Jak Trump zmusił Niemcy do zbrojeń

Krytyka Polityczna
Jak Trump zmusił Niemcy do zbrojeń

Berlin chce zbudować największą armię konwencjonalną Europy. Pytanie brzmi nie tylko, czy Niemcy będą zdolne obronić kontynent, ale też – czy Europa skorzysta na tej militaryzacji. The post Jak Trump zmusił Niemcy do zbrojeń first appeared on Krytyka Polityczna.

Niemcy zbroją się na największą skalę od końca zimnej wojny. Stały się największym dostawcą pomocy dla walczącej Ukrainy. Ale nie dlatego, że przestraszyły się Rosji, lecz dlatego, że przestały wierzyć Stanom Zjednoczonym. Prawdziwa Zeitenwende, epokowy zwrot w polityce bezpieczeństwa Niemiec, nie zaczął się po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, lecz po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu.

Trump ważniejszy niż Putin

W lutym 2025 roku wiceprezydent Stanów Zjednoczonych J. D. Vance obraził Europejczyków tzw. głównego nurtu na monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Dwa tygodnie później ten sam polityk wziął udział w spektaklu gnojenia Wołodymyra Zełenskiego w Gabinecie Owalnym, gorliwie asystując prezydentowi Donaldowi Trumpowi.

Kanclerz Friedrich Merz, przez lata przekonany transatlantysta, dobrze zakolegowany z amerykańskim biznesem, od początku kadencji Trumpa miał wątpliwości czy aby, jak ujął to „The Atlantic”, „Amerykanie w chwili próby nie rzucą europejskich sojuszników psom na pożarcie”. Po gangsterskiej rozprawie w Białym Domu nabrał pewności, że nie można na nich liczyć. Także dlatego 20 dni później, korzystając ze starego układu sił w parlamencie a kosztem dużych ustępstw wobec Zielonych, własnych poglądów i oczekiwań twardego elektoratu chadecji, przepchnął kolanem rewolucyjną zmianę: Bundestag wyjął spod reguł „hamulca długu” gigantyczną kwotę wydatków na szeroko pojętą obronność.

To właśnie wtedy Zeitenwende zapowiedziana przez byłego kanclerza Niemiec Olafa Scholza tuż po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę naprawdę ruszyła z miejsca. Bo wcześniej jakoś nie mogła. Powodów było wiele. Wcześniej u władzy byli socjaldemokraci z ich tradycją Ostpolitik, pragmatycznej polityki wobec Rosji i bagażem w postaci „moskiewskich łączników”. Ich trójpartyjny rząd był niesterowny, a Bundeswehra – skrajnie niedofinansowana.

Rządzący od 2025 roku chadecy mają w swoich szeregach więcej moskwosceptyków – i zdecydowanie mniej pacyfistów. Sam kanclerz Friedrich Merz przyjaźni się z prezesem giganta zbrojeniowego Rheinmetall AG. Decydującym czynnikiem zmiany okazał się jednak Trump. Który pomoc dla Ukrainy wstrzymał (nie całkowicie, ale jednak), wielokrotnie sugerował, że za Europę Amerykanie ginąć nie będą, aż wreszcie rozpętał wojnę z Iranem, której skutki zaczynają dotykać portfeli europejskich wyborców (najgorzej).

Niemcy uczą się żyć bez Ameryki

W ciągu niecałego roku w relacjach z USA kanclerz RFN przeszedł długą drogę – od pragmatycznych prób negocjacji handlowych w imię interesów niemieckiej motoryzacji, przez umiarkowane pochwały za usunięcie Ali Chameneiego i osłabienie potencjału nuklearnego Iranu aż po stwierdzenie, że ajatollahowie… upokorzyli amerykański naród.

Powody tej ewolucji, oprócz wrogich Trumpowi i wojnie z Iranem nastrojów społecznych, wydają się jasne: pogłębia się niemieckie przekonanie, że sojuszniczej pomocy Amerykanów i tak nie można być pewnym oraz że obecność wojskowa w Niemczech to żadna z ich strony łaska, tylko układ obustronnych korzyści. Nawet kilka tysięcy żołnierzy USA mniej nad Szprewą nie obniży wyraźnie bezpieczeństwa Niemiec, przynajmniej dopóty, dopóki baza w Rammstein pozostaje niezastąpionym hubem logistycznym i łącznościowym dla operacji USA w Europie, ale przede wszystkim Afryce i Bliskim Wschodzie. Większy problem to odwołanie przyjazdu pocisków Tomahawk, które obiecał jeszcze Biden – miały wypełnić lukę w odstraszaniu dalekiego zasięgu, którego Niemcy do spółki z Europą sami dopracują się pewnie za około dekadę. Raczej nie przyjadą i jest to kłopot, ale też kolejny sygnał, że trzeba kombinować, jak sobie radzić bez USA.

Nie znaczy to jednak, że Niemcy kończą z Amerykanami współpracę wojskową z USA. Spory strumień pieniędzy z ich budżetu popłynie przecież na zakupy samolotów F-35 czy izraelskich systemów obrony przeciwrakietowej Arrow 3. Amerykańskich atutów: odstraszania nuklearnego czy zwiadu satelitarnego też nie da się szybko ani łatwo zastąpić, ale rozmowy z Francją o możliwości rozszerzenia jej parasola nuklearnego na Niemcy zostały zapowiedziane wprost. A po tym, jak wiosną zeszłego roku Amerykanie zasłonili Ukraińcom oczy i uszy pod Kurskiem, wzrosła niemiecka determinacja w kwestii rozwoju własnych satelitów zwiadowczych.

W styczniu 2026 roku przyjęto ustawę radykalnie upraszczającą tryb zamówień obronnych. Tylko na komunikację satelitarną i zwiad  popłynie z niemieckiego budżetu 35 mld euro do roku 2030. Na listach zamówień publicznych i w oficjalnej strategii wojskowej mowa jest o systemach obrony powietrznej w tym przeciwdronowej, samych dronach, artylerii rakietowej dalekiego zasięgu, ale też produkcji klasycznej amunicji artyleryjskiej na masową skalę. Od 2022 roku rząd zamówił broń za 111 mld euro, zeszłoroczny budżet wojskowy Niemiec był już najwyższy w Europie i 4. na świecie, a do końca dekady ma doścignąć budżety Francji i Wielkiej Brytanii… razem wziętych. A mowa o krajach, które gros swoich środków na obronność wydają na utrzymanie bardzo kosztownych arsenałów nuklearnych.

Ukraińskie drony kontra Rheinmetall

Zupełnie nowej jakości nabiera przy tym współpraca z Ukrainą. Jeszcze w styczniu 2022 szefowa MON-u z SPD zażenowała cywilizowany świat, oferując czekającym na rosyjski atak Ukraińcom pięć tysięcy hełmów. Rok później w czasie wizyty w Kijowie prezes koncernu Rheinmetall pytał prezydenta Zełenskiego, jak mu może pomóc; tamten odparł: „zbuduj mi fabrykę amunicji artyleryjskiej w Ukrainie”.

Armin Papperger nie prowadził oczywiście działalności dobroczynnej („zrobimy, ale skąd pieniądze?”), niemniej stał się rzecznikiem wsparcia przez Niemcy obrony Ukrainy przed Rosjanami (za co ci próbowali go, wedle doniesień niemieckich służb, zlikwidować). W roku kolejnym ogłosił całą serię joint-ventures z Ukraińcami, które służyć miały produkcji między innymi amunicji i systemów przeciwlotniczych, choć na pewno zmaterializował się tylko jeden zakład naprawczy dla wozów opancerzonych.

W grudniu 2025 oba kraje podpisały na szczeblu rządowym inicjatywę Budować z Ukrainą; z 2 mld euro niemieckiej dotacji ukraińscy producenci dronów robią je na terenie Niemiec, co ułatwia transfer zdobytego na polu walki know-how. Wymiana tego rodzaju następuje zresztą od dawna. Filię w Ukrainie ma startup Stark, produkujący drony pionowego startu; z kolei oparte na sztucznej inteligencji systemy przechwytywania dronów na Ukrainę dostarcza monachijski Tytan Technologies.

Zestawienie ukraińskich doświadczeń startupów i nowych firm zbrojeniowych oraz giganta, którego tradycja sięga kajzera Wilhelma (z III Rzeszą i niewolniczą pracą więźniów KZ Mittelbau-Dora po drodze) jest o tyle ciekawe, że prezes Rheinmetall AG pozwolił sobie niedawno na mało dyplomatyczną, aż symptomatyczną wypowiedź. „A co to za innowacje mamy w Ukrainie? Żadnego przełomu technologicznego. Robią innowacyjne małe drony i zaraz wielkie halo. Nie no, świetnie, że robią. Ale to nie są technologie na miarę Lockheed Martin, General Dynamics czy Rheinmetall (…). A w ogóle to kto jest największym producentem dronów w Ukrainie? Ich gospodynie domowe. Trzymają w kuchni drukarki 3D i robią z nich części do dronów. Ale to nie jest innowacja”.Zełenski nie pozostał dłużny i odparował na X, że skoro każda ukraińska gospodyni może robić drona, to i każda może zostać prezeską Rheinmetall. Ale od wymiany złośliwości na linii: niemieckie old money – wschodnioeuropejscy arywiści ważniejsza było gospodarczo-militarne tło tego sporu.

Bo rzeczywiście, obok takich firm, jak Fire Point czy Skyfall, produkujących setki tysięcy dronów miesięcznie, część lokalnej produkcji ukraińskiej to manufaktury składające proste maszyny z importowanych z Chin wirników, silniczków, kamer czy procesorów. Tyle że, po pierwsze, to jest potężna innowacja: rozproszone i masowe wytwarzanie taniego uzbrojenia, którego jakość wypływa z ilości. Po drugie, na froncie ukraińskim to właśnie wehikuły bezzałogowe (a ostatnio także roboty) tworzą warunki pola walki, w których żołnierzowi łatwiej jest przeżyć pod matą termiczną, na rowerze lub nawet konno (!) niż w pojeździe opancerzonym czy czołgu. Po trzecie, gdy Zachód wystrzeliwuje się z drogich pocisków artyleryjskich w Zatoce Perskiej, zamożne państwa sojusznicze USA zaczęły doceniać (i zamawiać) systemy obrony przeciwdronowej właśnie w Ukrainie.

Startupizacja wojny

Wróćmy jednak do Niemiec. Początkowo wydawało się, że i program zbrojeń Bundeswehry, jak i dostawy broni Ukrainie opierać się będą na produkcji takich marek, jak Rheinmetall właśnie, ThysenKrupp Maritime Systems, Krauss-Maffei Wegmann/KNDS czy legendarny – za sprawą „niemieckiej jesieni” z lat 70. – Heckler&Koch. Są bowiem zakorzenione w ekosystemie przemysłowym Niemiec (nawet jeśli nienachalnie promowanych, z przyczyn wizerunkowych), ale też dysponują wszelkimi licencjami i pozwoleniami, kontaktami w MON i Urzędzie Kanclerskim, oraz przede wszystkim – produkują rzeczy duże, ciężkie, drogie, które można postawić na placu pod koszarami i które państwo zwyczajnie… potrafi kupować. Rewolucja technologiczna związana z AI w połączeniu ze zmianami na polu walki sprawiła jednak, że branżowe rekiny zyskały konkurencję w walce o środki finansowe.

Okazało się też, że starzy wiele obiecują, ale nie zawsze dowożą: Rheinmetall intensywnie skaluje produkcję pocisków artyleryjskich (wytwarza jej blisko dwa razy więcej niż… całe Stany Zjednoczone), ale poważnie spóźnia się np. z systemem obrony powietrznej krótkiego zasięgu Skyranger; wiele jego zakładów wciąż czeka na robotyzację, więc pracują w trybie manufaktury. Co więcej jednak, na część „tradycyjnego” (i drogiego) sprzętu Ukraińcy zgłaszają mniejszy popyt niż zakładano, a to prowadzi do dyskusji na temat kierunku zakupów właściwych także dla Bundeswehry.

O środki na broń do walki z Rosją konkuruje zatem nie tylko kilka (-naście) dużych koncernów przemysłowych, lecz także sieć startupów i firm z pogranicza oprogramowania, AI oraz produkcji obronnej (w tym kilku już dużych, jak Helsing czy Quantum). Ta sytuacja ma poważne zalety: lobby powstrzymujące ewentualny powrót Niemiec do appeasementu Moskwy w ten sposób rośnie; podobnie jak europejska baza dla przemysłowych innowacji. Z punktu widzenia demokracji lepiej jest, gdy w tak wrażliwej (kompleks militarno-przemysłowy!) dziedzinie panuje większy pluralizm zamiast korporacyjnego oligopolu, jaki ponad sto lat temu zepchnął Niemcy na ścieżkę agresywnego militaryzmu.

Z drugiej strony ekspansja „kultury startupów”, także zbrojeniowych, sprzyja demontażowi tradycyjnych struktur przemysłowego świata pracy, w Niemczech wciąż relatywnie silnego – z jego związkami zawodowymi, stabilnym zatrudnieniem, godnymi płacami i przewidywalnością ścieżek kariery dla wykwalifikowanych robotników, ale i przedsiębiorstw tzw. Mittelstandu. To, co dobre dla ekosystemu innowacji, nie musi sprzyjać bezpieczeństwu zatrudnienia – a wszystkie te wannabe-jednorożce, z ich kalifornijską kulturą pracy i pieniędzmi z funduszy venture capital, mogą trwale przeorać rynek pracy. Na dobre i na złe.

Dlaczego to może się nie udać

Machina niemieckich zbrojeń ruszyła na poważnie. To nie znaczy, że Niemcy faktycznie będą mieli „najsilniejszą armię konwencjonalną w Europie” już za kilka lat, a ich wojskowa strategia o typowo wzniosłym tytule Odpowiedzialność za Europę to nie pierwsza przecież agenda rządu, która miała odmienić Niemcy i cały świat.

Przeszkód na drodze do celu jest wiele. Wojsko to nie tylko sprzęt, ale i ludzie; planowane 260 tys. żołnierzy i 200 tys. rezerwistów (dziś jest 182 i 60 tys.) wymagałoby de facto przywrócenia poboru – i to obowiązkowego, nawet jeśli nie powszechnego – a na to nie ma dziś politycznego przyzwolenia; kontrowersje budzi nawet rozsyłanie do młodych ludzi ankiet z zapytaniami w tej sprawie.

Druga kwestia to pieniądze: wyjęcie zbrojeń spod ograniczeń konstytucyjnych nie unieważnia dylematów: armaty czy awokado, a bardziej konkretnie: satelity zwiadowcze czy dostępna opieka dla seniorów (wydatki na jedno i cięcia drugiego zdarzyło się rządowi ogłosić jednego dnia…). A choć wiele zakładów przestawia produkcję (np. z wagonów piętrowych na części do Leopardów, Pum i Boxerów, jak w Görlitz), to nowe miejsca pracy raczej nie zrównoważą tych utraconych np. w motoryzacji.

Po trzecie, jak mawia klasyk polskiego podkastu historycznego, „wojna to system”, a prowadzi ją nie armia, lecz cały kraj – tymczasem np. Deutsche Bahn jest w stanie równocześnie przewozić na torach maksymalnie półtora ciężkiej brygady wojska (do odstraszania Rosji w Europie potrzeba około… 50). Zimą 2022/23 amunicja na front ukraiński stała w magazynach – z braku wagonów i przepustowości niemieckiej sieci; Amerykanie ostatecznie przerzucili ją drogą morską. A to Niemcy byłyby przecież głównym hubem logistycznym w przypadku konfliktu na wschodniej flance NATO. Według raportu DGAP inwestycje w koleje i drogi na same potrzeby obronne – a Niemcy są po dekadach ogólnej infrastrukturalnej posuchy – musiałyby wynieść co najmniej 30 mld euro. Wreszcie, cała biurokracja niemiecka z jej ociężałością i dysfunkcjami, to niewyczerpane źródło memów, a Bundeswehra jest – jak mówi historyk wojskowości Sönke Neitzel – jej najdoskonalszą karykaturą.

Czy Europa znów będzie zależna od Niemiec?

Ale co, jeśli Niemcom się jednak uda? Dziś potrzeba współpracy z sąsiadami jest dla Berlina oczywistością. A co, gdy staną się mocniejsi, a sytuacja wokół – mniej chwiejna? Czy z niemieckich zbrojeń w kontekście wojny za wschodnią granicą RP i niepewnego statusu Amerykanów powinniśmy w Polsce się cieszyć?

Choć Polsce – wbrew temu, czym straszy prawica – nie grozi z niemieckiej strony zabór Szczecina ani Wrocławia (tak jak Francuzom – rekonkwista Alzacji i Lotaryngii, a Austrii Anschluss), to kilka elementów zbrojeń RFN w obecnej formie jest bardzo problematycznych.

Po pierwsze, mało subtelne wskaźniki sukcesu (np. odsetek PKB, który trzeba wydać na zbrojenia w ramach NATO) mogą prowadzić do kupowania tego, czym można się łatwo wykazać przed księgowymi, sojusznikami i opinią publiczną (czołgi, samoloty wielozadaniowe), a co nie musi być akurat najbardziej potrzebne. W Polsce też mamy ten problem, ale Niemcy mają szczególnie duże zaległości, szczególnie duże ambicje, szczególnie wiele pieniędzy do wydania, a na dokładkę potężne lobby krajowych producentów zabawek dużych, drogich i efektownych. Reakcja lidera ich przemysłu na ukraińską rewolucję dronową dobrze pokazuje, jak mocno w niemieckich głowach tkwi paradygmat: my tu czołgi robimy od stu lat, to są najlepsze czołgi na świecie, proszę – nawet piwo z kufla ustawionego na lufie się nie wyleje, jak nasz lamparcik śmiga po wertepach. W efekcie Europa za kilkanaście lat może być znowu, jak za czasów Breżniewa, pełna drogiego, pożerającego surowce i inne zasoby żelastwa. Ale inaczej niż przed półwieczem, łatwego do zniszczenia przez tanie badziewie od chińskich czy irańskich gospodyń domowych.

Słuchaj podcastu autora tekstu:

Po drugie, orientacja na rozwój własnych producentów – a do tego zmierza model finansowania poprzez wydatki krajowe – choć jakoś zakorzenia zbrojenia społecznie, to sprzyja ekspansji czempionów narodowych zamiast kooperacji europejskiej. Niemcy, znów, mają dużo pieniędzy na pomoc publiczną i wielkie koncerny własne; to sprzyja germanizacji produkcji zamiast jej europeizacji. Przykładem los projektu Systemu Walki Powietrznej Przyszłości: niemiecki oddział Airbusa, licząc na budowę własnego know-how i pieniądze z budżetu federalnego, wszedł w spór z francuskim Dassault Aviation o szczegółowy podział pracy i własności intelektualnej, efektywnie grzebiąc ideę francusko-niemieckiego samolotu wielozadaniowego 6. generacji. Podobnie, dziesiątki miliardów na projekty w kosmosie stanowią konkurencję dla pomysłów unijnych.

Dalej, tradycyjny niemiecki opór wobec euroobligacji obronnych (program SAFE to tylko ersatz prawdziwie uwspólnionych wydatków na zbrojenia) może wepchnąć gorzej sytuowane kraje UE w otchłań krajowego długu publicznego i – to naprawdę zgroza – cięć wydatków społecznych. Lokalne „Alternatywy” w krajach Zachodu tylko czekają na okazję, by sprzedać wyborcom pakiet 2 w 1: zaoszczędzone miliardy na zdrowie, wsparcie rodziny i czyste ulice plus rozbrojenie i pokój w Europie (tej cywilizowanej, na zachód od Odry).

Czy w ogóle jest na to rada? Na pogłębianie nierówności w Europie, zależności od branży z jednego kraju i napięcia na tle społecznym, ale i urażonej godności narodowej?

Na rosnące w siłę Niemcy nikt nie wymyślił lepszego pomysłu niż zakotwiczenie ich w czymś większym niż one same. Ich podział nie jest ani realistycznym, ani dobrym pomysłem, biorąc pod uwagę polityczne nastroje w graniczących z Polską landach. Antyniemiecka koalicja Europejczyków to średnio dobre rozwiązanie problemu w kontekście Rosji i USA i tak już chcących Europę podzielić i skłócić.

Na zbrojeniową „wspólnotę węgla i stali” w UE trudno dziś liczyć, ale można zacząć np. od wspólnego rynku zamówień obronnych. Nie w skali całej UE, ale w ramach krajów, które mają wspólną wyobraźnię na temat zagrożeń geopolitycznych. Bałtowie, Nordycy, Polacy, może Holendrzy – mogliby negocjować wspólne zakupy, ale i offsety. Taka koalicja byłaby wystarczająco atrakcyjna, by Niemcy zechcieli do niej wejść i wystarczająco silna, by równoważyć gravitas ich tradycji przemysłowych, mocy produkcyjnych i portfela.

Niemcy zaczęły się zbroić na serio – ale nie po to, by zdobywać przestrzeń życiową ani zbierać prastare ziemie niemieckie, od Mozy po Niemen. Być może zatem, po raz pierwszy od stu lat, „kwestia niemiecka” stwarza dla Europy więcej szans niż zagrożeń.

Materiał powstał w ramach stypendium dziennikarskiego Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.


The post Jak Trump zmusił Niemcy do zbrojeń first appeared on Krytyka Polityczna.