Bunty pokoleniowe w Serbii. Jak zacząłem być dumny ze swojego kraju
Kapitál
Kraj, który autor przez lata postrzegał jako ostrzeżenie dla Słowacji, po tragedii i masowych protestach zmienia się na oczach. Młodzi ludzie odmówili zarówno wyjazdu, jak i podporządkowania się strukturom władzy. Czy ich niezależny ruch zdoła przebudować państwo i społeczeństwo bez powtarzania dawnych błędów?
Na dwa dni przed wyborami prawie nie spałem. Drżałem z niepokoju. W Serbii wprawdzie nie mieszkam od trzydziestu lat, ale część mnie wciąż tam jest. Nie mówię tylko metaforycznie. Mam tam prawie całą rodzinę. W drodze tam, po przekroczeniu granicy Unii Europejskiej, zawsze wkraczałem do świata, który kochałem i jednocześnie wręcz nienawidziłem. Radość wynikała z pięknych wspomnień z przedwojennego dzieciństwa, a nienawiść z tego, co nastąpiło później.
Te same domy
Po wkroczeniu do Mordoru, jak dość mało pomysłowo nazwaliśmy ten kraj z żoną, zawsze brałem głęboki oddech, wyłączałem roaming, żeby nie zbankrutować, i ruszałem do rodziny. Wchodziłem do domów, które wyglądały tak samo jak w 1993 roku. I do dziś tak wyglądają, choć deweloperzy przejęli centra miast i zmienili je nie do poznania. Witali mnie mili ludzie, którzy układali przede mną co najmniej cztery rodzaje mięsa, kawę i lozovačę. Kiedy powiedziałem, że nie jem mięsa, początkowo byli przerażeni i z niedowierzaniem kręcili głowami, w końcu dali mi pieczoną paprykę z chlebem. Przyzwyczaili się.
Mieszkańcy tych domów starzeli się, chorowali i umierali. Na wpół otynkowane domy z niedokończonymi podwórzami jednak pozostawały. Z wyjątkiem kilku znajomych, którzy wciąż zachowywali zdrowie psychiczne i nie tracili nadziei, wszyscy zrezygnowali i zasypywali mnie różnymi teoriami spiskowymi. Utwierdzały ich w tym także główne telewizyjne serwisy informacyjne. Przyzwyczaili się do tego, że system udaje, iż działa, a my udajemy, że się nim kierujemy. Państwo przerosły mafia, korupcja i prawo silniejszego. Biedni biednieli, a bogaci niewiarygodnie się bogacili. Bezsilność. Na budynkach graffiti z portretami kibiców piłkarskich, którzy zginęli podczas jakiejś bójki na meczu, oraz napisy „Kosowo jest Serbia”. Młodzi wyjechali i tylko od czasu do czasu, tak jak ja dzisiaj, odwiedzają dziadków i jedzą najlepszego burka, jakiego sprzedają na rogu naprzeciwko targowiska.
W drodze do domu – na Słowację – po przekroczeniu węgierskiej granicy za każdym razem wzdychałem z ulgą, z poczuciem, że w końcu opuściłem Gilead. Włączałem roaming, odpowiadałem na wszystkie wiadomości i nieodebrane połączenia. Po powrocie jeszcze przez kilka dni gapiłem się w sufit, a znajomym i znajomym, którzy narzekali na Słowację, mówiłem: „Jeśli chcesz się przekonać, jak dobrze ci się powodzi, pojedź na chwilę do Serbii”. I przez długi czas to się sprawdzało. Uważałem Serbię za przerażającą zapowiedź tego, dokąd może dotrzeć Słowacja. Żyłem z poczuciem nieustannego ciężaru i wstydu. Paradoksalnie, bo w czasie, gdy na początku lat dziewięćdziesiątych wybuchała wojna, nie mogłem nic zrobić – miałem jedenaście lat. Radykalny nacjonalizm pożarł wszystko.
A potem, pierwszego listopada 2024 roku, zawalił się dach na dworcu i zabił szesnaście osób. Na ulice wyszły tysiące studentów i studentek, a później dołączyły do nich dziesiątki tysięcy kolejnych obywateli ze wszystkich warstw społecznych. Setki tysięcy ludzi przez dwa lata wypełniały place i ulice, blokowały ruch, strajkowały. Rząd fizycznie atakował demonstrantów i demonstrantki, likwidował resztki niezależnych mediów, chętnie szerzył rosyjską propagandę. Zainteresowało mnie jednak kilka momentów. W Serbii bowiem nic nie dzieje się pokojowo. Mam wręcz wrażenie, że każde pokolenie ostatecznie przeprowadza własną rewolucję, choć musi przy tym stawić czoła przemocy.
Od negatywnego przykładu do wzoru
Po raz pierwszy stało się tak, gdy Slobodan Milošević przejął władzę za przyzwoleniem fanatycznych nacjonalistycznych tłumów i pochował wszystko, co postępowe, a co reprezentowała była Jugosławia. Młodzi jednak protestowali. Chcieli żyć inaczej. W latach 1996–1997 rozpętali masowe demonstracje przeciwko sfałszowanym wyborom samorządowym w Belgradzie. Nacjonaliści ostatecznie stłumili protesty, a Milošević wraz ze swoją skorumpowaną wojenną i zbrodniczą świtą utrzymał się przy władzy. Ale nie na długo. W 2000 roku po masowych demonstracjach w końcu upadł. Kluczową rolę w jego obaleniu odegrał ruch studencki Otpor, który w dużej mierze wspierało prodemokratyczne środowisko artystyczne na czele z uznanym projugosłowiańskim piosenkarzem i intelektualistą Đorđem Balaševiciem. Podobnie jak dziś, także wtedy ulice zalały tysiące pełnych entuzjazmu ludzi, a euforię można było kroić nożem. Entuzjazm nie trwał jednak długo.
Skorumpowane nacjonalistyczno-mafijne struktury wykorzystały system, który budowały przez lata, a Vojislav Koštunica, Boris Tadić czy Tomislav Nikolić utorowali drogę Aleksandarowi Vučićiowi, wychowankowi radykalnego nacjonalisty Vojislava Šešelja, który nie chciał już niczego pozostawiać przypadkowi. Słowaccy quasi-uzurpatorzy wyglądają przy nim jak dyktatorzy z Aliexpressu. Vučić poszedł na całość. Przejął państwowe i prywatne przedsiębiorstwa, niszczył media, wypędzał dysydentów i dysydentki, a wszystkie stanowiska – od sprzątaczki po parlament – obsadził swoimi ludźmi. Wydawało się, że nic nie stoi mu na drodze. Młodzi ludzie oraz intelektualiści i intelektualistki opuścili kraj. I tak jak ja dzisiaj narzekali na politykę w Serbii z wygody swoich emigracyjnych domów za granicą. Od czasu do czasu, gdy ogarniało ich poczucie tęsknoty, jedli na kolację sarmę albo zaglądali do „bałkańskiej” piekarni za rogiem po pierwiastek z burka. Ale potem zawalił się dach, a to, co nastąpiło później, zaskoczyło wszystkich.
Nawet kiedy piszę ten tekst, mam gęsią skórkę. Okazało się, że nie wszyscy studenci i studentki wyjechali. Powiedzieli sobie, że nigdzie nie odchodzą, a jednocześnie nie chcą żyć w rosyjskiej guberni. Ich przekonanie i wytrwałość zaraziły całe społeczeństwo. Vučićiowi nie pomogło ani zwożenie emerytów na wiece, ani masowy import Serbów z Republiki Serbskiej, których przed każdymi wyborami jakimś cudem przybywało. Studentów i studentek nic nie zniechęciło – ani przemoc, represje, kpiny, groźby. Tym razem nie powierzyli jednak władzy żadnej partii politycznej. Przygotowali własną niezależną listę, na której znaleźli się naukowcy i naukowczynie, profesorowie i profesorki, lekarze i lekarki, intelektualiści i intelektualistki oraz studenci i studentki.
Cóż, pokolenie moich rodziców przegrało swoją rewolucję. Moje również. Mam tylko nadzieję, że tym razem będzie inaczej, choć, wiecie, Serbia to Serbia... Na razie jednak nie chcę myśleć o możliwych konfliktach i kłótniach, które nadejdą, gdy euforia opadnie i zacznie się codzienna praktyka. Serbię trzeba przebudować od środka i zbudować ją na nowo. Mam tylko nadzieję, że stare struktury mentalne, które istnieją także w głowach młodych ludzi, również uda się przebudować. Dziś niewiele wiemy o tym, jaki będzie kierunek ich polityki zagranicznej, jak będą wyglądały reformy gospodarcze czy walka z korupcją. Serbia, a zwłaszcza młodzi ludzie, którzy nie wyjechali, dają mi na razie nadzieję, że tym razem będzie inaczej.
Przez długi czas uważałem Serbię za negatywny przykład dla Słowacji. Teraz wszystko się zmieniło. Teraz, przeciwnie, mam nadzieję, że Słowacja pójdzie serbską drogą. W końcu jestem dumny z mojej ojczyzny, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu od wybuchu wojny w latach dziewięćdziesiątych.
PUMPAJ BRE!!!!
Tekst jest częścią projektu PERSPECTIVES – nowej marki niezależnego, konstruktywnego i wieloperspektywicznego dziennikarstwa. Projekt jest finansowany przez Unię Europejską. Wyrażone opinie i poglądy są opiniami i oświadczeniami autora(-ów) i nie muszą koniecznie odzwierciedlać opinii i stanowisk Unii Europejskiej ani Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Edukacji i Kultury (EACEA). Unia Europejska ani EACEA nie ponoszą za nie żadnej odpowiedzialności.