Od różowej łodzi podwodnej po obronę demokracji

Kapitál
Od różowej łodzi podwodnej po obronę demokracji

Do poczekalni w telawiwskim szpitalu Ichilov wbiegł młody mężczyzna w fioletowej koszulce z napisem Standing together. Tak jak mój siostrzeniec, najprawdopodobniej ma złamaną rękę. Z mediów społecznościowych tego żydowsko-arabskiego ruchu wynika, że został zaatakowany przez izraelskich terrorystów na Zachodnim Brzegu, dokąd aktywiści jeżdżą, by bronić palestyńskich rolników przed szykanami i przemocą osadników. Od czasu do czasu arabska pielęgniarka w tradycyjnym hidżabie wychodzi sprawdzić stan pacjentów i wzywa do cierpliwości. W kolejce po gips czeka nas więcej osób, więc ludzie zabijają czas, oglądając wiadomości w telewizji, gdzie właśnie rozstrzyga się, czy izraelskie partie arabskie mogą kandydować w izraelskich wyborach. Sąd Najwyższy ostatecznie odrzuca decyzję Centralnej Komisji Wyborczej, w której koalicja rządowa Netanjahu ma większość, jako sprzeczną z prawem. W poczekalni pacjenci mówią półgłosem i panuje cisza, która jednak potęguje napięcie kraju stojącego przed być może najważniejszymi wyborami w swojej historii.

Do poczekalni w telawiwskim szpitalu Ichilov wpada młody mężczyzna w fioletowej koszulce z napisem Standing together. Podobnie jak mój siostrzeniec najprawdopodobniej ma złamaną rękę. Z mediów społecznościowych tego żydowsko-arabskiego ruchu wynika, że został zaatakowany przez izraelskich terrorystów na Zachodnim Brzegu, dokąd aktywiści jeżdżą, by chronić palestyńskich rolników przed szykanami i przemocą osadników. Co jakiś czas wychodzi arabska pielęgniarka osłonięta tradycyjnym hidżabem, aby sprawdzić stan pacjentów, i wzywa do cierpliwości. W kolejce po gips czeka nas więcej osób, więc ludzie skracają sobie czas, oglądając wiadomości w telewizji, gdzie właśnie rozstrzyga się, czy izraelskie partie arabskie mogą kandydować w izraelskich wyborach. Sąd Najwyższy ostatecznie odrzuca decyzję Centralnej Komisji Wyborczej, w której koalicja rządowa Netanjahu ma większość, jako sprzeczną z prawem. W poczekalni pacjenci rozmawiają półgłosem i panuje cisza, która jednak potęguje napięcie kraju stojącego przed być może najważniejszymi wyborami w jego historii.

W jakiej kondycji znajduje się izraelskie społeczeństwo po 7 października? Czy udaje mu się uporać z traumą, a jednocześnie zmierzyć z pytaniem o odpowiedzialność za działania własnego rządu? Niewiele zachodnich społeczeństw może równać się z Izraelczykami pod względem zaangażowania obywatelskiego. W medialnym obrazie Izraela dominują jednak polityka skrajnie prawicowego rządu Benjamina Netanjahu oraz cierpienie palestyńskiej ludności w Gazie. Mniej uwagi poświęca się tym, którzy próbują zmienić oblicze swojego kraju. Co oznacza odpowiedzialność obywatelska w społeczeństwie, w którym ludzie tracą zaufanie do polityków i instytucji, ale odmawiają rezygnacji z odpowiedzialności za przyszłość własnego kraju?

Stawić czoła okupacji 

Z Galit Eilat spotykam się w piątkowy wieczór w jednej z niewielu otwartych kawiarni w Tel Awiwie. Większość lokali jest zamknięta z powodu szabatu. Galit jest znaną na świecie kuratorką zajmującą się relacjami między sztuką, polityką, społeczeństwem obywatelskim i prawami człowieka, przede wszystkim w kontekście Izraela i Palestyny. Pracuje głównie w Holandii, ale obecnie mieszka w Izraelu, dokąd wróciła, by opiekować się rodzicami. „Wszystko jest tu postawione na głowie. Nie potrafimy nawet uzgodnić znaczenia słów” mówi Galit, która właśnie wróciła z Zachodniego Brzegu, dokąd regularnie jeździ z organizacją Mistaclim (Looking the occupation in the eye). Głównym celem tej organizacji non-profit jest ochrona palestyńskich rolników przed brutalnymi atakami i szykanami ze strony radykalnych osadników z ruchu Hilltop Youth, którzy systematycznie próbują wypędzić palestyńskich rolników z ich domów. „W zeszłym tygodniu był z nami w wiosce Duma były szef wywiadu izraelskich sił powietrznych i były dyrektor generalny firmy El Al. Ma ponad siedemdziesiąt lat. Policjanci siłą założyli mu kajdanki. Dopiero na komisariacie zorientowali się, kogo właściwie zatrzymali! Ludzie, których określiłabym mianem nihilistów, nagle stają się tymi, którzy ustanawiają zasady. A człowiek, który całe życie służył państwu, zostaje nagle nazwany anarchistą. Jeśli nie potrafimy się zgodzić nawet co do znaczenia podstawowych pojęć, jak w ogóle możemy prowadzić ze sobą dialog?”

Galit Eilat. Fot.: Michal Heiman

Galit wyciąga telefon i pokazuje mi kilka grup na WhatsAppie z nieskończenie długimi wiadomościami. Są w nich ludzie współpracujący z Mistaclim, pozostający w stałym kontakcie i dzielący się informacjami o tym, co dzieje się na miejscu , kto potrzebuje pomocy, kto właśnie tam jest i kto go zastąpi. „W miejscu, do którego regularnie jeżdżę, mamy trzy zmiany dziennie. Rano są tam cztery osoby, po południu kolejne cztery, a w nocy dwie. To oznacza dziesięć osób dziennie, siedemdziesięciu aktywistów tygodniowo w jednym miejscu.” Są ludzie, którzy jeżdżą tam osobiście, inni organizują transport, zbierają pieniądze, koordynują wolontariuszy albo komunikują się z palestyńskimi rodzinami.

Galit uważa okupację za kluczowy problem Izraela. „Nikt jednak nie odnosi się do niej w kampanii wyborczej. Niemal wszystkie partie – prawicowe i lewicowe – ponoszą w tym względzie porażkę. Boją się, że stracą wyborców. Boją się nawet mówić o arabskich partiach politycznych i arabskich obywatelach Izraela, którzy przecież mają izraelskie obywatelstwo.” Przeglądamy galerię zdjęć w telefonie; fotografie palestyńskich rolników, aktywistów i osadników – niektórzy z bronią w ręku. „Nie walczymy. Zazwyczaj nawet niewiele mówimy, po prostu stoimy między osadnikami a Palestyńczykami. Mamy telefony i kamery, dokumentujemy to, co się dzieje. Jeśli sytuacja się zaognia, staramy się stanąć tak, by osadnicy nie mogli dotrzeć do Palestyńczyków.”

Organizacja Mistaclim zaczęła nawet wspólnie z palestyńskimi rodzinami wznosić wokół ich domów i gospodarstw ogrodzenia, aby osadnicy nie mogli nocą do nich dotrzeć. Finansują je ze zbiórek, na które wpłacają Izraelczycy, którzy sami nie mogą jeździć na Zachodni Brzeg, ale chcą jakoś pomóc. „Niektórzy aktywiści zachowują się konfrontacyjnie, co może jeszcze pogorszyć sytuację, ponieważ konsekwencje ponoszą potem Palestyńczycy. My stosujemy inną metodę. Staramy się nie eskalować konfliktu.” 

Fot.: Galit Eilat

Jak jednak wspomina Galit, nie chodzi wyłącznie o fizyczną ochronę. Ważne jest także bycie świadkiem. Niepozostawianie zaatakowanych rolników samych w sytuacji, gdy są narażeni na przemoc i upokorzenie. Palestyńscy rolnicy często nie mogą liczyć na skuteczną ochronę izraelskich służb bezpieczeństwa i pozostają narażeni na przemoc ze strony grup osadników. „Nie rozumiem, jak ludzie mogą siedzieć i pić kawę, podczas gdy niespełna czterdzieści kilometrów od nich ktoś jest krzywdzony.” Wspomina, że właśnie doświadczenie Holokaustu, kiedy ludzie mieszkający w pobliżu obozów koncentracyjnych mogli ignorować to, co się w nich działo, jest dla niej wyzwalającym wspomnieniem. „Są wśród nas artyści, pisarze, intelektualiści, a także byli wysocy rangą wojskowi. Dziś sytuacja jest inna niż dawniej. Nie chodzi już tylko o kilku młodych radykałów z Hilltop Youth. Są ich setki, może ponad tysiąc. Otrzymują pieniądze od państwa, ale także od prywatnych darczyńców i organizacji religijnych.” Podczas przewijania galerii Galit zatrzymuje się przy jednym ze zdjęć wykonanych na Zachodnim Brzegu. Na fotografii aktywista siedzi na studni. „Spójrz na tę kompozycję. Niemal biblijny obraz, prawda? Ten człowiek siedzi na studni, żeby osadnicy nie ukradli Palestyńczykom wody. Po prostu tam siedzi.”

Według Galit najważniejsze jest odnalezienie własnego głosu i gotowość zapłacenia ceny za zaangażowanie obywatelskie. „Nie musi ono oznaczać walki z kimś. Czasami po prostu robisz coś dla kogoś innego. To również może być uznane za opór” kończy Galit, która następnego dnia znów zamierza wyruszyć na kolejną „zmianę” na Zachodni Brzeg.

Kto ochroni demokrację przed własnym rządem? 

„Izraelczycy są przyzwyczajeni do wspierania organizacji non-profit. Około czterech lat temu, mniej więcej o dziesiątej wieczorem, ktoś zapukał do moich drzwi. To była moja około osiemdziesięciopięcioletnia sąsiadka. Dała mi czek na pięćset szekli i powiedziała: „Idź ratować Izrael”. Oglądała wiadomości, była wstrząśnięta tym, co robi Netanjahu, i chciała jakoś pomóc” – mówi Tomer Naor, który od piętnastu lat angażuje się w ochronę demokratycznych instytucji Izraela. Spotykamy się w jego jerozolimskim biurze. Dziewiąte piętro kamienicy z typowego miejscowego wapienia jest pełne młodych ludzi odbywających tu staż. The Movement for Quality Government in Israel (HaTnua LeMa'an Eichut HaShilton) powstał w latach dziewięćdziesiątych z powodu skandali korupcyjnych i kryzysu rządowego, który trwał wiele lat. „Zbudziliśmy się zbyt późno. Rząd próbuje osłabić sądy, niezależność mediów, instytucje edukacyjne i strażników demokracji. Naszym celem jest bronić instytucji, które chronią nas przed tyranią, i właśnie to robimy.”

Tomer Naor. Fot.: The Movement for Quality Government in Israel

Tomer początkowo chciał być dziennikarzem, dziś kieruje działem prawnym jednej z ważnych izraelskich organizacji obywatelskich, walczy przed Sądem Najwyższym i przygotowuje się na możliwość zakwestionowania wyborów. „Pamiętam pewien międzynarodowy panel, podczas którego występowały koleżanki z Polski i Węgier. Mówiły nam: „Nie macie pojęcia, co was czeka”. Wtedy nikt właściwie ich nie rozumiał. Ja pojąłem, o czym mówiły, dopiero cztery czy pięć lat później, gdy coś podobnego zaczęło dziać się także u nas.”

Rozmawiamy o podobnych tendencjach w Czechach i na Słowacji, po czym przechodzimy do wyborów, które według Tomera są jednym z głównych tematów tej organizacji. Ruch złożył do Sądu Najwyższego kilka zawiadomień w sprawie nielegalnej propagandy przedwyborczej, a na dzień wyborów przygotowuje centra monitoringu z prawnikami i aktywistami obywatelskimi.

Według Tomera izraelska demokracja przez dziesięciolecia opierała się nie tylko na prawach, lecz także na niepisanych zasadach szacunku między obozami politycznymi. Dlatego jego organizacja przygotowuje projekt jednolitej pisanej konstytucji, której Izrael dotąd nie posiada. Jak mówi, w projekcie uczestniczy około stu dwudziestu ekspertów pracujących w osiemnastu grupach roboczych. „Potrzebujemy czegoś, co ochroni nas przed każdym przyszłym rządem, który będzie miał większość i postanowi ją wykorzystać. Potrzebujemy dokumentu określającego zasady gry. Tym dokumentem powinna być konstytucja.”

Pytam Tomera, czy jego organizacja zajmuje się także izraelską okupacją terytoriów palestyńskich. „Nie, tym się nie zajmujemy” odpowiada. Wyjaśnia, że ruch powstał jako ponadpartyjna organizacja walcząca z korupcją. „Korupcja nie ma barw politycznych” mówi. Podczas gdy niektóre izraelskie inicjatywy obywatelskie koncentrują się na ochronie Palestyńczyków przed przemocą osadników albo na sprzeciwie wobec służby wojskowej, organizacja Tomera skupia wysiłki na ochronie demokratycznych instytucji i państwa prawa.

Kolejnym ważnym tematem tej organizacji jest komisja śledcza do spraw 7 października. Tomer jest przekonany, że Netanjahu zmanipulował oficjalne zapisy, aby stworzyć zniekształcony obraz tego, co wydarzyło się rano 7 października oraz w okresie poprzedzającym atak. „Musimy jednak znać prawdę o tym, co się wydarzyło. Jesteśmy to winni ludziom, którzy tego dnia zostali zamordowani i brutalnie zmasakrowani.”

Tomer Naor. Fot.: The Movement for Quality Government in Israel

Od 7 października wiele rzeczy się zmieniło, między innymi międzynarodowa izolacja Izraela z powodu nieproporcjonalnego odwetu w Gazie. Tomer również opowiada, że stracił wielu przyjaciół i kolegów ze współpracujących organizacji zagranicznych. Ludzie, z którymi dzielił przekonanie o demokracji, prawach człowieka i państwie prawa, nie potrafili według niego odróżnić izraelskiego rządu od jego krajowych przeciwników. „Ci, których uważałem za swoich partnerów, odwrócili się ode mnie jako pierwsi. Straciłem przyjaciół. Niektórzy byli mi naprawdę bliscy. Jeden powiedział mi: „Kocham cię, ale twój rząd robi to i tamto”. Tylko że ja walczę przeciwko temu przeklętemu rządowi! To jest przecież moja praca.Na chwilę milknie i kontynuuje ze łzami w oczach: „Kilku moich przyjaciół zamordowano 7 października na festiwalu Nova. Oczywiście można krytykować Izrael. Oczywiście w Gazie dzieją się rzeczy sprzeczne z prawem międzynarodowym. Ale ludzie, od których oczekiwałem zrozumienia, zaczęli mnie potępiać. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, jak bardzo jestem samotny.” 

Gaza poza polem widzenia społeczeństwa

Niektórzy młodzi ludzie, którzy większość życia dorastali pod rządami Benjamina Netanjahu, są sceptyczni nawet wobec armii, która w Izraelu zajmuje wyjątkową pozycję. To temat także dla dwudziestoletniego studenta Arkady’ego, należącego do młodych Izraelczyków odmawiających rozpoczęcia obowiązkowej służby wojskowej. Początkowo sam zamierzał trafić do elitarnego programu wywiadu wojskowego. Po 7 października i w trakcie wojny w Gazie stopniowo doszedł jednak do decyzji, że nie chce służyć w izraelskiej armii.

Fot.: Roman Levin

Z Arkadym spotykam się w sobotę na pustym kampusie Uniwersytetu Telawiwskiego. Właśnie przestało padać, a z posadzonych sztucznie krzewów wylatują chmury komarów; Arkady obojętnie strąca jednego z łokcia i z pasją wyjaśnia, jak doszedł do decyzji, która zakończyła się siedmiodniowym zatrzymaniem w wojskowym ośrodku rekrutacyjnym. „Miałem siedemnaście albo osiemnaście lat i zacząłem myśleć, że nie chcę służyć pod obecnym rządem. Było to po 7 października. Obserwowałem, co dzieje się na Zachodnim Brzegu, i stopniowo docierały do mnie informacje o sytuacji w Gazie. Chodziłem na demonstracje na rzecz uwolnienia zakładników i coraz bardziej traciłem zaufanie do rządu oraz armii. Początkowo nadal wierzyłem, że armia chroni izraelskich obywateli, choć nie zgadzałem się z jej działaniami. Stopniowo doszedłem jednak do przekonania, że służy przede wszystkim interesom politycznym i wojskowym, a nie bezpieczeństwu ludzi, i zacząłem szukać sposobu, by nie stawić się do służby” mówi Arkady coś, co wielu miejscowych potępiłoby, i nie ścisza głosu, nawet gdy obok przechodzą pracownicy uniwersyteckiego kampusu.  

Arkady jest członkiem inicjatywy Mesarvot, która zapewnia pomoc prawną i wsparcie w sytuacji, gdy odmowa służby wojskowej może oznaczać utratę wsparcia rodziny, przyjaciół i szerszego otoczenia. „Nie chcę twierdzić, że każdy, kto w wieku osiemnastu lat wstąpił do armii, jest złym człowiekiem. W tym wieku jest się jeszcze dzieckiem i często nie ma się wyrobionych poglądów politycznych. Uważam jednak, że musimy zacząć pytać, jaką odpowiedzialność ponosimy za instytucje, których jesteśmy częścią.”

Arkady dorastał w liberalnym środowisku i już od trzynastego roku życia chodzi na demonstracje przeciwko rządowi. Jego historia pokazuje pokolenie, dla którego aktywizm obywatelski nie jest nadzwyczajną reakcją na pojedynczy kryzys polityczny, lecz częścią własnego dorastania. „Siedem lat życia spędziłem, protestując przeciwko temu samemu premierowi. Nie potrafię nawet policzyć, ile weekendów spędziłem na demonstracjach. Właściwie nie wiem, jak to jest żyć w kraju, w którym Netanjahu nie jest premierem.” Wspomina szkolną klasę, w której na ścianie wisiały portrety prezydenta i premiera. Prezydenci się zmieniali. Premier pozostawał ten sam.

„Czasami pytam sam siebie, po co są te demonstracje. Przez cały tydzień mówię innym, jak ważne jest protestowanie. Potem przychodzę na demonstrację, stoję tam, policja nas wypiera, a ja myślę: Nienawidzę tego miejsca, chcę wrócić do domu, i tak nic z tego nie będzie. A w następnym tygodniu znów idę.”

Protesty przynoszą również komiczne sytuacje. Kiedy podczas demonstracji przeciwko wojnie w Tel Awiwie rozległy się syreny ostrzegające przed atakiem rakietowym z Iranu, demonstranci pobiegli do najbliższego podziemnego schronu. Razem z nimi także policjanci, którzy jeszcze chwilę wcześniej ich rozpędzali. „Nagle wszyscy znaleźliśmy się tam razem i konflikt na chwilę się zatrzymał” opowiada Arkady,„gdy niebezpieczeństwo minęło, wszyscy wróciliśmy na ulicę. Policjanci wzięli megafon i ogłosili, że demonstracja jest nielegalna i że mogą użyć wobec nas siły. To było całkowicie absurdalne. Przed niektórymi demonstracjami widzi się ponadto przygotowane autobusy, którymi będą wywozić zatrzymanych. Patrzysz na nie i myślisz: Aha, czyli dzisiaj pewnie tam skończę.”

Fot.: Roman Levin

Mimo że częścią regularnych sobotnich demonstracji przeciwko rządowi były również uroczystości upamiętniające dzieci zabite przez izraelską armię w Gazie, Arkady wątpi, czy izraelskie społeczeństwo kiedykolwiek będzie w stanie naprawdę zmierzyć się z tym, co wydarzyło się w Gazie, i w pełni to przyznać. „Myślę, że Gaza jest dla izraelskiego społeczeństwa ogromnym martwym punktem. Na Zachodnim Brzegu istnieją grupy Izraelczyków, które próbują pomagać Palestyńczykom. O Gazie mówi się jednak znacznie trudniej. Wyobraź sobie kobietę, która stoi ze mną na demonstracji. Jej mąż może być byłym pilotem wojskowym, syn służyć w oddziale bojowym, a siostrzeniec właśnie przebywać w Gazie. Służba wojskowa dotyka niemal każdej rodziny, co prowadzi do pewnego zbiorowego milczenia. Myślałem, że kiedy wojna się skończy, izraelskie społeczeństwo będzie musiało spojrzeć na to, co wydarzyło się w Gazie. Że nadejdzie chwila, w której powiemy sobie: To zrobiliśmy i musimy wziąć za to odpowiedzialność. Dziś wcale nie jestem tego pewien.”

Jest przy tym krytyczny także wobec niektórych form zagranicznej solidarności z Palestyńczykami. Szczególnie wobec bojkotu kultury, który według niego może wywołać u młodych Izraelczyków skutek odwrotny do zamierzonego przez jego zwolenników. „Wyobraź sobie czternastoletnią izraelską dziewczynę, która uwielbia jakąś zagraniczną piosenkarkę. A ta nagle ogłasza, że jej muzyka nie będzie dostępna w Izraelu. Co dziewczyna z tego wyniesie? Że świat odrzuca ją, bo jest Izraelką. To może jeszcze bardziej utwierdzić ją w przekonaniu, że wszyscy występują przeciwko Izraelowi.” Według niego izolacja kulturowa może jednak pozbawić izraelskie społeczeństwo właśnie doświadczeń, które pomagają zmieniać ludzkie postawy. Gdy Arkady miał jedenaście lat, odwiedził muzeum w Bilbao. Zatrzymał się przed jednym z obrazów Jeana-Michela Basquiata przedstawiającym przemoc policji: „Stałem przed nim i płakałem. Takie doświadczenia również kształtowały moje przekonania polityczne.”

Nie oczekuje przy tym od europejskich ruchów protestu pobłażliwości wobec Izraela. Wręcz przeciwnie – domaga się bardziej konkretnej presji politycznej: „Myślę, że o wiele skuteczniejsze byłoby, gdyby europejskie ruchy protestu domagały się od swoich rządów konkretnych działań. Na przykład ograniczenia handlu bronią z Izraelem. Nie wystarczy wyrażać solidarności z Palestyńczykami i jednocześnie kontynuować handel wojskowy.”

I tym różowym lakierem do paznokci chcecie pokonać Bibiego? 

W sobotę na nadmorskiej promenadzie w Tel Awiwie pojawili się ludzie udający się na wieczorny spacer. Wśród nich lawirują aktywiści w jaskraworóżowych koszulkach, którzy w performatywny sposób podejmują z przechodniami rozmowy o znaczeniu zbliżających się wyborów. „Kiedy przychodzisz na demonstrację tylko po to, żeby dać upust złości, wychodzisz wyczerpany. Ale kiedy tworzysz coś, co sprawia ci przyjemność, ma sens i przemawia do innych, chcesz przyjść ponownie. Właśnie tak można utrzymać protest przy życiu” mówi Yaniv, artysta i projektant, a także założyciel queerowego ruchu feministycznego Pink Front, który powstał podczas protestów przeciwko rządowi przed rezydencją Netanjahu w 2020 roku. Yaniv Segal wspomina, że demonstracje były wówczas zdominowane przez starszych ludzi, czarne flagi i gniew. Wraz z innymi artystami, kobietami i aktywistami queerowymi zaczęli wnosić do protestów różowe kostiumy, bębny i teatralne performanse. 

Fot.: Ori Mamlok

„Mój ojciec jest prawicowcem. Często nie zgadzamy się politycznie. Kiedy zaczynaliśmy protesty przed rezydencją Netanjahu, miałem różowe włosy. Pewnego razu byłem u rodziców i poprosiłem mamę, żeby pomalowała mi paznokcie na różowo. Ojciec spojrzał na mnie i zapytał: „I tak chcesz pokonać Bibiego? Różowym lakierem do paznokci?”. Odpowiedziałem mu: „Bez różowego lakieru już próbowaliśmy i nie zadziałało. Dlaczego więc nie spróbować z nim?”

Początkowo część demonstrantów uważała to za bagatelizowanie sytuacji. Yaniv jest jednak przekonany, że właśnie kreatywność i sztuka jako narzędzia oporu politycznego mogą dodać protestom energii i przyciągnąć nowych ludzi. „Kiedy używasz przemocy wobec policjantów, dokładnie wiedzą, jak zareagować. Ale kiedy naprzeciw nich staje grupa wesołych ludzi w różowych kostiumach, co zrobią? Zaczną ich bić?” śmieje się i wita z przechodniami, którzy biorą od niego ulotkę zachęcającą do udziału w wyborach.

Jako przykład podaje protest przeciwko aferze korupcyjnej związanej z zakupem okrętów podwodnych. Aktywiści Pink Front przynieśli przed rezydencję premiera ogromną dmuchaną łódź podwodną, a kiedy policjanci ją skonfiskowali, sami niechcący stali się częścią absurdalnego przedstawienia. „Jeździli po mieście z ogromną dmuchaną łodzią podwodną przywiązaną do samochodu. Na łodzi widniał napis: „Netanjahu jest skorumpowany”. To właśnie jest w sztuce wspaniałe: kiedy pozwalasz jej działać, działa. A kiedy próbujesz ją stłumić, może działać jeszcze lepiej. Bo walka ze sztuką jest po prostu śmieszna.”

Do stoiska Pink Front z różową flagą Izraela i sercem zamiast Gwiazdy Dawida podchodzi starszy mężczyzna i ostrym głosem mówi, że będzie głosował tak, aby przetrwać. Aktywistka w różowej koszulce życzliwie odpowiada mu, życząc szczęśliwej ręki.

Yaniv uważa za ważne, że istnieje cała gama ruchów obywatelskich. Mają różne zadania i wzajemnie się potrzebują. Kiedy policja kogoś aresztuje, do działania przystępują prawnicy z innej inicjatywy. Kolejne organizacje pracują z opinią publiczną albo w parlamencie. Poszczególne organizacje nie muszą robić tego samego, aby być częścią wspólnego wysiłku obywatelskiego.

„Oczywiście, że się wzajemnie nienawidzimy!” Yaniv ze śmiechem przypomina stereotyp izraelskiej sceny centrolewicowej i lewicowej, „ale w razie potrzeby potrafimy współpracować. Między poszczególnymi grupami oczywiście istnieje napięcie. Czasami sam myślę: Boże, co oni znowu robią? Ale potem przypominam sobie, że przecież jesteśmy po tej samej stronie. Nie ma sensu atakować własnych sojuszników.”

Fot.: Pink front

Yaniv wzdycha i kontynuuje: „Izraelska lewica znajduje się w dość absurdalnej sytuacji. W kraju nas nienawidzą, bo jesteśmy zbyt lewicowi. Za granicą odrzucają nas, bo jesteśmy Izraelczykami. Ludzie często nie widzą, jak różne poglądy istnieją w izraelskim społeczeństwie. Czasami myślę, że mam już dość, że wyjadę stąd i nie będę chciał mieć nic wspólnego z tym, co robi izraelski rząd. Potem jednak uświadamiam sobie, że nawet za granicą nie przestanę być Izraelczykiem. I że czeka nas tutaj jeszcze mnóstwo pracy.”

Koordynacja działań musi funkcjonować również podczas demonstracji. W czasie jednego z marszów przeciwko rządowi, domagającego się uwolnienia zakładników, Pink Front szedł na czele pochodu, bębnił i śpiewał, a za nim podążały tysiące ludzi. Na trasie stali jednocześnie inni demonstranci ze zdjęciami palestyńskich dzieci zabitych w Gazie. Yaniv uświadomił sobie, że nie może kontynuować głośnego, niemal karnawałowego pochodu obok ich fotografii. Podniósł pałeczki i dał bębniarzom znak, aby przestali grać. „Zatrzymaliśmy się i zupełnie ucichliśmy. W milczeniu przeszliśmy obok demonstrantów ze zdjęciami zabitych dzieci i uczciliśmy ich pamięć chwilą ciszy. Dopiero potem ruszyliśmy dalej.” 

Wyjeżdżam z Izraela z poczuciem, że zostawiam za sobą ludzi, którzy mimo wszystko nadal bronią wartości, do których przyznaje się również europejskie społeczeństwo liberalne, choć jego część postawiła na nich krzyżyk. Niesłusznie. Izraelskie liberalne i lewicowe społeczeństwo obywatelskie nie jest jednolite. Jego przedstawiciele różnią się poglądami, metodami i obszarami, na których skupiają wysiłki. Ich działania często jednak wzajemnie się uzupełniają, a łączy je determinacja, by nie zrezygnować z odpowiedzialności za przyszłość własnego kraju.

Zresztą, jak pod koniec naszej rozmowy z rozbawieniem opowiadał mi Arkady: „Wyobraź sobie, że niedawno zadzwonili do nas jacyś aktywiści z Niemiec. Przygotowuje się tam zwiększenie liczby osób powoływanych do wojska i zwrócili się do nas. Zadzwonili i pytali, co powinni zrobić.”

A przede wszystkim: jeśli europejskie ruchy propalestyńskie dążą do prawdziwej zmiany, nie powinny pomijać tych, którzy o zasady demokratyczne i prawa Palestyńczyków walczą bezpośrednio w Izraelu. Właśnie współpraca z miejscowym społeczeństwem obywatelskim, które mimo własnej traumy odmawia rezygnacji z odpowiedzialności za przyszłość kraju, może być jedną z dróg do pokojowej zmiany.

Tekst jest częścią projektu PERSPECTIVES – nowej marki niezależnego, konstruktywnego i wieloperspektywicznego dziennikarstwa. Projekt jest finansowany przez Unię Europejską. Wyrażone opinie i stanowiska są opiniami i oświadczeniami autora(-ów) i nie muszą odzwierciedlać opinii ani stanowisk Unii Europejskiej lub Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Edukacji i Kultury (EACEA). Unia Europejska ani EACEA nie ponoszą za nie żadnej odpowiedzialności.