ulici průmyslu a píle
ležící v Paříži mezi třídou des Ternes a ulicí Aumont-Thiéville...
Walki uliczne przeniosły się właśnie tam. Z dymu przed rozbitym Monoprixem wyłaniają się sylwetki siedzących bezdomnych pijących mleko i przeżuwających jedzenie, które włóczędzy przynieśli im po swoim rajdzie. Moja knajpa wygląda na zamkniętą, kiedy jednak pukam, wpuszczają mnie do środka i bez pytania nalewają mi wina. Czuję się jak w salonie u znajomych. I znów przemyka mi przez głowę Apollinaire:
Stojíš nad zinkovým plechem ve výčepu ochlastů
Popíjíš mezi nešťastníky kávu za dva sous...
Portugalscy właściciele knajpy nie są żadnymi nieszczęśnikami. Przybyli do Paryża jako część wielkiej portugalskiej fali uchodźców w latach 60. i 70. ubiegłego wieku i nie czują się komfortowo, gdy mówi się o nich jako o imigrantach. Kiedy przed szybami baru gęstnieje dym, wybuchają petardy, płonie samochód i zaczynają się pościgi, zespoły informacyjne z całego świata nadają relacje z protestu niejako z naszej ulicy. Prawie nie wspomina się w nich o setkach tysięcy pokojowych demonstrantów, o niczym z tego, co widziałam również ja. Nie wspomina się także o tym, że macronizm od niemal dziesięciu lat grabi kraj na rzecz miliarderów. Majątek niektórych z pięciuset najbogatszych francuskich rodzin, według Attac France, od 2017 roku wzrósł ponad dwukrotnie. Podczas pandemii COVID-19 zwiększył się o około 170 miliardów euro i jest o połowę większy niż łączny majątek najuboższych, czyli ośmiokrotnie większy niż w 1980 roku. Francja ma ponadto wciąż duży wpływ na gospodarki kilku swoich byłych afrykańskich kolonii za pośrednictwem własnej polityki monetarnej. Należy też do największych eksporterów broni na świecie. Nic z tego jednak nie nazywa się grabieżą.
Przypominam sobie, jak przed laty Vlado Godár, w związku ze zniszczeniem świętych miejsc na Bliskim Wschodzie, zapytał mnie, czy potrafię sobie wyobrazić, jak Europa zareagowałaby na zniszczenie świątyni watykańskiej. Teraz na Champs Elysées płonie Dior i wygląda na to, jakby świat nie doświadczył jeszcze większej apokalipsy.
W grabieży ani w tym, jak podchodzi do niej policja, oczywiście nie ma nic podnoszącego na duchu. Ci, którym z witryn w luksusowych dzielnicach zniknęły diamenty warte setki tysięcy, prawdopodobnie mają je również ubezpieczone na setki tysięcy. A przed najbliższymi zamieszkami policja już postawiła wokół nich barykady. Co jednak powiedzieć tym, których małe rodzinne firmy skończyły z rozbitymi szybami, a lata pracy w jednej chwili zamieniły się w popiół? Nawiasem mówiąc, bardzo często są to właśnie drugie lub trzecie pokolenia imigrantów z Afryki Północnej czy Portugalii albo innych krajów europejskich.
Moja portugalska karczmarka podchodzi do baru i oznajmia: „Już zabrali się za optyka obok”. Wychodzę na ulicę i obserwuję, jak rozgorączkowana grupa około dziesięciu osób próbuje żelazną roletą wyważyć wejście do małego sklepu. Moje „kazanie” o szkodliwości przemocy, dodatkowo z winem w ręku, zapewne poszłoby na marne. Zastanawiam się więc tylko ze zdziwieniem, dlaczego planowany rabunek w żaden sposób nie motywuje napływających oddziałów policji do zatrzymania i zapobieżenia grabieży. Zamiast tego pędzą do wozu strażackiego, w który rzekomo agresor rzuca granaty, jak wyjaśnia mi starsza pani stojąca obok. Kiedy w końcu strażak oblewa domniemanego agresora wodą z węża, okazuje się, że był to prowokator z szeregów policji.
Komu opłaca się maskowanie przyczyn protestów?
Nie ma skuteczniejszej broni, dzięki której establishment i skrajna prawica, przeciwko której rzekomo występuje, mogą utrzymać cugle propagandy i władzy, niż podjudzanie poszczególnych segmentów „plebsu” przeciwko sobie. Zwłaszcza gdy zbliżają się wiosenne wybory prezydenckie i już dziś ponad barykadami widać jasno, że centrystów i skrajną prawicę Marine Le Pen łączy więcej niż kiedykolwiek wcześniej – potrzeba ochrony kapitału kilku grup przed tak zwaną radykalną lewicą Jeana-Luca Mélenchona i Niepokorną Francją (La France insoumise). To najwyraźniej również przyczyna tego, dlaczego na naszej przestraszonej semiperyferii „sprzedaje się” wyobrażenie o (białych) protestujących jako szalonych bolszewikach pragnących ograbić uczciwie zarobiony kapitał multimilionerskich koncernów oraz o (czarnych) barbarzyńcach gotowych pożreć białych żywcem.
Rezultat jest taki, że nawet przeciętny (czesko)słowacki demonstrant przeciwko „rządowi Ficy” siedzący przy komputerze i widzka przed telewizorem widzą w maszerujących tłumach coś, czego ja za nic nie potrafię zobaczyć: samych „czarnych i Arabów”, ani jednej rozgniewanej (białej) studentki czy emeryta! Nie widzicie? To Arabowie!!! Skolonizowany umysł zawsze będzie przesadnie starał się zachować twarz swojego pana, zamiast spróbować zebrać własną godność – te słowa Frantza Fanona dotyczą zarówno czarnych, jak i białych.
Te protesty dotyczą ludzkiej godności
Dnes jdeš po Paříži ženy jsou krví znamenány
Bylo to na sklonku krásy jen nerad toho vzpomínám...
Tak, właśnie tak, jak zaczęłam ten tekst. Opinie na temat tego, co kryje się za masowymi protestami we Francji, powstają zwykle na podstawie tego, z której części współczesnego świata pochodzi ich autorstwo. A także na podstawie tego, jak uczciwie można zmierzyć się z w pełni ujawnioną rzeczywistością, że współczesny świat w swojej obsesji na punkcie konsumpcji, indywidualizmu, arogancji i technokratycznej władzy ujawnił gęstość swojego narcyzmu. Podczas gdy miliarderzy bawią się latającymi samochodami, a sztuczna inteligencja zaczyna przypominać nowoczesny odpowiednik obozów zagłady, ludzie od Portugalii przez Hiszpanię, Francję, Niemcy, Albanię, Grecję czy Włochy aż po Amerykę Południową i Północną chcą, abyśmy mogli żyć godnie. Dlatego protestują. Pokolenia się zmieniły. Dziś ludzie rozumieją, że nowoczesność nie może już opierać się na wyścigu i pogłębianiu przepaści, ponieważ prowadzi to do frustracji i nierówności. A ich rezultatem zawsze jest przemoc. I w końcu wojna.
Człowiek nie powinien być rozczarowany, gdy przypadkiem przychodzi do paryskiego muzeum oglądać obrazy jego sławnych rewolucji, a na ulicy zastaje prawdziwą rewolucję. W świecie, w którym możliwość demokracji ukradły miliarderskie koncerny i ich roboty, nie jest mądrze dziwić się, że ludzie w końcu zaczynają domagać się zwyczajnego człowieczeństwa.
„Bardzo ważne jest zrozumienie, kto w rzeczywistości stosuje przemoc: ci, którzy wywołują cierpienie, czy ci, którzy się mu sprzeciwiają?” Pytanie Cortázara nie jest wyłącznie filozoficzne. Obecnie nie ma lepszego miejsca, by je sobie zadać, niż Paryż przed najstarszymi pasażami handlowymi świata, które wyrosły jako symbole „wszechświata fantasmagorii”, dziś wstrząsanego w posadach.
A ty piješ ten líh palčivý jako života bol
Tvého života jejž piješ jako alkohol
Chceš domů pěšky jít a míříš stranou Auteuile
Spát mezi svými modlami z Oceanie a Guineje
Jsou to Kristové jiné víry a jiných bohoslužeb
Nižší Kristové temných nadějí a tužebSbohem sbohem jsi ospalý
Slunce uťatá hlava
Se kuku kutálí
Fragmenty wiersza Strefa Guillaume’a Apollinaire’a przytoczono w czeskim przekładzie Karla Čapka.
Tekst powstał przy wsparciu fundacji Rosa Luxemburg Stiftung, z przedstawicielstwem w Republice Czeskiej. Za treść w pełni odpowiada wydawca; stanowiska przedstawione w tekście nie muszą koniecznie odzwierciedlać stanowiska fundacji.